Gry z nagością

Więź 4/2014

Nagość. Wszechobecna dzisiaj, wręcz w nadmiarze nam towarzysząca, a jednak tajemnicza. Kontrowersyjna, ale i ciągle mistyczna, zbanalizowana do cna, ale i źródło inspiracji różnych gatunków sztuki współczesnej, pozytywnie wartościowana, ale także pruderyjnie potępiana jako oczywiste źródło potencjalnego moralnego rozpasania.

 

Jako odwieczny symbol człowieka nagość wiąże się z cyklem naszego życia – od narodzin do śmierci, nieuchronnie wikła w związki z seksualnością, intymnością, odwagą i wstydem, prawdą i pięknem, miłością i aktem biologicznej konieczności (jesteśmy przecież „nagimi małpami”, jak orzekł przed laty Desmond Morris). Każda próba pisania o niej jest skazana na szczątkowość i niepełność. Spróbujmy jednak pokazać, jak nagość, „ubrana” w odmienne i często sprzeczne sensy kulturowe, paradoksalnie daje się „rozebrać” warstwa po warstwie.

Najpierw antropolodzy. Idąc śladem Edmunda Leacha, zwykli oni przyjmować, że podstawowa dla myślenia o naszym własnym miejscu w świecie opozycja „my”–„oni” ufundowana jest na postrzeganiu różnic. Na różnicy bowiem zawsze buduje się tożsamość, pewność, kim jesteśmy sami. Najpierw – powiada Leach – „ludzie” przeciwstawiają się „nieludziom”, a więc innym gatunkom zwierząt, gdyż ogień służy im nie tylko jako źródło ciepła, ale także do przygotowywania pożywienia. Po drugie, istoty ludzkie angażują się uczuciowo w związki seksualne, respektując (z reguły) zakaz kazirodztwa i jego „pozytywną” stronę – nakaz egzogamii. Po trzecie, co dla nas tutaj najważniejsze, w przeciwieństwie do zwierząt ludzie zawsze robią „coś” intencjonalnie z własnym ciałem: malują je, trwale lub czasowo je okaleczają, przywdziewają odpowiednie stroje albo przeciwnie – eksponują nagość jako rodzaj kostiumu.

To, co pierwotnie „pozycjonuje” człowieka wobec natury, przenosi się, jako zasada, na postrzeganie logiki świata społecznego. „My – prawdziwi ludzie” tym różnimy się od innych, że „oni” nie przygotowują jadła na nasz sposób, nie podzielają naszych konwencji odnoszących się do związków płci i – oczywiście – nie ozdabiają ciał na naszą modłę[1]. Nieprzypadkowo sfery pożywienia, płci i „nagości” są niemal we wszystkich kulturach głównymi centrami obudowanymi tabu, a społeczeństwa i religie wypracowują szczegółowe zasady określające warunki, co w nich jest dopuszczalne, a co dopuszczalne absolutnie nie jest.

Rzecz jasna, zasadniczo inaczej kwestie te są regulowane w społeczeństwach restrykcyjnie religijnych, tradycyjnych, a inaczej w realiach nowoczesnych i ponowoczesnych, które znacząco poszerzają margines zachowań niekonwencjonalnych w tych trzech sferach. Nie znaczy to jednak wcale, że naruszanie przyjętych ogólnie norm jest zawsze bezproblemowe. Powiedziałbym nawet, że ostatnie dekady przynoszą kolejne dowody, że tzw. wojny kultur – a więc debaty dotyczące etyki, która winna gwarantować spójność społeczeństwa i moralność jednostkowego życia – rozlewają się na kolejne sfery życia uwalniającego się skądinąd od większościowego dictum[2]. Konwencje seksualne, kwestie płci biologicznej i kulturowej oraz – często z nimi ściśle związane – sposoby obchodzenia się z nagim ciałem to teren najgorętszych sporów, co z antropologicznego punktu widzenia jest całkiem zrozumiałe.

Najrozmaitsze zatem strategie „obnażania nagości” towarzyszą nam nieustannie, a pole debaty – śmiem twierdzić – rozszerza się, wraz z dominacją dzisiejszej kultury, którą nazywam logoreą słowoobrazów. W kulturze cyfrowej od nagości najrozmaiciej rozumianej nie ma dziś po prostu ucieczki, ale jakże ją jednocześnie trudno odróżnić od zwykłej golizny, pornografii, obnażania, ekonomii pożądania czy też komercyjnego wykorzystywania seksualności albo – z drugiej strony – nagości jako idei „wyzwolenia” (naturyzm) i symboliki nagości w sztuce.

W kulturze nadmiaru, gdzie wszystko jest zawsze dla wszystkich dostępne, mamy także jej ważną dziedzinę, za jaką uważać można medialnie prezentowaną publiczną nagość. Według Briana McNaira:

W tym kontekście obnażanie ma znaczenie zarówno dosłowne, jak i metaforyczne, obejmując szeroki wachlarz tekstów i przedstawień od pornografii, przez seksualnie nacechowaną sztukę ciała, filmy dokumentalne o striptizerkach i striptizerach oraz telewizyjne wyznania podczas programów typu talk-show[3].

Nagość wylewa się z ekranów multimediów, i to pomimo faktu, że ciała są coraz szczuplejsze i coraz młodsze, co sprawia, że pewnych ich typów absolutnie się nie toleruje. Nagość musi być dzisiaj szczupła, na granicy anoreksji, ciała „tłuste” jawią się jako obsceniczne. Nagość dzisiaj zatem to także dyktat ciał modelowych, ciał nierealnych, sprawiających, że także nagość przeciętna albo nagość starości tym bardziej zaczyna być skrywana.

Żyjemy w globalnej ekumenie nagości, gdzie każdy pogląd o niej zdaje się uprawniony, a każde uzasadnienie możliwe. Tym samym żyjemy także na gruzach dawnych sensów, jakie z nagością wiązano w systemach religijnych, w prawie i sztuce klasycznej. Bycie nagim oznacza dzisiaj bycie rozebranym z takiego czy innego powodu, a nie pewną konwencję artystyczną (akt malarski, fotograficzny, akty związane z performansem etc.), nie mówiąc już o problemie teologicznym. Od tego ostatniego zacznijmy.

Teologia przyodziewku i uśmiercanie wstydu

Nagość w kulturze europejskiej wpisuje się w najróżniejsze dyskursy, ma swoją kulturową historię, na której niewątpliwie piętno zasadnicze wywarła teologia chrześcijańska, w ramach której nagość na stałe wiąże się z pojęciem wstydu. W Księdze Rodzaju czytamy: „A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski”. Adam i Ewa przed upadkiem byli wprawdzie pozbawieni jakiegokolwiek ubioru, ale nie nadzy, gdyż byli „spowici w odzienie ze światła”; dopiero grzech pierworodny pozbawił ich nadprzyrodzonego „stroju łaski” i poczuli wstyd[4].

Wstyd jawi się tu jako pierwsze ludzkie doświadczenie. Giorgio Agamben w książce Nagość stawia wręcz tezę, że trafniej byłoby zatem mówić, że w chrześcijaństwie mamy do czynienia nie tyle z teologią nagości, ile z teologią przyodziewku[5]. Pisze:

Jedna z konsekwencji teologicznego związku, który w naszej kulturze ściśle łączy naturę z łaską, nagość z szatą, polega w istocie na tym, że nagość nie jest stanem, lecz wydarzeniem. Jako mroczna przesłanka nadania szaty lub nagły rezultat jej zabrania, niespodziewany dar albo wywołana nieostrożnością strata, należy ona do czasu i do historii, nie do bytu i formy. Możemy doświadczyć nagości jedynie jako obnażenia, uczynienia nagim, nigdy zaś jako formy i stałego posiadania[6].

Kobietę i mężczyznę albo się zatem ubiera, albo czyni nagimi, a to drugie domaga się zawsze jakiegoś uzasadnienia, jako że szata zdobi, a nagość budzi zmysły, zachęca – jak prawią moraliści – w sposób jednoznaczny do voyeuryzmu (podglądactwa).

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

TAGI| GRY, NAGOŚĆ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama