Rodzina to sens mojego istnienia

Przewodnik Katolicki 52/2014

Z Krzysztofem Hołowczycem, jednym z najbardziej utytułowanych polskich kierowców rajdowych, o Dakarze, rodzinie i Bogu rozmawia Michał Bondyra

 

„Zawziąłem się, by wygrać ten rajd” – powiedział Pan jakiś czas temu o Dakarze. Kilka razy było blisko. Jakie są przesłanki, by za dziesiątym razem wreszcie się udało?

– Od wielu lat robię wszystko, aby być w ścisłej czołówce. Cały czas podnoszę sobie poprzeczkę i myślę, że dzięki temu, i oczywiście dzięki ciężkiej, sumiennej pracy oraz gruntownym przygotowaniom, wciąż idę do przodu. Naprawdę czuję, że podium jest w zasięgu ręki, że to doświadczenie, które zdobywałem przez wszystkie lata, zaowocuje. Na sukces w tak morderczym rajdzie składa się wiele czynników. Oprócz świetnego samochodu i przygotowania kondycyjnego kierowcy ważne jest też zwykłe szczęście.

W aucie podobno jest goręcej niż na zewnątrz. A przecież jedzie Pan przez pustynię…

– Dakar to bardzo niezwykły rajd. Jest określany mianem najtrudniejszego rajdu terenowego świata. I tak jest rzeczywiście. To nie tylko walka z pustynią, czasem i rywalami. To często walka o życie i przetrwanie na rozpalonej do białości pustyni, w gorącym samochodzie, gdzie przez pięćset kilometrów siedzimy w kaskach i kombinezonach, a temperatura wewnątrz dochodzi do 60 stopni Celsjusza. To prawdziwie męska próba charakterów, którą przetrzymują tylko nieliczni twardziele.

A ile Pan podczas odcinka wypija wody?

– Ilość wody, którą wypijamy podczas odcinka specjalnego, jest niewyobrażalna – od trzech, do nawet siedmiu litrów!

Odcinki trwają wiele godzin. Czasu na rozmowy jest więc sporo. O czym Pan wtedy rozmawia ze swoim pilotem?

– Mimo że spędzamy w samochodzie wspólnie cały dzień, podczas odcinka specjalnego nie ma czasu na luźne rozmowy. Ten świat kamieni, wydm, trawy tak człowieka pochłania, że kiedy już kończy się etap, to najpierw dziwnie patrzy się na ludzi... Jeśli chodzi o mnie, zobaczyłem to dopiero w telewizji. Są na finiszu takie momenty, że naprawdę nie wiem, gdzie jestem. Wjeżdżam na metę, ktoś coś do mnie mówi, ale ja jeszcze nie jestem w stanie przestawić mózgu na odbieranie ludzi, tylko ciągle słyszę samochód. Koncentracja osiąga tak niewyobrażalny poziom, że wszystko poza skupieniem na drodze jest wyłączone. Inaczej człowiek nie dałby rady przejechać całego rajdu.

A propos pilotów, nawigował Pana już m.in. Francuz, Rosjanin, Portugalczyk, teraz znów będzie Francuz. Dobiera Pan pilotów pod kątem temperamentu, cech czysto ludzkich czy jednak zwycięża myślenie wynikowe?

– Wybór pilota zależy także od mojego zespołu X-raid, to oni podejmują ostateczną decyzję. Jestem zadowolony, że w tym roku pojadę z Xavierem [Panseri – przyp. MB]. Nasz debiut podczas Baja Poland był bardzo udany, zdobyliśmy pierwsze miejsce. Bardzo dobrze się rozumiemy, a to w relacji kierowca – pilot bardzo istotne. Jestem pełen optymizmu, jeśli chodzi o nasz wspólny start w najbliższej edycji Dakaru.

Czy tęskni Pan w czasie Dakaru za żoną i trzema córkami?

– Prawdą jest, że jestem domownikiem i kiedy tylko mogę, wracam szybko do mojej rodziny, do Olsztyna. Kiedy wyjeżdżam na Dakar, na zagraniczne testy samochodów czy w interesach, czasami nie ma mnie w domu kilkanaście dni. Bardzo wtedy tęsknię za domem. Taki stan trwa już kilka lat, więc już trochę do tego przywykłem. Kariera sportowa wymaga niestety poświęceń. Rodzina to jednak akceptuje, bo wie, że robię to nie tylko dla siebie, ale i dla nich.

Podczas tak napiętych grafików rajdu jest czas na rozmowę telefoniczną z najbliższymi?

– Dzwonię do żony co najmniej dwa razy dziennie, a na Skype rozmawiamy tak często, jak to tylko możliwe. Dana jest pierwszą osobą, do której dzwonię po zakończonym odcinku specjalnym. Mówię jej, że wszystko ze mną okej i jak mi poszło. Bardzo doceniam to, co zrobiła dla mnie przez te wszystkie lata, że stworzyła mi prawdziwy, ciepły dom, do którego chce się wracać.

Czym jest dla Pana rodzina?

– Jest dla mnie najwyższą z wartości. W zasadzie zawsze stanowiła dla mnie sens mojego istnienia. Nie wyobrażam sobie codziennego życia, pracy, osiągania sukcesów i zdobywania trofeów, gdybym nie miał przy sobie żony i dzieci. To wszystko nie miałoby większego sensu.

Ponad 30 lat z jedną kobietą – w sporcie to ewenement. Jakie jest lekarstwo na to, by mimo zapewne pokus, różnic charakterów, zdań być na zawsze z tą jedną jedyną?

– Mało jest takich kobiet na świecie jak moja Dana. Jest wyjątkowo silna. Są w moim życiu takie momenty, kiedy czuję się przy niej chłopaczkiem. Chłopczykiem, który wiecznie pędzi za swoimi zabawkami, a tu nagle okazuje się, że są na świecie jakieś inne, ważne sprawy, które trzeba rozstrzygnąć. Żona jest bardzo mądra i samodzielna, ale w krytycznych momentach oczekuje jednak ode mnie stanowczej decyzji. A ja czasami okazuję się wtedy bezradny. Na przykład gdy coś dzieje się z córkami albo gdy trzeba podjąć ważną decyzję w rodzaju sprzedaż domu czy kiedy wydarza się nagły wypadek lub dzieje się coś takiego, co wymaga szybkiej i trafnej reakcji. Dana miewa w takich momentach dylematy o wiele rzadziej niż ja. Dzięki swojej cudownej delikatności i miłości do dzieci stworzyła mi dom, w którym jest pełno miłości.

Dakar zmienia optykę postrzegania świata? Postrzegania… Boga?

– Dakar to najniebezpieczniejszy rajd świata. Człowiek niejednokrotnie ociera się tam o śmierć. Dopiero w takich sytuacjach można zdać sobie sprawę, jak kruche i ulotne jest życie. Wiem, że w wielu niebezpiecznych sytuacjach Bóg czuwał nade mną. Podczas całej swojej kariery miałem kilka naprawdę poważnych wypadków, które mogły skończyć się tragicznie. Wciąż jednak chodzę po tym świecie, mogę się ścigać. Myślę, że zawdzięczam to Opatrzności Bożej. Jako człowiek wierzący, zawsze przed startem kolejnego odcinka modlę się, aby Bóg czuwał nade mną i pozwolił mi bezpiecznie dojechać do mety.

Dakar kształtuje charakter? Pozwala stać się mężczyzną z krwi i kości?

– Dakar to rajd trudny dla maszyn i ekstremalnie wyczerpujący dla kierowców i pilotów, a także zespołów technicznych. My wszyscy przez trzy tygodnie walczymy z upałem, piaskiem, brakiem snu i z odwodnieniem organizmów. Trzeba mieć żelazną kondycję i niezwykle odporny na trudy organizm. Ale ważniejsza od tego jest mocna psychika, która nie pozwala się poddać i nakazuje walczyć i dawać z siebie wszystko, aż do ostatniego kilometra rajdu. Nie każdy jest w stanie przetrwać ten trud. To zresztą widać na finiszu, kiedy tylko co trzecia załoga dojeżdża do mety rajdu. Reszta niestety odpada w jego trakcie.

 

Krzysztof Hołowczyc to trzykrotny rajdowy mistrz Polski. Ma też w dorobku tytuł mistrza Europy. W 2008 r. zajął 2. miejsce w klasyfikacji Pucharu Świata w rajdach cross-country, dwa lata później wygrał FIA International Cup for Cross-Country Bajas. W roku 2013 zdobył Puchar Świata FIA w rajdach terenowych. Od 2005 r. startuje w rajdzie Dakar, o którym zresztą napisał książkę Piekło Dakaru. Był posłem do Parlamentu Europejskiego. Założył fundację Kierowca Bezpieczny, poprzez którą dba o poprawę bezpieczeństwa na polskich drogach. Został odznaczony Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi, a także Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Od 30 lat jest mężem Danuty. Ma trzy córki: Karolinę, Alicję i Antoninę. 

l

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama