Mój Andrzej Bobola

La Salette. Posłaniec MB Saletyńskiej 4/2014

Ludzie w różny sposób się poznają. No właśnie, ludzie. A jak poznaje się świętych? Ta historia będzie o przypadkowej znajomości. Choć my przecież nie wierzymy w przypadki. Tak więc zacznę jeszcze raz. To będzie opowieść o planie Bożym, który zaczął się bardzo prosto, wręcz banalnie. Kilka lat temu nie sądziłam, jak istotną osobą stanie się dla mnie święty Andrzej Bobola.

 

Różaniec i Bobola

Po raz pierwszy o Andrzeju Boboli usłyszałam kilka lat temu od zaprzyjaźnionego księdza, który opowiedział mi historię tego świętego. Co mnie zaciekawiło? Początkowo nie tyle jego życiorys ziemski, męczeńska śmierć, ile przede wszystkim tajemniczość. Wszak bardzo intrygujący jest święty, który domaga się po swojej śmierci kultu, objawiając się różnym ludziom i zwyczajnie wywołując strach. Sądzę, że większość z nas widząc w nocy dziwną postać nie czułaby się komfortowo. To zaciekawienie poprowadziło mnie do poznania jego życiorysu. Dla mnie, dziennikarza, z zamiłowania historyka, była to fantastyczna podróż w przeszłość. Ot, takie zupełnie inne przeniesienie do jakże odległych dla nas czasów, znanych przede wszystkim z kart Sienkiewiczowskich powieści.

Życie świętego Andrzeja Boboli, splecione z tak krwawymi wydarzeniami, jak powstanie Chmielnickiego wydało mi się zupełnie niezwykłe i inne niż znane do tej pory hagiografie. Nie porzucił wygodnego życia bogatego człowieka jak święty Franciszek, nie przeżył także nawrócenia jak założyciel jego zakonu święty Ignacy. Zwyczajnie, po prostu poszedł za Bożym głosem i został zakonnikiem. Nic tak naprawdę nie wskazywało na niezwykłość jego życia. Nazwano go „duszochwatem”. Nie był (choć często mu się to zarzuca) ewangelizatorem na siłę, przekonującym do wiary katolickiej. Był zwyczajnym kaznodzieją, który przychodził do zwyczajnego człowieka. Swoją posługę kapłańską ofiarowywał każdemu, kto jej pragnął lub potrzebował. To właśnie wielu jemu współczesnym nie podobało się  i stało się przyczynkiem jego męczeńskiej śmierci. Wydało się więc naturalne dla mnie i moich przyjaciół, że to właśnie nie kto inny, tylko święty Andrzej Bobola stanie się patronem naszej małej wspólnoty różańcowej.

Jako osoba, która, powiedzmy, wtedy dosyć umiarkowanie podchodziła do zwracania się w modlitwie o wstawiennictwo świętych, nieśmiało, bardziej z obowiązku zwracałam się do niego, odmawiając codziennie różaniec. Teraz myślę, że to właśnie tak miało być. Poznawaliśmy się powoli, tak jak poznają się ludzie. Może, czytelniku, obruszysz się na to zdanie, ale jest ono ze wszech miar prawdziwe. Andrzej Bobola z każdym dniem stawał i staje mi się coraz bliższy i, co najważniejsze, pokazuje drogę do Boga. Nie jest to łatwa znajomość, bo i święty bardzo wymagający. Nieludzko męczony, do końca nie wyparł się wiary, przez cały czas się modląc. I tego właśnie ta znajomość uczy: bez względu na to, jak jest ciężko, na jakie próby jest człowiek wystawiany, nie można w wierze ustąpić, ale o tym miałam się przekonać zdecydowanie później.

…a droga zaprowadziła do Strachociny…

To były bardzo szczególne wakacje. Po pierwsze, wraz z przyjaciółmi z zespołu wracaliśmy z pierwszych ważnych koncertów, po drugie, po raz pierwszy po wielu latach byłam osobą bez pracy. Niby dwie bardzo różne sprawy, bo cóż mają ze sobą wspólnego? Okazało się, że wiele, bo pozwalało mi właśnie na bardzo przyjemne spędzanie wolnego czasu. Trasa naszej podróży wiodła w okolice Sanoka. Wtedy to właśnie ktoś powiedział, aby jechać do Strachociny, miejsca urodzenia Andrzeja Boboli. Krętymi drogami z malowniczymi krajobrazami dojechaliśmy na miejsce. Powiem szczerze dosyć mocno się rozczarowałam. Przyzwyczajona do wielkich sanktuariów, stanęłam przed otoczonym drzewami ceglanym kościołem w niewielkiej miejscowości. Żadnych sklepów z dewocjonaliami, żadnych wielkich parkingów dla autokarów i… cisza. To właśnie było takie niezwykłe, ta cisza i stojąca z boku figura Świętego. Zauważyłam zawadiackie spojrzenie Andrzeja i zaproszenie, jak gdyby mówił: Witaj u mnie, porozmawiamy? Tymi wspomnieniami dzielę się po raz pierwszy, gdyż zdrowy rozsadek podpowiadał w głowie: ech, to tylko takie złudzenie, to tylko takie odczucie.

Weszłam do kościoła. Nogi same prowadziły do bocznej nawy, gdzie znajdują się relikwie i obraz świętego Andrzeja Boboli. Sympatyczna siostra zakonna opowiadała niewielkiej grupie pielgrzymów o życiu zakonnika i jego męczeńskiej śmierci. Moje dziennikarskie uszy wyostrzały się na fragmenty o objawieniach się św. Andrzeja, o tym, jak proboszcz tego miejsca ksiądz Józef Niżnik jako jedyny zdobył się na odwagę wyjaśnienia sprawy, kto lub co „straszy” na plebanii. Wtedy właśnie pomyślałam, że nie jestem w tym miejscu ostatni raz. Jakoś tak zupełnie naturalnie przyszła myśl, że będę musiała tu wrócić.

Ksiądz Józef i zjawa

Boże zamysły są często dla nas ludzi niezrozumiałe. Często się buntujemy, próbujemy modlitwą przekonać Boga, że inne rozwiązania są lepsze i korzystniejsze dla nas. Jedni kapitulują przed wolą Bożą, inni żyją w gniewie. Spora grupa jednak przekonuje się po czasie, że boska logika, choć nielogiczna dla człowieka, działa na naszą korzyść. O tym fakcie przekonał się ksiądz Józef Niżnik.

Minął rok od mojej pierwszej wizyty w Strachocinie. W życiu różnie się układało. No, powiedzmy wprost, nie za bardzo się układało. To, co w sposób niewidoczny dla mnie pogłębiało się we mnie, to kult świętego Andrzeja Boboli. Zrodziła się myśl (jak szczęśliwie się okazało, nie tylko w mojej głowie) zrealizowania filmu o męczenniku. To oznaczało powrót do Strachociny. Tym razem miałam poznać księdza Józefa Niżnika, który swoje życie poświęcił na szerzenie kultu świętego Andrzeja Boboli.

Strachocińska plebania nie wyróżnia się swoim wyglądem od wielu innych takich miejsc. Siedzimy w pokoju gościnnym, na ścianie wisi obraz Świętego. Ksiądz Józef wzbudza we mnie ogromną ciekawość. Kim jest człowiek, do którego przyszedł święty Andrzej Bobola?

– Nie sprowadzam Andrzeja Boboli tylko do życiorysu – mówi ksiądz Józef. – Przede wszystkim zastanawiam się bardzo często nad zamysłami Bożymi. Jestem tym, który – czy zgadza się z tym, czy nie – w tych odwiecznych planach został przez Boga wykorzystany, aby właśnie tu, w Strachocinie był kult Andrzeja Boboli. Dlatego właśnie święty Andrzej to nie jest ktoś, kogo ja wybrałem, ale ktoś, kto właśnie wybrał mnie. Nie używam tak wielkich słów, że to mój przyjaciel. Patrzę na to w wymiarze duchowym: ktoś wybiera cię do czegoś, aby na ziemi zaistniało pewne dzieło Boże – kontynuuje ksiądz Józef.

Ksiądz Józef Niżnik przyjechał do Strachociny 30 lat temu, aby zastąpić urzędującego proboszcza. Plan obejmował zaledwie trzytygodniowy pobyt. Już na miejscu ksiądz Józef usłyszał opowieści o dziwnych zdarzeniach na plebanii. Jedni mówili, że straszy duch, inni, że to pokutująca dusza czyśccowa. Nie spodziewał się ani przez chwilę, że to właśnie on podejmie się wyjaśnienia sprawy.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama