Zstępujący z nieba

La Salette. Posłaniec MB Saletyńskiej 4/2014

Święty Andrzej Bobola, choć przebywający w chwale niebios z zasiadającym po prawicy Boga Ojca Zmartwychwstałym Jezusem, jest zawsze wierny ziemskiemu narodowi, którego jest synem i zupełnie wyjątkowym patronem. Dzięki mocy, którą dał mu wstępujący do nieba Jezus i zesłany przez Ojca Duch Święty, Pocieszyciel i Obrońca, św. Andrzej swoją śmiercią ukazuje nam, że męczennik umierając, nie traci swej twarzy, ale osiąga ją ostatecznie.

 

W dniu 16 maja 1657 r., kiedy św. Andrzej Bobola ginął w męczeński sposób z rąk oprawców, przypadała uroczystość Wniebowstąpienia Pana Jezusa Chrystusa. To zapatrzenie się w Jezusa, który pożegnawszy się z uczniami i pobłogosławiwszy im, unosił się do nieba, mogło być dla przyszłego świętego największą siłą, nadprzyrodzoną otuchą na czas długich godzin męki. To właśnie w uroczystość Wniebowstąpienia roku pańskiego 1657 r. „niebo tryumfalnie przyjęło niezwyciężonego męczennika odzianego w purpurę własnej krwi”, jak napisał ponad 50 lat temu w encyklice „Invicti athletae Christi” papież Pius XII. Encyklika ta jest jedynym tak ważnym dokumentem papieskim, poświęconym pojedynczemu polskiemu świętemu.

Wieki pokazały, że choć Pan odszedł do nieba, to zawsze podąża i będzie podążał wraz z nami drogami świata, tak jak szedł z uczniami do Emaus. „Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Jego odejście nie oznacza więc Jego nieobecności. Wieki chrześcijaństwa pokazały także, że odejście z tego świata szczególnych przyjaciół Pana, którzy trwali przy Chrystusie aż do przelania męczeńskiej krwi, też nie oznacza początku ich nieobecności pośród nas. Możemy się o tym przekonać, spoglądając na wyjątkowego patrona naszej Ojczyzny, św. Andrzeja Bobolę, który swój ziemski żywot zakończył męczeńską śmiercią w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego.

Ileż razy przychodził on z niebios na ten świat? Wspomnimy tylko o przyjściach zupełnie wyjątkowych. Przyjście pierwsze miało miejsce tam, gdzie go pochowano i stało się wówczas, gdy świat jeszcze go nie znał. Był bowiem 49 jezuitą zamordowanym w tamtych czasach na wschodnich kresach Rzeczpospolitej. Po nim miało wkrótce zginąć jeszcze kilkunastu. Wieczorem 16 kwietnia 1702 r. Andrzej Bobola objawił się nie mogącemu poradzić sobie z wielością bardzo trudnych spraw rektorowi szkoły jezuitów w Pińsku o. Marcinowi Godebskiemu i zapowiedział, że otoczy ich opieką pod warunkiem, że rektor poleci odnaleźć jego ciało w krypcie pod kościołem i umieści je oddzielnie. Gdy tak się stało, Andrzej Bobola w wyjątkowy sposób troszczył się nie tylko o kościół, dom i szkołę jezuitów, lecz także o całą Pińszczyznę, szczególnie wówczas, gdy głód i epidemia dziesiątkowały mieszkańców Rzeczpospolitej. Znaki tej opieki widziano także po wiekach. Gdy w czasie I wojny światowej Pińsk był kilkanaście razy ostrzeliwany i bombardowany, nie zginął ani jeden chrześcijanin. Mieszkańcy Pińska zawdzięczali to orędownictwu u Boga wyjątkowego opiekuna Pińszczyzny, Andrzeja Boboli. Bracia prawosławni ułożyli ku jego czci specjalny hymn, który dołączono w okresie międzywojennym do prośby o kanonizację.

Przyjście drugie nastąpiło do klasztoru dominikanów w Wilnie w r. 1819. Wtedy stanął nagle przed modlącym się za jego przyczyną (wówczas jeszcze sługą Bożym) dominikaninem o. Alojzym Korzeniewskim, któremu władze carskie zabroniły jakiejkolwiek działalności duszpasterskiej ze względu na jego bardzo patriotyczną postawę. W swej modlitwie pytał on Boga za przyczyną sługi Bożego, czy Polska kiedykolwiek odzyska niepodległość. Wówczas zjawił się Andrzej Bobola i polecił mu otworzyć okno celi, w której mieszkał. Za oknem dominikanin ujrzał rozległą równinę, na której wojska różnych narodowości walczyły ze sobą z niespotykaną zawziętością. Andrzej powiedział wtedy, że gdy ta wojna dobiegnie końca, Polska odzyska wolność, a on – Andrzej Bobola – zostanie uznany jej patronem. To proroctwo dodawało Polakom wiele otuchy i nadziei na odrodzenie się Ojczyzny. Pierwsza część proroctwa spełniła się dokładnie po 99 latach, druga – po ponad 180 latach.

Przyjście trzecie: rok 1920. Pod Warszawę podchodziła armia bolszewicka. W obliczu dramatycznego zagrożenia bytu Państwa, biskupi zebrani na Jasnej Górze na Konferencji Episkopatu Polski zwrócili się z gorącym apelem do papieża o kanonizację bł. Andrzeja i uznanie go za szczególnego patrona odrodzonej i właśnie niezwykle zagrożonej w swym bycie Polski. Arcybiskup warszawski, kard. Kakowski zarządził, by od 6 do 14 sierpnia we wszystkich świątyniach stolicy trwała nowenna zanoszona do Boga za przyczyną głównej patronki miasta – Matki Bożej Łaskawej, a także bł. Andrzeja Boboli i bł. Władysława z Gielniowa. W trzecim dniu nowenny przy akompaniamencie huku armat na przedpolach Warszawy, ze świątyń stolicy ruszyły procesje na pl. Zamkowy, gdzie odbyło się centralne nabożeństwo przebłagalne i błagalne o ocalenie. „Włączył się” w nie bł. Andrzej w znaku swych cząstkowych relikwii, przywiezionych specjalnie na tę uroczystość z Krakowa. Na zakończenie nowenny stał się Cud nad Wisłą – niewytłumaczalne w kategoriach tylko ludzkiej logiki zwycięstwo polskich wojsk nad bolszewickimi.

Przyjście czwarte: był 26 września 1939 r. – przeddzień kapitulacji stolicy. Pociski artyleryjskie trafiły w kaplicę jezuitów na warszawskim Mokotowie, w której spoczywały integralne relikwie św. Andrzeja. Byli ranni, jedna osoba zabita. Ucierpiał także on. Trumna z relikwiami została uszkodzona w kilku miejscach. Postanowiono przenieść ją do sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na Starym Mieście. I tak wyruszył, w znaku swych relikwii, znowu przy akompaniamencie spadających bomb, granatów i pocisków artyleryjskich ulicami dogorywającej stolicy, by pokazać, że jest wraz z nią, że nie opuści ani jej, ani Ojczyzny, która wkroczyła na kolejną dziejową krzyżową drogę.

Przyjście piąte: była połowa sierpnia 1944 r. Klimat święta Wniebowzięcia Matki Bożej, jednak katedra warszawska objęta była walką powstańczą. Nieustannie bombardowana zaczynała płonąć i zamieniać się w gruzy. Poważnie uszkodzona została także sąsiadująca z nią świątynia Matki Bożej Łaskawej. Św. Andrzej Bobola, w znaku swych relikwii, przeszedł wraz z powstańcami wśród gradu kul i palących się domów do kościoła Dominikanów pw. św. Jacka. Solidarny z przeżywającymi największe zagrożenie. Towarzyszący stającym na pograniczu życia i śmierci, dodający im otuchy, błagający Boga o ich ocalenie.

Przyjście szóste: był 7 lutego 1945 r. Prawie doszczętnie zniszczona Warszawa zaczynała z mozołem podnosić się z ruin. Ci, którzy przeżyli w stolicy koszmar wojny, zaczynali wychodzić z piwnic. Wyszedł też z podziemi zrujnowanego kościoła św. Jacka, w znaku swych integralnych relikwii, św. Andrzej, by powrócić na warszawski Mokotów, gdzie obrał sobie stałą siedzibę… Wracając patrzył na zburzone miasto, a poprzez nie na całą wyniszczoną wojną Ojczyznę… Pocieszał jednocześnie tych, których spotykał po drodze…

Przyjście siódme: był 10 kwietnia 2010 r. Samolot z prezydentem Rzeczypospolitej Lechem Kaczyńskim, jego małżonką, ostatnim prezydentem Rzeczypospolitej na wychodźstwie Ryszardem Kaczorowskim i 93 innymi osobami, udającymi się na uroczystości 70-lecia mordu katyńskiego, rozbił się na lotnisku w Smoleńsku. Także tutaj, w tej największej tragedii historii naszej Ojczyzny był obecny św. Andrzej Bobola w znaku swych relikwii cząstkowych, które miała przy sobie śp. Teresa Walewska-Przyjałkowska, wiceprezes Fundacji Golgota Wschodu i prezes Stowarzyszenia Krzewienia Kultu św. Andrzeja Boboli. W trakcie katastrofy nastąpił ucisk, albo uderzenie w podstawę relikwiarza tak, że uległa ona u samej podstawy wygięciu, a nieco powyżej została złamana. Sama jednak metalowo-szklana szkatułka zawierająca relikwie świętego pozostała nietknięta. Obecnie ten naznaczony smoleńską tragedią relikwiarzyk jest eksponowany w Muzeum św. Andrzeja Boboli przy jego Narodowym Sanktuarium w Warszawie.

Cyfra siedem to cyfra wielości. Niech więc tych siedem przykładów obecności św. Andrzeja Boboli w trudnych czy wręcz tragicznych chwilach i okresach życia naszej Ojczyzny będzie skromnym przykładem stałej więzi tego świętego z naszą polską ziemią. Tak bowiem jest zawsze. On – choć przebywający w chwale niebios z zasiadającym po prawicy Boga Ojca Zmartwychwstałym Jezusem, jest zawsze wierny ziemskiemu narodowi, którego jest synem i zupełnie wyjątkowym patronem. Dzięki mocy, którą dał mu wstępujący do nieba Jezus i zesłany przez Boga Ojca Duch Święty, Pocieszyciel i Obrońca, św. Andrzej swoją śmiercią ukazuje nam, że męczennik umierając, nie traci swej twarzy, ale osiąga ją ostatecznie (por. ks. Józef Tischner). Wokół męczennika nie wytwarza się pustka, wręcz przeciwnie, gromadzą się wokół niego wyznawcy Chrystusa, za którego oddał on życie. Śmierć męczennika – jak powiedziano przed wiekami – jest wyjątkowym zasiewem, z którego rodzą się nowi Chrystusowi wyznawcy, świadomi, że męczennicy są wśród nich i tak, jak św. Andrzej Bobola pragną podążać wraz z nimi ścieżkami ich życia.

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama