Bóg księdza Jana

Więź 2/2015

Piszę: „księdza Jana” – bo tak o nim mówiliśmy. Nagle uświadomiłem sobie, że było to bardzo dawno, choć przecież – na wyciągnięcie ręki. Piszę: „my” – bo chodzi o grupę, o wspólnotę osób, dla których postać i poezja ks. Jana Twardowskiego stanowiła ważne odniesienie w poszukiwaniach własnej wewnętrznej drogi, własnej duchowości.

 

Jego wiersze były wychylone ku spotkaniu, tak jak on sam. Dlatego przychodziło się do nich – i do niego. Do jego malutkiego pokoiku, który jest najbardziej intrygującym pomieszczeniem polskiej literatury XX wieku. Nie pamiętam, żebym bywał tam często, ale też o spotkaniach na szczęście nie decyduje ich częstotliwość. Ważniejsza jest praca wewnętrzna, którą się wykonuje; istotniejsze jest to, na ile pozwalamy, by ktoś – także za sprawą tego, co mówi, oraz tego, co pisze – zmieniał nasz sposób widzenia i odczuwania świata.

Pamiętam, że w połowie lat 80. ksiądz Jan miał spotkanie autorskie na KUL (tam wtedy studiowałem), ktoś pytał o jego opinie na temat poetyckich debiutów. Jakoś tak ciepło o tym mówił, że posłałem mu swoje własne liryczne wypociny. Na Wielkanoc dostałem kartkę z barankiem namalowanym kredkami. Na odwrocie były życzenia i zdanie, które wtedy miało dla mnie wagę talizmanu: „Wiersze dobre, trafiają wprost do serca”.

Zaskoczyło mnie jednak, że wiersze mają trafiać do serca – interesowałem się wtedy tak zwaną „poezją stanu wojennego” i Nową Falą. Nie tylko ja podejrzewałem Twardowskiego o naiwność i ckliwość, dręczyło mnie to parę lat, aż w końcu przyznałem mu rację – nie bez pomocy Andrzeja Sulikowskiego, z którym się wtedy na zawsze zaprzyjaźniłem. Bo to nieszczęsne „serce” trzeba rozumieć szerzej i głębiej: jako element pewnej całościowej koncepcji rzeczywistości, w tym – rzeczywistości Boga.

Kiedy to zrozumiałem, niejako w ramach przeprosin, wydałem w 1999 r. w Nowym Sączu tomik poetycki Wiersze dla księdza Jana i innych bliskich osób. Nigdy później nie miałem już tak szerokiej i serdecznej publiczności podczas spotkań autorskich. Dziś wydaje mi się to sprawiedliwe. Nie powinny liczyć na publiczność wiersze, które nie trafiają wprost do serca...

Można zaufać

Trzeba więc o tym sercu powiedzieć trochę więcej. Bez niego nie da się czytać wierszy księdza Jana. Jak jednak należy tę kategorię rozumieć? Kiedy dziś wracam do lektury jego liryki, coraz częściej wydaje mi się, że serce jest dla niego synonimem współuczestnictwa, więzi, zaangażowania. A zatem swoistym poetyckim pseudonimem pewnego projektu egzystencji, czy raczej współegzystencji. Na jego antypodach znajduje się wizja życia niezaangażowanego, koncepcja jednostki monadycznej, w pełni autonomicznej wobec otaczającej ją rzeczywistości, skłonnej zatem do traktowania świata jako swoistego przedmiotu – myślenia lub działania. Nietrudno się domyślić, że przedmiotowe odniesienia do rzeczywistości otwierają drogę do rozmaitych form lekceważenia i opresji. Czy tylko serce stawia zatem granice przemocy?

Na tak zadane pytanie nie da się odpowiedzieć wprost. Jasne jest jednak, że relacje serca nie mają z przemocą, z oczywistych względów, raczej nic wspólnego: mają charakter podmiotowy, a nie przedmiotowy. W świecie wierszy księdza Jana i rzeczy, i całe uniwersum przyrody są częścią życia osób, a one same – częścią życia Boga. Ani Bóg, ani przyroda, ani rzeczy nie są tu oderwane od człowieka. Pozostają z nim w ścisłych relacjach, których istotą nie jest instrumentalna poręczność, lecz ludzka serdeczność. Nie chodzi przy tym tylko o to, że to człowiek projektuje ją w stronę rzeczywistości, która go otacza. Chodzi też o to, że również rzeczywistość promieniuje ku niemu serdecznością, której źródło bije poza nią samą – w Bogu. Do Jego „serdeczności” odsyła i ku niej kieruje. Świat liryki księdza Jana jest Kościołem.

Symbolem eklezjalności kosmosu są jego barwy. W wierszu Do Jezusa z warszawskiej katedry[1] księżyc nabiera koloru złota, a więc i niezwykłej wartości. W liryku Zagadka o Niej podobny sposób sakralizacji obejmuje postać Matki Boga, która jawi się „tak złota, że niepozorna”. Szlachetny blask – przydający godności i znaczenia – pada tu na każde, najdrobniejsze nawet stworzenie: także ślimak pojawia się w omawianych wierszach „lekko ozłocony”. Cały poetycki świat ks. Jana zdaje się zatopiony w sferze oddziaływania dobroczynnych promieni – otoczony jasnością opiekuńczą i podnoszącą na duchu. Natura wydaje się tu naśladować świątynię – przybiera barwy ołtarza. Podobnie jak ołtarz staje się miejscem spotkania z nadprzyrodzonym światłem[2].

Bóg księdza Jana nie jest zatem Bogiem filozofów, lecz Bogiem wiary. Jego istnienie nie jest problemem, który wymaga rozumowania i dowodzenia, ale tajemnicą, wobec której możemy się otworzyć lub na nią zamknąć. Relacja wobec Niego nie jest zatem jakimkolwiek rodzajem relacji uprzedmiotawiającej, jest – jak by powiedział Marcel – „czystą rozporządzalnością”. Jest zaufaniem. W swych wierszach ksiądz Jan często podejmuje ważną próbę polemiki ze stereotypowymi obrazami Boga – teistycznymi i ateistycznymi. Istotą tych polemik jest pokazanie, że przestrzeń Boga jest światem, któremu można zaufać.

Rozbrajanie ciemności

Szczególną funkcję w owym oswajaniu przestrzeni pełnią elementy przyrodnicze. Właśnie dzięki nim to, co nas przerasta i przeraża, jawi się jako dobrze znane, codzienne, a więc i, w jakimś sensie, możliwe do zaakceptowania. W liryku bez tytułu, zaczynającym się od słów: „Kocham deszcz, który pada czasami w Komańczy”, natrafiamy na następujący fragment:

Krzyże żadne nie krwawią, gdy jest świętość i spokój gdy z wygnańcem po cichu drży Polska –wszystko proste jak wiersze – brewiarz, lampa, pokój,drzew warszawskich na niebie gałązka

Tekst został poświęcony uwięzionemu prymasowi Stefanowi Wyszyńskiemu. Nie podkreślono w nim jednak ani opresyjnego charakteru władzy ludowej, ani poniżenia, jakiego zaznał kapłan. Wręcz przeciwnie, wyeksponowano to, co właśnie nie podlega opresji – godność. To jej znakiem są cechy wewnętrzne spokoju i świętości. Liryk dokonuje swoistej transformacji cierpienia poprzez wpisanie go w cenę godności i harmonię świata, tworzoną przez ludzkie modlitwy oraz ład natury. Przy pomocy motywów roślinnych autor Znaków ufności często rozbraja groźne ostrze ciemności. Warto przywołać początek utworu Jak długo:

Jak długo wierzyć nie rozumieć jak długo jeszcze wierzyć nie wiedzieć ciemno jak pod bukiem o gładkiej korze pokaż się choć na chwilę w kościele – rozebranym do naga ze świecidełek

Przedstawiona sytuacja jest metaforą zagubienia egzystencjalnego, ciemności wewnętrznej. Mamy tu do czynienia z autentycznym dramatem oczekiwania. Jego ból nie budzi jednak sprzeciwu. Przeciwnie, nie jest pozbawiony nadziei. Mrok przestaje przerażać – jest po prostu miejscem „pod bukiem o gładkiej korze”. Metaforyka florystyczna służy tu oswajaniu skomplikowanych doświadczeń wewnętrznych. Podobnie dzieje się w utworze Rozmowa z Karmelem, w którym zjeżona krata karmelitańskiego klasztoru okazuje się w istocie łupiną orzecha. Niekiedy swoistemu „oswajaniu” podlegają również Jezusowe rany:

Jezu z huczącą jak pszczoła raną
Z czerwoną ulotką wiecznej lampki

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama