Proletariusze, nie łączycie się

Przewodnik Katolicki 27/2015

Powstają nowe twory, a dawne partie zmieniają programowe hasła. Lifting, rewolucja, zmiana warty czy ostateczny upadek? Jaka lewica pójdzie do jesiennych wyborów parlamentarnych?

 

Debata na linii lewica–prawica stanowi odwieczny i nadal bardzo istotny element sporu światopoglądowego pod każdą szerokością geograficzną. I to właśnie od kształtu i kondycji polskiej lewicy zależy w znacznej mierze kierunek, jaki ten spór może przybrać. Czy będzie to walka na postulaty gospodarcze, z przywołaniem – niemal zupełnie dziś zapomnianej tzw.  lewicowej wrażliwości społecznej – czy też ograniczy się ona do starcia czysto ideologicznego, wyznaczanego przez walkę z Kościołem, wartościami chrześcijańskimi i próbę przeforsowania nowinek obyczajowych?

Zero mandatów?

Polska lewica choruje dziś na przypadłość, która przez wiele lat toczyła także prawicę – rozdrobnienie, skłócenie, personalne animozje, nadmierne ambicje i pycha poszczególnych liderów, skutkująca monopolem na wszelkie próby jednoczenia. Efekt? Kilkunastu pretendentów, którzy noszą buławę przywództwa w plecaku i nijak nie potrafią się ze sobą porozumieć. A to skutecznie zraża potencjalnych wyborców. Do tego dochodzi odcięcie od władzy, trwające już od kilku kadencji parlamentu, które sprawia, że lewica nie ma instrumentów zapewniających lojalność partyjnych dołów – państwowych posad, stołków, rad nadzorczych i rozmaitych politycznych synekur. To problem, z którym nie mogą sobie poradzić zarówno Sojusz Lewicy Demokratycznej, jak i Twój Ruch alias Ruch Palikota – dwa nadal największe lewicowe ugrupowania na naszej scenie politycznej. W rezultacie ich partyjne szeregi topnieją, kolejni działacze uciekają, nie ma atmosfery walki, wiary w sukces, dominuje za to poczucie klęski i beznadziei. „Proszę pań i panów z SLD, nie będzie jesienią ani jednego mandatu. Zero. Nie zrobicie nawet 3 proc., nie będzie subwencji, zero!” – wieszczył lewicowy publicysta Jacek Żakowski w reakcji na fatalny wynik kandydatki SLD w niedawnych wyborach prezydenckich Magdaleny Ogórek, która uzyskała niecałe 2,4 proc. poparcia – tak nisko Sojusz nie był jeszcze nigdy. A to tylko pokazuje, że drobne liftingi, odświeżanie szeregów, wprowadzanie młodych twarzy to za mało. Zarówno SLD, jak i Twój Ruch to dziś partie  zużyte – nawet nie tyle rządzeniem, ile kompletnym brakiem wiarygodności. Dla prawdziwych lewicowców są establishmentowe, systemowe i po prostu sztuczne.

Niewiarygodni

Sojusz – mimo kolejnych mutacji – nie potrafi uciec od łatki postkomunistycznej partii – spadkobierczyni skompromitowanej nieboszczki PZPR. To jest nadal partia, której twarz utożsamiana jest z Leszkiem Millerem – i to się pewnie już nigdy nie zmieni. Tak samo jak nie zmieni się jej elektorat. Słusznie w wielu komentarzach pojawia się więc opinia, że właśnie elektorat SLD – bodaj najbardziej ze wszystkich partii – wymiera. I to w sensie dosłownym. Odchodzi pokolenie dawnych partyjnych „towarzyszy”, których połączyła PZPR-owska przeszłość i konieczność przetrwania w nowych kapitalistycznych czasach. Paradoksalnie jednak to właśnie SLD poprzez swoje komunistyczne dziedzictwo stało się chyba najmniej antykościelnym z lewicowych ugrupowań – po części z powodu mniej lub bardziej podświadomej obawy przed wyciągnięciem jego grzechów z przeszłości, a po części z powodu czystego koniunkturalizmu. Sojusz od początku był bowiem partią zbudowaną wyłącznie dla zdobywania i utrzymywania władzy, stanowisk i politycznych wpływów. Wymachiwanie antyklerykalnymi sztandarami było więc w przypadku SLD raczej jedynie okazjonalnym dodatkiem.

Co innego Twój Ruch – inna z upadających lewicowych partii. Jej lider, Janusz Palikot, nigdy jednak tak naprawdę nie został uznany przez lewicowców za „swojego” – ot, bogaty biznesmen, zmieniający poglądy jak rękawiczki, kompletnie pozbawiony owej przysłowiowej „lewicowej wrażliwości społecznej”. Dziś Palikot to coraz bardziej osamotniony i marginalizowany polityk, niepotrafiący zaproponować niczego nowego poza powielaniem haseł, które przyniosły mu krótkotrwałe powodzenie polityczne. Tyle tylko, że te wojujące antyklerykalne hasła już nie działają i kompletnie nie obchodzą wyborców. Przynajmniej nie w obecnej politycznej rzeczywistości.

Łączenie przez dzielenie

W tej sytuacji na lewicy powtarza się jak mantrę hasło o potrzebie stworzenia jakiejś zupełnie nowej formacji, która odzyska rząd dusz na polskiej scenie politycznej. Najlepiej na bazie tego, co już istnieje. I już samo to jest zarzewiem nowej kłótni o to, kto ma być kamieniem węgielnym nowej partii. Pretendentów jest sporo. Na przykład inicjatywa tworzona pod auspicjami związkowców z OPZZ, co mogłoby sugerować odwołanie do lewicowego etosu gospodarczego. Poza SLD nie wywołuje ona jednak jak na razie żadnego większego odzewu. Nie kwapią się do niej ani aktywiści od Palikota, ani małe formacje kanapowe.

Na dodatek, kilka dni temu proklamowała swoje powstanie zupełnie nowa lewicowa formacja pod nazwą Biało-Czerwoni, która z założenia stanowi jawną konkurencję i wyzwanie dla dotychczasowych hegemonów lewicy. Na jej czele stoją dwaj banici po przejściach – były polityk SLD Grzegorz Napieralski i były poseł Twojego Ruchu Andrzej Rozenek. Taki tandem zapowiada więc próbę wyciągania pojedynczych szabelek z SLD i TR. Czyli kolejny podział na lewicy. I choć Biało-Czerwoni zapowiadają, że chcą być „demokracją na wzór skandynawski”, to już na starcie wypadają bardzo blado. „Chcemy, aby państwo było pomocne, aby było sprawne i przyjazne. Chcemy przede wszystkim, aby państwo pomagało wtedy, kiedy każdy z nas potrzebuje pomocy. Państwo musi być dla obywateli” – stwierdził Grzegorz Napieralski, prezentując program partii. Czyli nudno, powtarzalnie, banalnie i mało wiarygodnie. Z tej mąki chleba więc raczej nie będzie.

Został tylko plankton

Polskiej lewicy brakuje dziś przede wszystkim charyzmatycznego i zarazem strawnego dla wszystkich lidera, który potrafiłby scalić i pociągnąć ten wózek do przodu. Kompletnie żadnego wrażenia nie robią już przebrzmiałe nazwiska dawnych przywódców w rodzaju Aleksandra Kwaśniewskiego – by przypomnieć choćby sromotną porażkę Europy Plus w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 r. Z kolei kreowana na potencjalną liderkę Barbara Nowacka, najbliższa dziś współpracowniczka Janusza Palikota, jest zbyt słabo rozpoznawalna i nawet dla wielu lewicowców za bardzo radykalna w kwestiach obyczajowych.

Ten kalejdoskop lewicowego rozdrobnienia uzupełnia lewicowy plankton – od kanapowej Partii Zielonych, porzuconych właśnie przez transseksualną posłankę Annę Grodzką, która –jakżeby inaczej – także chciałaby być liderem nowej lewicy, poprzez równie kanapowe środowisko skupione wokół „Krytyki Politycznej”, aż po ultraradykalny Ruch Sprawiedliwości Społecznej Piotra Ikonowicza.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

TAGI| LEWICA, WYBORY

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama