Pozostawiam Ci moją wiarę…

Niedziela 30/2015

Wszystko zaczęło się w wielopokoleniowej rodzinie, która prowadziła normalne życie przy mało ruchliwej Via Depretis w Wiecznym Mieście – Rzymie. Najważniejsze w ich domu były wiara oraz rozwój duchowy

 

Niecodzienna normalność rodziny błogosławionych Marii i Alojzego (Luigiego) Beltrame Quattrocchich, wychowujących czwórkę dzieci w niezwykle burzliwych czasach faszyzmu, obydwu wojen światowych czy niszczącego wartości modernizmu właściwie nie powinna różnić się od codzienności naszych sąsiadów, rodziny „X”, a nawet naszej monotonii dnia. Dlaczego więc my nie potrafimy tak przeżywać szarej rzeczywistości, zwłaszcza że nie latają nad naszymi głowami bombowce, dzieci nie są masowo powoływane na front, a czasy są w miarę spokojne?

Chciałbym oddać tutaj głos najwierniejszym świadkom życia i funkcjonowania rodziny Beltrame Quattrocchich, czyli ich dzieciom. Nie będzie to opowieść biograficzna, ale próba wskazania najważniejszych elementów wychowania – filarów, na które kładli nacisk Maria i Alojzy, a które zaowocowały m.in. powołaniami zakonnymi trójki z czworga rodzeństwa (o. Paolino, ks. Tarcisio, s. Cecylia).

Współpracownicy łaski

Wszystko zaczęło się w wielopokoleniowej rodzinie, która prowadziła normalne życie przy mało ruchliwej Via Depretis w Wiecznym Mieście – Rzymie. Jak w każdej młodej rodzinie mieszkającej z teściami nie brakowało sporów. Po latach jedna z córek zapisała: „Dziadek Angiolo, być może z racji zawodu oficera, był bardzo władczy. Wrażliwa dusza mamy uszlachetniła się dzięki niemałym cierpieniom, powodowanym domowymi napięciami, powstającymi często z bardzo błahych powodów”. Mimo trudów wspólnego mieszkania nigdy nie przyszło do głowy małżonkom Marii i Alojzemu częste dzisiaj „odstawienie na boczny tor” dziadków, co doceniły ich dzieci. To właśnie historie z pól bitewnych, opowiadane przez dziadka, budziły w nich ducha patriotyzmu, dzięki czemu nie miały one później najmniejszych wątpliwości, czy podjąć powołanie na front II wojny światowej. Obydwaj synowie zostali kapelanami wojskowymi, nieraz cudem unikali śmierci, podczas gdy ich matka odbywała w tym czasie pielgrzymki, oddając synów Maryi – Pani Bożej Miłości.

Najważniejsze w ich domu były wiara oraz rozwój duchowy. Rodzice nie bali się pokazywać dzieciom swojej religijności. Najstarszy syn tak z dumą wspominał: „W każde sobotnie popołudnie szliśmy z tatusiem do spowiedzi u ojca Paoli”, natomiast po Mszy św. w niedzielę „tatuś towarzyszył nam, gdy nie mieliśmy zajęć harcerskich, w zwiedzaniu różnych interesujących zabytków i miejsc”. Poruszające staje się świadectwo Marii, która widzi męża stale noszącego przy sobie mszalik, dodając, że „studiował go – linijka po linijce”.

Z tej wiary w roku 1920 dokonał się ważny dla wszystkich domowników akt intronizacji obrazu Serca Jezusa. Od tej pory powieszony na ścianie w miejscu, gdzie rodzina spotykała się codziennie przy stole, „rządził i błogosławił wszystkie najważniejsze wydarzenia w naszej rodzinie, wszystkie radości i święta, wszystkie próby i rozstania”. A nadeszły one bardzo szybko... W czasie epidemii grypy hiszpanki nie bali się pomagać znajomej rodzinie dotkniętej chorobą, w ciężkich czasach okupacji przechowywali uciekinierów i wojskowych, nielegalnie ukrywali przed faszystami Żydów w swoim domu, a błyskawiczna kariera Alojzego została przerwana przez... niego samego (sic!). Kiedy zaproponowano mu kandydowanie do senatu z ramienia chadecji, po rozmowie z żoną odrzucił propozycję: „Uczynił to, by nie być zależnym od dyscypliny partyjnej w czasie głosowań, bo mógł mieć inne zdanie niż partia”.

Żyć w świecie, nie będąc ze świata

Kolejnym charakterystycznym rysem wychowania u Beltrame Quattrocchich było zainteresowanie, jakim darzyli swoje dzieci. Dowodem, który do dzisiaj świadczy o rodzicielskiej trosce o nie, są setki listów, jakie na przestrzeni lat wymienili. Ciekawy fakt, zwłaszcza w perspektywie dzisiejszych „błyskawicznych” czasów, kiedy brak miejsca nawet na pięciominutową rozmowę ze swoimi pociechami. Quattrocchi traktowali rodzicielstwo jako dar i zadanie, dlatego po narodzeniu dzieci rozpoczęli studiowanie książek z dziedziny pedagogiki, aby – jak pisze Maria – „być lepsi, poprawiając się z naszych wad i kształtując nasz charakter”.

Zainteresowaniem zostało również objęte środowisko, w którym dzieci przebywały. Z tego powodu, jak zauważa jedno z nich: „Czuwali nad naszymi relacjami z kolegami ze szkoły i z przyjaciółmi”. Z kolei ks. Tarcisio wspomina, że kiedy zapisali się do mało znanej i jeszcze raczkującej na terenie Włoch A.s.c.i. (Associazione scautistica Cattolica Italiana – Włoskiego Katolickiego Stowarzyszenia Skautowego), „mama natychmiast sprowadziła z Anglii książkę założyciela ruchu skautowego (…), aby upewnić się, że ta sprawa (…) nie zrodzi problemów o podłożu religijnym”. To postawa rzadko spotykana dzisiaj, bo ilu znamy rodziców, którzy interesują się, czy muzyka, filmy, subkultura czy „grupy”, do których ich syn czy córka przynależy, nie koliduje z wyznawaną wiarą? Obecnie panuje raczej zasada „obojętnego zaufania dla świętego spokoju”. Wyrzutem sumienia dla współczesnych rodziców może być jeszcze inna historia przytaczana przez ks. Tarcisia, dotycząca ich ojca, mianowicie „bardzo lubił palić, ale kiedy urodził się Filippo, od razu to rzucił, aby nie być złym przykładem dla nas, dzieci”.

Życie zwyczajnie nadzwyczajne

Normalne małżeństwo, normalne życie, a jednak jest w nim pewna nadzwyczajna świętość. Jej źródła próżno dopatrywać się w światowości i robieniu kariery za wszelką cenę, wszystko, oczywiście, pod pozorem „dobra dzieci”. Maria napisała kiedyś o mężu: „Pracę kochał zawsze i przez całe życie traktował ją jako powinność i powołanie, nawet jeśli go męczyła”, ale mimo to wystarczało mu czasu na wielogodzinne rowerowe przejażdżki, długo wyczekiwane wycieczki z plecakami w góry czy spacery, które wspominała s. Cecylia: „Byliśmy jeszcze mali, ale on chciał w nas wyrobić przyzwyczajenie do uprawiania ruchu dla zdrowia”.

Dzieci z natury broją, dlatego potrzebny jest dobrze działający system „kar”, który Maria i Alojzy dopracowali do perfekcji – „jedną z najcięższych był brak pocałunku na dobranoc od mamy”. Innym sposobem uczenia dzieci odpowiedzialności za słowa i czyny było odwoływanie się do harcerstwa: „Gdy nasi rodzice chcieli nam udzielić jakiegoś upomnienia, odwoływali się – kiedy to tylko było możliwe – do prawa harcerskiego i do przyrzeczenia, które uroczyście złożyliśmy”.

Nic więc dziwnego, że postawa Alojzego (zmarłego w 1951 r.) i Marii (która zasnęła w Panu w 1965 r.) Beltrame Quattrocchich pozostała w pamięci nie tylko ich dzieci, ale niemal wszystkich ludzi, którzy się z nimi zetknęli. „Codzienna gazeta czytana na głos i dyskusja, lektura kilku fragmentów przyjemnej książki, wspólny Różaniec – i do łóżka” – to jedno zdanie streszcza cały ich system wychowania, oparty na wierze, miłości i zainteresowaniu.

We wspomnianym na początku duchowym testamencie bł. Maria zostawia rodzinom złotą zasadę, prosząc: „byście umieli zrozumieć konieczność poświęcenia się wypełnieniu swego powołania (…) oraz byście je przyjęli tak, jak zostało Wam dane: w tych najmniejszych, niezliczonych zwykłych codziennych czynnościach”.

 

Korzystałem i cytuję za: Luciano Moia, „Błogosławieni Rodzice. Luigi i Maria Beltrame Quattrocchi we wspomnieniach ich dzieci”, eSPe, Kraków 2007.

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama