Jazda autostradą duchowego rozwoju

eSPe 116/3/2015

O poszukiwaniu sensu w życiu i roli kierownictwa duchowego opowiadają bracia Kamil i Arkadiusz „Arkadio” Zboźniowie*.

 

Kiedy sfera ducha stała się w Waszym życiu ważna?

Kamil: Dla mnie duchowość jest sposobem na życie, najbardziej skutecznym sposobem na życie. Nie znam teoretycznej definicji „duchowości”; od strony praktycznej jest to dla mnie współpraca ze Stwórcą, współpraca z żywym Bogiem, który chce mojego szczęścia. Jeżeli On chce mojego szczęścia, to wszystko z Nim konsultuję: sprawy małżeńskie, zawodowe, szkołę i relacje z innymi ludźmi

Jak odkryłeś, że Bóg chce dla Ciebie szczęścia?

Kamil: Dziesięć lat temu złapał mnie mocny kryzys. A mówi się przecież: „Jak trwoga, to do Boga”. Wcześniej wydawało mi się, że Pana Boga nie interesują za bardzo moje sprawy, że do Niego człowiek zwraca się raczej z poważniejszymi kwestiami. Kryzys, o którym wspominam był tak wielki, że tylko u Stwórcy mogłem znaleźć pomoc. Trafiłem do Niego przez drugiego człowieka – przez kolegę, po którym widziałem, że współpracuje z Bogiem i – mimo różnych przeciwności i kryzysów – ma się dobrze.

Jeszcze jako uczeń jeździłem na rekolekcje. Często słyszałem hasło: „otwórz się na Pana Boga”, tylko kompletnie nie wiedziałem co to znaczy. Żyłem w miarę w porządku. Jak popełniłem jakiś grzech, to wiedziałem, że Pan Bóg mi przebaczy, bo jest miłosierny. De facto to było mówienie Panu Bogu „nie” w różnych małych sprawach. A z Panem Bogiem albo się działa na sto procent, albo się odbębnia. A On nie lubi jak się odbębnia, nie lubi przeciętniactwa. W Apokalipsie mówi o tym dobitnie, że lepszy jest zimny albo gorący; letnim się brzydzi, letniego wypluje (por. Ap 3, 15-16). Doświadczyłem tego w tym kryzysie. Wtedy na sto procent zwróciłem się do Stwórcy i zaczęło się błogosławieństwo. Z dnia na dzień.

Otworzyłeś się na Boga, powiedziałeś Mu „tak”. To znaczy, że co zrobiłeś?

Kamil: Byłem wtedy w USA. To był poniedziałek. Najprostsza rzecz, która przyszła mi wtedy do głowy: „idę do kościoła”. Okazało się, że do jednego z kościołów w Chicago przyjechał jakiś misjonarz. Poruszyło mnie to, co mówił. Kupiłem płytę z jego nagraniami. Zacząłem stosować jego wskazówki. Byłem dość radykalny, jak to często bywa u świeżo nawróconych. Zacząłem ostro pościć – przez trzy dni nic nie jadłem. Z przerwami powtarzałem taki post jeszcze dwukrotnie. Stosowałem różne radykalne kroki, żeby się wygrzebać z kryzysu. Św. Ignacy mówi, że jeżeli są duże sprawy, to potrzeba też nadzwyczajnych środków. Koledzy z pracy, którzy widzieli jak poszczę, mieli mnie za wariata.

Gdy wróciłem do Polski chodziłem codziennie do kościoła. To było jedyne „tak”, które wtedy mówiłem Bogu, bo ciągle byłem smutny. Po kilku miesiącach trafiłem na rekolekcje u dominikanów w Krakowie pt. „Ukażę ci ścieżkę życia”. Głosił je ksiądz Pawlukiewicz. Słuchałem go po raz pierwszy w życiu. To były konkretne lekcje dla mężczyzny, to była nauka dla twardzieli. Wcześniej mi się wydawało, że w Kościele nie ma miejsca dla twardzieli. Przez trzy dni rekolekcji nie mogłem spać, byłem tak naładowany energią.

To był kolejny skok w rozwoju duchowym aż do momentu, kiedy przeprowadziłem się do Nowego Sącza, gdzie z kolei poznałem ojca Fabiana Błaszkiewicza. Przez tych kilka lat wywarł na mnie niesamowity wpływ. To jest pierwsza osoba, którą mogę nazwać swoim kierownikiem duchowym.

Arkadio, jak było u Ciebie?

Arkadio: Do Kościoła zawsze podchodziłem bardzo letnio. Pobłądziłem zaraz po pierwszej komunii. Palenie papierosów doprowadziło później do marihuany a nawet do handlowania nią. W pewnym momencie myślałem, że swoje życie przeżyję jak taki Ferdek Kiepski – leżąc, popijając piwko i przełączając kanały w telewizorze. Byłem zamulony, im więcej paliłem, tym bardziej byłem przybity. Nie przeszedłem pierwszej klasy liceum. Tata mówił, że byłem wyznawcą zasady „tumiwisizmu” – wszystko mi wisiało.

Jak Kamil się nawrócił, to zaczął o mnie walczyć. Jest siedem lat starszy. Przypominam sobie, jak mówił, że ma pragnienie, żeby ze swoim bratem być we wspólnocie. Widziałem, że jest zadowolony, uśmiechnięty, że w jego życiu jest radość. Intrygowało mnie to. Kiedy byłem na glebie, moje życie odmieniła jedna z rozmów z Kamilem. Znalazł moje woreczki marihuany, którymi handlowałem; musiałem przy nim wysypywać zawartość do toalety. Płakałem. Dał mi pieniądze, żebym oddał człowiekowi, od którego miałem towar i żebym w końcu zmienił coś w życiu. Wziąłem te pieniądze i …kupiłem nowy towar. Byłem pozbawiony uczuć – potrafiłem płakać przy bracie a później dalej robić swoje. Dzisiaj czuję jakbym opowiadał o kimś zupełnie innym, a nie o sobie.

Potrzebna była inna rozmowa. Zaczął mi tłumaczyć, że od dłuższego czasu o mnie walczy, że wierzy, że coś się może zmienić w moim życiu. Skubany powiedział wtedy, że mnie kocha. Rozwaliło mnie to totalnie, bo nie mówiliśmy sobie na co dzień takich rzeczy, a ja jestem czuły chłopak.

Wtedy wszystko się zaczęło. Poszedłem na modlitwę wstawienniczą, po której wyrzuciłem swoje papierosy. A drugą rzeczą była spowiedź z całego życia. To był moment przełomowy – stanąłem nad wodospadem, gdzie kiedyś paliłem różne specyfiki, a wtedy spaliłem kartkę ze swoimi grzechami, które sobie wypisałem do spowiedzi. Poszedłem tam zaraz po otrzymaniu rozgrzeszenia; czułem, jak moje stare życie odpływa. Wtedy zaczęła się bardziej świadoma duchowość, która trwa cały czas.

Rozumiem to tak: w pewnym momencie swojego życia odkryliście jego sens, drogę do ludzkiego szczęścia, którą chcecie dalej podążać. Jak realizuje się to pragnienie czegoś więcej?

Kamil: Więcej to magis, czyli u jezuitów (śmiech). Trafiliśmy do parafii kolejowej w Nowym Sączu, którą prowadzili jezuici. Oni, za swoim założycielem – św. Ignacym z Loyoli, wyznają podejście maksymalistyczne – magis, czyli więcej i bardziej dla Pana Boga. My przesiąknęliśmy tym nauczaniem za sprawą o. Fabiana. To on w nas rozbudził pragnienie czegoś więcej. Do dziś jesteśmy we wspólnocie dla dorosłych MAGIS Plus.

Byłem na czwartym roku informatyki. To był dla mnie koszmar – wybrałem te studia tylko dlatego, bo wiedziałem, że będę miał po nich dobrą pracę. Myślałem, że ich nie skończę – miałem warunki z różnych przedmiotów, a nawet warunki do warunków, przedmiot z pierwszego roku zdawałem dopiero na trzecim... Ale jak się nawróciłem, to zacząłem też solidnie budować swoje studia. Skutecznie się obroniłem w lipcu 2007 roku i …nie wiedziałem kompletnie, co będę robił. Ale miałem pragnienia, bo te pragnienia kilka miesięcy wcześniej się we mnie zrodziły, zaczęły buzować. Przeczytałem wówczas w Ewangelii słowa Jezusa: „nie troszczcie się o to, co macie jeść, co macie pić, w co się macie przyodziać, troszczcie się o królestwo niebieskie, a reszta będzie wam dodana” (por. Mt 6, 26-34).

Miałem wtedy zieloną hondę. Koledzy ze studiów się ze mnie śmiali: „jeśli będziesz jeździł tą hondą i troszczył się o królestwo, to ona ci zardzewieje; z tego nie da się wyżyć”. A ja po prostu chciałem troszczyć się o królestwo. Nie wiedziałem co to znaczy, ale miałem pragnienia. Szedłem za tym, co mówi św. Ignacy: „Módl się i ufaj tak, jakby wszystko zależało od Stwórcy. Działaj tak, jakby wszystko zależało od ciebie”. 2 sierpnia trafiłem do wymarzonej pracy, do branży finansowej, o której nie miałem pojęcia. To był skok w moim życiu zawodowym. Współpraca z Panem Bogiem to mieszanka wybuchowa – bez żadnego doświadczenia po jedenastu miesiącach zostałem już dyrektorem w tej firmie. A po niecałych dwóch latach zostałem dyrektorem regionu. Po dwóch latach zrezygnowałem i zacząłem interesować się własną przedsiębiorczością.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama