Mam to szczęście, że żyję tym, czym się interesuję

meLady 4/2015

Twarz wieczornych Wiadomości. Jednych irytuje, innych rozczula. Jednak nikt nie może przejść obok niego obojętnie, bo Krzysztof Ziemiec nie boi się otwarcie mówić o tym, co dla wielu, nawet dziś, stanowi temat tabu: o wierze, wartościach, a także swoich słabościach. Być może dlatego ludzie otwierają się przed nim jak przed nikim innym. Koledzy mówią o nim: „ekspert od trudnych rozmów”. Jak mu się to udaje? „W tym zawodzie najważniejsze jest to, by ludzie po prostu cię lubili” – zdradza w rozmowie z Darią Kanią.

 

Książka, programy, telewizja, radio, panele dyskusyjne i debaty wyborcze z kandydatami na prezydenta. Jest pan ostatnio bardzo zajęty.

Taka jest rola dziennikarza, ale myślę, że także i przywilej. Traktuję to jako wyraz zaufania do mnie. Do tego dodałbym jeszcze różnego rodzaju spotkania z czytelnikami i uczenie młodych ludzi warsztatu dziennikarstwa, a teraz jako wisienkę na torcie – już oficjalnie mogę dodać jeszcze film! To poruszająca historia opowiadająca o tym, co działo się na Warmii w styczniu 1945 roku. Pokazuje różne oblicza wojennego tragizmu, trudy obrony własnej tożsamości i godności. Pracowaliśmy nad tym od ponad dwóch lat. Ja wymyśliłem projekt, ale ponieważ nie mam doświadczenia filmowego, zrealizowaliśmy ten film wspólnie z doświadczonym dokumentalistą – Grzegorzem Linkowskim.

Skąd pomył, by zająć się takim tematem?

Z potrzeby serca. Nie mam rodzinnych korzeni na Warmii, zainteresowała mnie ciekawa historia, która moim zdaniem – wciąż jest Polakom nieznana. Nie jest zbyt odległa w czasie, dotyczy wydarzeń sprzed siedemdziesięciu lat, a to zaledwie dwa pokolenia wstecz. Ta historia jest intrygująca, tak jak dla każdego reportera i dziennikarza, ale ma także inną istotną dla mnie cechę – jest także bardzo uniwersalna i ponadczasowa, bo pokazuje, że ludzie byli i są w stanie oddać życie za obronę godności ludzkiego „ja”.

Jak pan trafił na tę historię?

Banalnie. Często młodym dziennikarzom mówi się, że tematy leżą na ulicy. Trzeba tylko poszukać, przedrzeć się przez lokalną prasę. Podobnie było ze mną. Pewnego dnia przeglądając „Gościa Niedzielnego” natknąłem się na małą notkę o zakończeniu procesu beatyfikacyjnego Męczenników Warmińskich. Jak żyję nie słyszałem o ta- kich męczennikach! A tutaj piszą na dodatek o końcu bardzo długiego procesu. Tym bardziej stało się to dla mnie ciekawe. Zacząłem więc szperać, przeglądać Inter- net. Tak się zaczęło.

Od szczegółu do ogółu, po nitce do kłębka…

Dowiedziałem się, że były to ofiary stalinizmu i nazizmu, głównie Polacy, ale także wzięci do niewoli Rosjanie i Ukraińcy, którzy trafili na służbę do niemieckiego chłopa, a kiedy przyszli teoretyczni wyzwoliciele, zamiast wolności, doświadczyli gwałtów i brutalnych mordów. To historia bolesna. Trudna. Dotknęła zarówno osoby duchowne, jak i świeckie. Pomyślałem sobie, że trzeba przybliżyć ją Polakom.

Zaczął pan szukać świadków tych wydarzeń.

Najtrudniej mi było dotrzeć do osób żyjących, kilku bohaterów i bohaterek, którzy przeżyli te wydarzenia i pamiętają, co zaszło wtedy na tamtych terenach. Tych, którzy na własnej skórze doświadczyli piekła. Wielu z nich mieszka dzisiaj w Niemczech. Pojechaliśmy tam z całą ekipą – nad Ren, a więc na sam koniec Niemiec Zachodnich, gdzie dziś mieszkają spokojnie i prowadzą średnio dostatnie życie, tęskniąc bardzo za swym „heitmatem”. W filmie, oprócz męczenników, równie ważnym tematem jest tożsamość ludzi mieszkających na pograniczu.

Gdzie przebiega granica? W głowie, sercu, korzeniach?

W dużej mierze w wyznaniu. Warmiak różni się od Mazura tym, że jest ewangelikiem, a Mazur katolikiem. Choć byli wśród męczenników także i ci, którzy większą wagę przywiązywali do swej narodowości – uważali się za rdzennych Niemców lub stuprocentowych Polaków. Jednak i jedni i drudzy dostali mocne manto od Rosjan, kiedy wkroczyli w 1945 roku na te ziemie. I jedni i drudzy uciekli potem na ziemie niemieckie, chroniąc się przed najeźdźcą.

Co było dla pana najcenniejsze podczas realizacji tego projektu?

Momenty, w których bohaterzy filmu stopniowo przełamywali swe opory i powoli zaczynali się przede mną otwierać. Zamyka go rozmowa z kobietą będącą mniej więcej w moim wieku. To, co zarejestrowaliśmy na taśmie było kolejnym podejściem do tematu. Kolejną próbą, kolejną rozmową, kiedy wreszcie zdecydowała się mówić. Przyznała, że jej tato był dzieckiem gwałtu. Stanowiło to moment zwrotny w całej pracy nad filmem. Stanęła naprzeciw mnie osoba, która była owocem… sam nie wiem, jak to ująć…

…brutalnych  dziejów historii.

Dokładnie. I co więcej, zaczęła opowiadać życie swojej rodziny po wielogodzinnych namowach i moich ogromnych staraniach, by ją do tego nakłonić. Zgodziła się, choć dała warunek: musieliśmy zmienić jej tożsamość na potrzeby filmu. Wstydziła się. Mimo że nie miała wpływu na los, trudno jej było o tym opowiedzieć. Do dziś ma z tego powodu problemy, nie umie sobie z tym poradzić. Dlatego wciąż szuka swojej tożsamości. Bardzo trudny moment w filmie.

Tożsamość to dziś trudny temat. Nie bał się pan kontrowersji?

Nie! Właśnie to jest dla mnie najciekawsze: film opowiada o rzeczach nieznanych, a nie ma dla dziennikarza i filmowca nic gorszego niż ulec schematom i potwierdzać to, co już zostało powiedziane. Pójście utartymi ścieżkami to tak, jakby uprawiać swoistego rodzaju kalkomanię. Wartością filmu jest to, że idzie pod prąd, pokazuje coś nowego, nieznanego, a zarazem bardzo bliskiego nam wszystkim, bo przecież Warmia i Mazury to miejsce naszych urlopów, weekendów czy wakacji. Sam jako chłopak jeździłem tam na obozy harcerskie. Ale wtedy oczywiście przez myśl mi nie przeszło, że jeszcze niedawno ziemie te ociekały krwią i cierpieniem. Nie wiem, czy uda mi się stworzyć jeszcze coś podobnego.

Ma pan coś takiego w planach?

Noszę w głowie mnóstwo tematów, ale dzisiaj w naszym zawodzie najgorsze jest to, że na film trzeba środków. Ciągle słyszę o sponsorach (śmiech).

A jednak jakoś się panu udaje i bez nich. Wciąż angażuje się pan w nowe projekty. Widzę, że znów wskoczył pan w rytm życia sprzed wypadku, o którym mówił pan, że wolałby do niego nie wracać. Krótko mówiąc, udziela się pan i to na wielu płaszczyznach.

Czasami aż za bardzo. Przez co nie mam na nic czasu. Po naszym spotkaniu jadę szybko po dzieci, a następnie do radia nagrać wywiad.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama