Życie nie jest zabawą

Niedziela 51-52/2015

Z Haliną Frąckowiak – wybitną wokalistką, kompozytorką i autorką tekstów – rozmawia Artur Stelmasiak

 

ARTUR STELMASIAK: – Przeżywamy okres Bożego Narodzenia, a więc pierwsze pytanie będzie związane ze świętami. Czy była taka Wigilia, którą Pani szczególnie zapamiętała?

HALINA FRĄCKOWIAK: – Miałam wiele Wigilii, które zapamiętałam, zwłaszcza w okresie dzieciństwa, kiedy czasy były bardzo skromne dla nas w Polsce. Pamiętam, że w Wigilię, zgodnie z poznańską tradycją, tata przychodził jako gwiazdor, w wielkiej czerwonej czapce. Podczas jednej z takich Wigilii zapaliła się choinka, a od tej choinki zaczęła płonąć firanka. Choć zrobiło się groźnie, to jednak gwiazdor sobie poradził i ugasił pożar. Wtedy też, niestety, okazało się, że gwiazdor jest tak bardzo wysoki, bo stoi na szczudłach! Żeby ugasić choinkę, musiał z nich zejść i wszystko wyszło na jaw.

– Domyślam się, że nie brakowało kolęd...

– Oczywiście. Moja mama miała piękny głos, więc śpiewaliśmy bardzo często... A w moim dorosłym życiu, gdy mieszkałam już w Warszawie, odwiedzali nas także przyjaciele. Wtedy czasami ktoś zagrał na fortepianie i kolędowaliśmy wszyscy razem.

– Czy jest kolęda, którą Pani uważa za szczególnie ważną i wyjątkową?

– Dla mnie wszystkie kolędy są wyjątkowe, tak jak wyjątkowy jest okres świąt Bożego Narodzenia. Gdy w 2009 r. nagrałam solową płytę „Kolędy litanie”, znalazły się na niej także kolędy, których nie znałam w dzieciństwie, np. „Nie było miejsca dla Ciebie” czy „Mizerna, cicha”. Przeżywamy w nich radość z powodu narodzenia Dzieciątka Jezus, ale z drugiej strony smutek, bo dla Boga nie było miejsca ani w Betlejem, ani w żadnej gospodzie. Są to kolędy nostalgiczne, a dziś czasami bardzo prawdziwe – gdy nie ma miejsca dla Boga w życiu człowieka. Dodam jeszcze, że na płycie „Kolędy litanie” znajduje się osobiste słowo śp. bp. Tadeusza Płoskiego, który zginął tragicznie w katastrofie smoleńskiej, skierowane do żołnierzy na różnych misjach, jakże znamienne w dzisiejszych czasach.

– 16-letnią Halinę Frąckowiak wywołano na scenę podczas Festiwalu Młodych Talentów i tak na scenie jest Pani już ponad 50 lat. To był przypadek, który otworzył drzwi do sławy, ale jednocześnie zamknął możliwość wyboru innej drogi życiowej. Gdyby można było cofnąć czas, czy weszłaby Pani na tę scenę? Czy Halina Frąckowiak nie żałuje, że nie została kimś innym?

– Czasami, gdy się nad tym zastanawiam, myślę, że miałam w życiu wiele szczęścia. Opatrzność czuwała nade mną i chyba prowadziła mnie tak, abym nie musiała się zbytnio głowić, czy mam być prawnikiem, lekarzem czy menedżerem.

– A marzyła Pani o scenie?

– Tak... Marzyłam, żeby zostać aktorką, lecz gdy zaśpiewałam w konkursie, przy akompaniamencie profesjonalnego zespołu i na prawdziwej scenie Domu Kultury, czułam się niemalże jak Alicja w Krainie Czarów. Nie wyznaczałam sobie celu zdobywania laurów ani też nie zamykałam się w sobie. Cieszyłam się tym, że śpiewam, nie analizując tego, czy to jest na pewno moja droga. Pewnie nie zmarnowałam danego mi prezentu...

– Ale wyczuwam, że nie do końca jest to odpowiedź na pytanie. Czy dziś weszłaby Pani na scenę?

– W obecnej rzeczywistości – może nie. Jednakże moja wypowiedź nie może być traktowana do końca jako pełna, ponieważ dziś jestem już dojrzałą osobą, silnie ukształtowaną, i wiem, że nie byłabym szczęśliwa bez śpiewania, sceny i publiczności, dla której śpiewam.

– Takiej odpowiedzi się nie spodziewałem.

– Jeśli młodym piosenkarzom nie pozostawi się decyzji dotyczącej wyboru repertuaru, a narzuci taki, który  będzie dla nich niewłaściwy, to wtedy nie mają szansy na rozwój własnej indywidualności. Uważam, że autentyczność na scenie jest siłą przekazu.

– Kiedyś było inaczej?

– Sądzę, że tak. Na scenie piosenkarz był jedyny w swoim rodzaju, wyrazisty i rozpoznawalny przez swój niepowtarzalny i indywidualny styl. W latach 60. i następnych szukaliśmy także inspiracji w muzyce zachodniej, np. słuchając Radia Luksemburg. Przemycaliśmy okruszki światowej muzyki. Wybieraliśmy jednak styl zgodnie z własnym gustem muzycznym, a nie narzuconym. Przykładem osobistych wyborów i decyzji może być mój udział w projektach o charakterze patriotycznym, np. wydanie płyty z wierszami poety emigracyjnego Kazimierza Wierzyńskiego „Ogród Luizy”, a także udział w przedstawieniu „Kolęda Nocka” – Ernesta Brylla i Wojciecha Trzcińskiego, w reżyserii Krzysztofa Bukowskiego – tematycznie związanym z wydarzeniami w Gdańsku w 1970 r., wystawionym w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Przedstawienie zostało zdjęte z programu teatru 13 grudnia 1981 r., w dniu wprowadzenia stanu wojennego.

Mam też w pamięci programy telewizyjne, które były realizowane w sposób filmowy, czasami jak z filmów Felliniego. W recitalu reżyser uruchamiał swoją wyobraźnię i robił piękne zdjęcia. Wielką przyjemnością było pracować, czując twórczego ducha. To gdzieś umknęło. W zamian mamy zewnętrzną euforię, która jest kreacją...

– Lata 70. i 80. to czas, kiedy królowała Pani na polskiej estradzie. Słyszałem, że wówczas Halina Frąckowiak przyjaźniła się z Anną Jantar. Często na scenie jest rywalizacja, a Panie się przyjaźniły.

– Obie pochodziłyśmy z Poznania i mieszkałyśmy niedaleko siebie, ale poznałyśmy się dopiero na festiwalu w Opolu. Od początku byłyśmy sobie bliskie. Ania miała piękną cechę: nie mówiła źle o ludziach i była po prostu życzliwa. Spotykałyśmy się nie tylko na koncertach w Polsce czy w Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszkałyśmy w tych samych hotelach lub wynajętych mieszkaniach, ale też w swoich domach, razem z naszymi bliskimi. Uwielbiałyśmy ze sobą długo rozmawiać, czasami do późnych godzin. Bardzo czekałam na powrót Ani z Ameryki i doskonale pamiętam dzień katastrofy w 1980 r. Jej śmierć była i jest dla mnie wielką osobistą stratą. Ania pozostała w mojej pamięci jako najbardziej szczery i otwarty przyjaciel.

– Chciałbym, aby nasza rozmowa była trochę o muzyce, sławie, ale także o życiu i wartościach. Czy z perspektywy lat widzi Pani jakieś błędy, które można by naprawić, np. cofając czas?

– Jeszcze całkiem niedawno myślałam, że wszystko, co nas spotyka w życiu, dzieje się po to, aby nas uczyć i rozwijać. Nie neguję tej myśli, ale chciałabym ją uzupełnić, mówiąc, że każdy nasz wybór i podejmowana decyzja mają oczywisty wpływ na dalszą drogę życia. Jeśli więc dokonamy niewłaściwego wyboru, mogą być tego bolesne konsekwencje, które każdy z nas osobiście odczuje. Człowiek jest istotą błądzącą i omylną. Inna kwestia, czy ten temat jest wart lub nie jego zgłębiania. Gdybym miała mówić o sobie: „co by było, gdyby”, nie byłoby to bliskie mojej filozofii życia. Obecnie piszę swoją autobiograficzną książkę. Będzie w niej wiele historii z mojego życia nie tylko artystycznego, ale także tego osobistego. Może i refleksje... Skłania mnie Pan do nich, mimo że nie chciałam gdybać. Może gdyby 16-letnia Halina nie przyszła na koncert zespołu „Czerwono-Czarni” i w konsekwencji nie zaśpiewała na Festiwalu Młodych Talentów, tego dnia była w zupełnie innym miejscu – to może w przyszłości byłaby kimś zupełnie innym...

– Kim?

– Pewnie też kimś z duchem artystycznym, np. pianistką albo harfistką. I byłoby również pięknie.

– A może po prostu tęskni Pani za spokojniejszym życiem?

– Przecież we mnie jest spokój, ale mam także potrzebę dynamicznego i aktywnego działania. To wiąże się z rodzajem mojego temperamentu i wciąż niezmienną potrzebą uczenia się.

– Co będzie dalej? Ma Pani plany, niezrealizowane marzenia?

– Tak. Mam głowę pełną jeszcze niezrealizowanych pomysłów. Muzyki, która ciągle jest niewyśpiewana.

– Na przykład?

– Chciałabym nagrać płytę symfoniczną, ale też swoje największe przeboje w nowoczesnych aranżacjach, jak również w wersji akustycznej...

– I ciągle się Pani chce?

– Każdy swój koncert staram się śpiewać na 100 procent, traktując go, jakby miał być ostatnim w życiu.

– Który koncert w Pani życiu był najważniejszy?

– W 2004 r. w Watykanie. Śpiewałam dla Ojca Świętego Jana Pawła II. Był to wieczór poezji Karola Wojtyły, 25-lecie pontyfikatu Jana Pawła II oraz imieniny Karola. Pamiętam moment, gdy w bocznych drzwiach Auli Pawła VI zobaczyłam Ojca Świętego. Wjechał na wózku dokładnie wtedy, gdy zaczęłam śpiewać jego wiersz: „Pieśń o słońcu niewyczerpanym”. Śpiewałam dla niego. Stałam bokiem do publiczności, zwrócona twarzą i całą postacią w stronę Jana Pawła II.

– Św. Jan Paweł II lubił też inną Pani piosenkę.

– Chodzi o „Pannę Pszeniczną”. Gdy kard. Wojtyła jechał do Rzymu na konklawe, górale na pożegnanie śpiewali mu tę pieśń. Na okoliczność beatyfikacji Jana Pawła II została też wydana płyta „Zostań Aniołem”. W koncercie z okazji kanonizacji Papieża Polaka, który miał miejsce w Łagiewnikach, byłam dyrektorem artystycznym, a mój menedżer Piotr Szarek był producentem i scenarzystą. Natomiast w 2015 r., czyli w Roku św. Jana Pawła II, miałam całą serię koncertów papieskich. Ta cała działalność jest moim osobistym dziękczynieniem za Papieża Polaka.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama