Wojownik

Przewodnik Katolicki 49/2015

Bunt przeciw światu zaprowadził go na samo dno: do bezdomności i nałogów. Stamtąd, wbrew sobie, znalazł drogę do wiary, Boga i ludzi.

 

Komandos to tanie wino. Mówią, że raczej siarka zaprawiona winem. Jabol. Jego smakoszem był Adrian Linkowski. Dziennie wypijał kilka butelek. Na śniadanie, na obiad, na kolację i w międzyczasie. Z kumplami punkami. Zwykle nad Wartą. Jak pił, to też popalał. Trawkę. – Nie było tego dużo – mówi. Więcej i mocniej było, gdy nie pił. Gdy mieszkał jeszcze w domu królował butapren i rozpuszczalnik. – Kupowałem je w marketach budowlanych. Jak dołączyłem do punków, przestałem to brać, bo w Poznaniu nie było mile widziane, jak śmierdziałeś klejem. Było tyle narkotyków, że środowisko tego nie tolerowało – tłumaczy. Jak się przestał upijać, wszedł w amfetaminę. – Nie było dnia bym nie wziął grama, dwóch… – mówi Adrian.

Kawa i kosmetyki

Z sępienia albo z kradzieży – tak zdobywali pieniądze. – Mieliśmy taki patent, że jak wyglądałem źle, to wchodziłem do sklepu z tym, który wyglądał dobrze. Ochroniarz cały czas chodził za mną, a kumpel brał, co chciał – zdradza. Głównie kawę i kosmetyki, bo były wartościowe i nie miały chipów, jak elektronika. Także w duecie kradli z Sandrą*, z nieletnią dziewczyną, z którą byli razem kilka lat. – Wstawaliśmy o godz. 8.00, bo wtedy otwierali market, okradaliśmy go, szybka wódka, papierosy i trochę zagrychy, seks w sklepowej ubikacji, a wieczorem większy market – opisuje tamte dni. Nie wie dokładnie, ile wyciągali z kradzieży, bo wszystko szło w wódkę. Dziś szacuje, że było to ponad 200 zł dziennie.

Spizgus i demon

Czternaście razy, z tego trzy w pasach. Tyle uzbierało się Adrianowi wizyt na izbie wytrzeźwień. – Raz na dołku bez ćpania wydawało mi się, że ktoś wchodzi do celi, mówi „sie mano” i przechodzi przez ścianę – wspomina jedną ze swoich halucynacji. Miał je też podczas alkoholowych ciągów na Rynku. – Szedłem przez miasto i każdy się na mnie gapił, a dzieci krzyczały za mną „spizgus, spizgus”. Nie brakowało ich też na klatkach schodowych, na których spał. – Słyszałem jak kumple namawiają się, by mnie zabić. Jeden oferował za to tysiąc złotych. Drugi mówił, że nie zrobi tego, bo mnie lubi – mówi. Po dwóch latach konkretnego picia i roku konkretnego ćpania, pierwszy raz mocno się wystraszył. – To nie była halucynacja. Poczułem obecność demona. Istoty potężnej, złej, niewidzialnej. Coś mnie chwytało za szyję i zaczęło dusić. Czułem, że to już koniec. Zacząłem mówić „Ojcze nasz, który jesteś w niebie…”. Zło odeszło, usłyszałem „Wstań!”. Nie tknąłem więcej amfetaminy.

Pustostan po ćpunach

Na początku spał na Rozbracie. Gdy go stamtąd wyrzucili, zaczął nocować z innymi na klatkach. – Na Winogradach była taka klatka, którą znał każdy punk, bo był tam w porządku dozorca, który nas nie wyrzucał, dawał kartony, czasem nawet jedzenie przyniósł – wspomina. Wchodzili na kod. – Poznałem listonosza, który znał połowę kodów domofonów w Poznaniu – tłumaczy Adrian. Odkąd usłyszał „wstań” na klatce na Winogradach, zmienił się. – Ciągle gadałem o Bogu, a kumple śmiali się, że wziąłem naprawdę niezły towar – mówi. Nie brał amfetaminy, ograniczył jabole i wódę, tylko jointów było coraz więcej. – Stworzyłem sobie fałszywy obraz Boga, który spełnia moje zachcianki, obraz, w którym ja jestem w centrum. Chciał wyjść na prostą. Jak Kuba*. To on powiedział mu o pustostanie na Umultowie. – Kiedyś mieszkały tam ćpuny, ale robili taki syf, że ktoś się wkurzył i podpalił im tę melinę. Nie było drzwi ani okien, a gruzu było po kolana – mówi Adrian o tym, co zastał. Ukradł starą łopatę i wraz z Kubą kilkanaście godzin odgruzowywali. Na śmietnikach znaleźli okna i drzwi i wersalkę. – Kuba jest stolarzem, więc z wprawieniem tego, co znaleźliśmy nie było problemu.  

Sandra*

Jak bezpański pies przeganiany z kąta w kąt – tak czuł się Adrian dopóki nie znalazł pustostanu na Umultowie. – To jest mój dom – mówi, bo wciąż tam mieszka. Dom, który był świadkiem grzechu, upadku, nawrócenia, walki. Ale po kolei. Sandrę poznał na ulicy. Zabrał ją do siebie. Utrzymywał ją z kradzieży, bo nie chciała, by chodził do pracy. – Spodobało jej się takie życie i kradła razem ze mną. Wtedy miałem taką specjalną kurtkę z dodatkowymi kieszeniami, które zapełniałem w 30 sekund – zadziwia. Była dla niego wszystkim. To dla niej żył. Mimo dwóch lat razem, dopiero na komendzie, gdy złapali ich po raz trzeci, dowiedział się, że jest niepełnoletnia. – Mówiła, że ma 15 lat, ale myślałem, że żartuje – dodaje. Policja odwiozła ją w miejsce zameldowania. To był czas największego dołu. Stracił motywację, by żyć, albo całymi dniami leżał, albo pił. – W nocy na wpół przytomny budził się i krzyczał – opowiadali jego kumple. Wróciła jesienią. Tylko na miesiąc, bo po ostrej pijackiej kłótni na Starym Rynku zniknęła. – Do dziś nie wiem, czy ją wyrzuciłem, czy odeszła, czy ktoś ją porwał. 

Po Twojemu

Trzy lata od Bożego „wstań” na klatce wieżowca na Winogradach przyszła Wigilia Bożego Narodzenia. Jego Bożego Narodzenia. – Było zimno, bo nie nazbierałem opału. Całe lato przecież piłem. Na wigilię jakiś bezdomny podrzucił mi puszkę ze śledziem, puszkę piwa i papierosa. Zapaliłem ukradziony z cmentarza znicz. Było zimno, ciemno, a ja byłem zupełnie sam – opisuje traumatyczny czas. W kącie leżało Pismo Święte, o które poprosił karmelitę, gdy wracał z kolejnej kradzieży. – Zacząłem od Ewangelii Mateusza. Czytałem o tym, jak Jezus chwycił za rękę umarłego, a ten wstał, a potem jak wskrzesił córkę Jaira. A potem następną i następną stronę. Tak pół nocy. Padłem na kolana i mówię: „Jezu wierzę, że jesteś Bogiem! Wierzę, że to, co tu jest napisane, to prawda. Uzdrów mnie, jak ich. Zmień życie, ale po Twojemu” – nawet dziś się wzrusza.

Pornosy

Bez szpitalnego detoksu. Pompki – jedzenie – modlitwa – spanie – tak wyszedł z amfetaminy i jointów. Po tamtej Wigilii przestał też definitywnie kraść. Przestał też pić wódę. Tylko z pornografią wciąż nie mógł sobie poradzić. – Od gazet i masturbacji uzależniłem się już od dzieciaka. Zbierając po śmietnikach, wciąż miałem nieograniczony dostęp do pornosów – tłumaczy. Gazet było więcej. Nie tylko pornosów. W ręce wpadło mu „Miłujcie się” i świadectwo seksoholika. Przeczytał. – Przecież to o mnie – doszło do niego w czym tkwi problem. Na każdą kobietę patrzył, jak na przedmiot, jak upust dla własnej przyjemności. Tej nocy ułożył wszystkie pornosy w stos. Modląc się, darł każdy i palił. Starczyło mu sił, by dotrwać do końca. Zaczął zbierać nowy stos. Inny. Na nim „Przewodnik Katolicki”, „Miłujcie się” i… rachunek sumienia. Spowiedź?

Wolny

Zeszyt, kilkanaście stron, w nim 143 grzechy. – Popełniłem chyba wszystkie prócz umyślnego zabójstwa i aborcji – mówi wprost. Na taki krok wybrał Wielki Post 2012. I znów karmelitów, z obawą. Co prawda to tam dostał Pismo Święte, ale i tam trzy lata wcześniej starszy ojciec wyrzucił go z konfesjonału. W głowie słyszał 150 powodów, by nie iść. – Bo jak pójdziesz, to za pokutę będziesz musiał wstąpić do zakonu – ze śmiechem wymienia jeden z nich. – Robiąc rachunek, płakałem z żalu. Uświadomiłem sobie wszelkie zło, które wyrządziłem ludziom. I że za nie Jezus umarł na krzyżu. W konfesjonale ksiądz co jakiś czas ciężko wzdychał, tak jakby Jezus przygnieciony grzechami – wspomina. Wreszcie usłyszał: „I ja odpuszczam tobie grzechy…” – Poczułem się niesamowicie wolny – uśmiecha się.

Namaszczony

Przystanek Woodstock, na którym był dziewięć razy, spina klamrą jego stare życie. To od niego zaczęła się bezdomność, to na ostatnim z nich usłyszał coś, co wzmocniło go w procesie nawrócenia. W 2010 r. pojechał tam po raz ostatni. Stał z piwkiem i papierosem, akurat szedł biskup, a jemu wyrwało się „Pochwalony Jezus Chrystus”. – On podszedł do mnie, spytał, jak mam na imię, pogadał, a potem położył na głowie ręce i zaczął się nade mną modlić. Jak skończył, stałem jak słup. Trzeźwy. Krzyknąłem: „Ojciec namaścił mnie na wojownika!”. „Tak” – odpowiedział – opowiada Adrian. Dziś wie, że to był biskup Dajczak. Miłosierdzia doświadczył od wspomnianych dwóch karmelitów: tego, od którego dostał Biblię i tego, za pośrednictwem którego Bóg odpuścił mu grzechy. Wspomina też ks. Tomka Rena, swojego stałego spowiednika. No i Kubę*, dzięki któremu odszedł od punków. Mówi także o chrystusowcu – ks. Marku Jarząbku, „facecie do rany przyłóż”, przez którego ludzie otworzyli się na Adriana. – Zaczęli zapraszać na obiad, zatrudniać do prac w ogrodzie, przy remontach, jeden z nich nawet zatrudnił mnie w swojej firmie – wspomina.

***

Dziś na stałą pracę nie ma… czasu. Ewangelizuje na ulicy z Przymierzem Miłosierdzia, jeździ po parafiach i szkołach ze swoim świadectwem, pomaga na zmywaku w jadłodajni Caritas, no i buduje dom. W Luboniu. Kontener z drewna i blachy. 18 metrów. Na razie dla siebie, w przyszłości, jak okrzepnie, dla innych bezdomnych. Tych ostatnich zresztą gości w swoim pustostanie. – Nie wszystkich, ale tych, których wyraźnie wskaże mi Jezus – wyjaśnia. Takich jak Przemek*, który mieszkał u niego trzy miesiące, takich jak Roman*, którego 10 dni pobytu trwa do dziś…    

*imiona zostały zmienione

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama