Bóg to sobie ukochał artystów

Życie duchowe - Zima/2016

Tworzenie na pewno wymaga poświęcenia. Czasem mówimy nawet o bólu tworzenia. Taki ból musi być. Bez trudu, bez wysiłku nie powstanie nic autentycznego. Jeśli wkładam w coś wysiłek, to czuję, że to jest prawdziwe.

 

Czym dla Pana jest sztuka i jaka powinna być?

Dobra sztuka powinna poruszyć, ale nie może być jedynie prowokacją i happeningiem. Ze sztuki powinno coś wypływać. Nie mam tu na myśli morału, bo ludzie najczęściej tani moralizm odrzucają. Sztuka powinna uwrażliwiać na piękno, sprawiać, że zaczynamy sobie zadawać ważne pytania. Nie może natomiast ranić i pozostawiać po sobie pustki. Jeśli z jakiegoś wydarzenia artystycznego widz niczego nie wyciśnie dla siebie oprócz „fajerwerku”, który relacjonowało piętnaście stacji telewizyjnych, to to jest pustka. Przyszliśmy, zobaczyliśmy, przez chwilę było nawet fajnie, a później tylko pies szczeka… Pustka.

Sztuka powinna działać na człowieka, na jego serce, na jego wrażliwość. Niech wyzwala emocje, absolutnie! Może się podobać lub nie, ale twórca powinien swoim dziełem coś proponować. To jest podstawowe pytanie dla artysty: Co proponujesz i dlaczego? Sztuka to nie tylko realizacja artystycznej myśli autora. Owa realizacja musi mieć jakiś cel, jakieś uzasadnienie.

Czy dobra sztuka nie wymaga poświęcenia? Czy nie ma w niej pewnej konsekracji życia – poświęcenia się czemuś, co chce się przekazać? Czemuś ważnemu.

Tworzenie na pewno wymaga poświęcenia. Czasem mówimy nawet o bólu tworzenia. Taki ból musi być. Bez trudu, bez wysiłku nie powstanie nic autentycznego. Jeśli wkładam w coś wysiłek, to czuję, że to jest prawdziwe.

Jakiś czas temu z okazji siedemset pięćdziesiątej rocznicy lokacji Krakowa przez rok komponowałem potężne oratorium Cracovia est. Włożyłem w to naprawdę wiele wysiłku. Nie chodziło nawet o komponowanie, bo z tym nie mam problemu, a inwencji twórczej i pomysłów jest pod dostatkiem. To była rzecz o Krakowie, więc musiałem się zagłębić w historię miasta. Przez wiele miesięcy pracowałem intelektualnie: szukałem fachowej literatury i opracowań historycznych. Zacząłem też szukać głębiej, uruchamiając sferę duchową. W ten sposób punktem wyjścia dla utworu stała się maksyma: „Sprawiedliwość bez miłosierdzia jest okrucieństwem”.

Te słowa pracowały we mnie, zadawały mi pytania. Jak odnaleźć się w tych słowach w przestrzeni Krakowa? Miasta od tysiąca lat budowanego przez ludzi, którzy się tu rodzili, żyli, tworzyli, modlili, robili też rzeczy straszne, a potem umierali. Może się to wydawać na granicy mistycyzmu, ale dla mnie Kraków to tygiel niesamowitych ludzkich emocji, obecnych również w architekturze, w sztuce. Idąc przez Kraków, zwłaszcza nocą, dotykasz muru i czujesz, że on jest ciepły, że pracuje, że to omodlone od wielu wieków miasto ma ci coś ważnego do powiedzenia.

Ale sztuka to nie tylko ludzki wysiłek. Tak naprawdę wszystko jest łaską, darem i nie mam prawa tego, co tworzę, przypisywać sobie. To Bóg dał mi oczy, ręce, wrażliwość, serce, talent… Jestem narzędziem w rękach Boga i mogę jedynie odpowiedzieć Mu „tak” albo „nie”. Zrozumienie tego pomaga zwłaszcza w chwilach trudnych, kiedy w procesie twórczym człowiek się zatrzymuje i nie wie, co począć dalej. Wtedy można tylko powiedzieć: „Panie Boże, oddaję Tobie mój talent, jest Twój, a teraz pomóż mi wyjść z tego impasu”. Tak się czasem modlę i… to naprawdę działa. Mówi to facet, który był daleko od Kościoła.

Co Pana do niego przybliżyło?

Właśnie sztuka i moja przyszła żona. Kiedy odwiedziłem Halinkę pierwszy raz, w jej pokoju zobaczyłem gitarę, a na stole Biblię. Ja grałem na gitarze, komponowałem i było dla mnie czymś interesującym spotkać dziewczynę wrażliwą na muzykę. Widząc Pismo Święte, pomyślałem: „Kurka, ale mi się trafiło”. Byłem wtedy absolutnie poza Kościołem, ale zakochałem się w Halince od pierwszego wejrzenia. Świat mi się zamknął w osobie mojej przyszłej żony, a ona powiedziała jasno: czystość przedmałżeńska i ślub kościelny. Ja byłem z innej bajki, ale moja przyszła żona była niezwykle konsekwentna. Przed ślubem trzeba było się wyspowiadać.

To była już poważniejsza sprawa. Trafiłem jednak na fantastycznego spowiednika, ojca Stefana Rożeja, paulina. Na spotkanie z nim poszedłem uzbrojony w różnego typu „amunicję” antykościelną i zacząłem z niej strzelać do ojca – najpierw z kapiszonów, później wytoczyłem ciężkie działa. Ojciec Stefan przez cały czas mojej tyrady milczał. I kiedy w końcu zdarłem sobie już gardło, przytulił mnie i powiedział: „Wiesz co, Pan Bóg to sobie ukochał artystów, bo sam jest największym z twórców. Zobacz, jaki ten wszechświat jest piękny”. Popłakałem się wtedy. Doświadczyłem zupełnie innego Kościoła niż ten, jaki miałem w swojej wyobraźni. Doświadczyłem Kościoła kochającego i pełnego miłosierdzia.

To była naprawdę łaska od Boga, że spotkałem takiego kapłana. Ktoś inny pewnie by mnie wyrzucił. Ojciec Stefan stał mi się niezwykle bliski. Od tego momentu o sprawach duchowych chciałem rozmawiać już tylko z nim. Pan Bóg posłużył się tym paulinem, który pokazał mi piękne oblicze Kościoła. Dla mnie to było coś niesamowitego. A później była też wspólnota neokatechumenalna, o której na początku mojej znajomości z Halinką nic nie wiedziałem.

To właśnie z neokatechumenatu wyjechali Państwo na misje do Kazachstanu. Jak zrodził się ten pomysł?

Złożyło się na to kilka kwestii. Po pierwsze, absolutne zawierzenie Bogu. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że nie mogę sam planować swojego życia. Kiedy się żeniłem, miałem jakieś wyobrażenia o tym, jak ma wyglądać moje życie małżeńskie i rodzinne. Zakładałem na przykład, że w naszej rodzinie kiedyś pojawi się dziecko – jedno, może dwoje… Kiedyś. Tak się jednak stało, że pierwsze nasze dziecko zmarło. Wtedy odbyłem swoją pierwszą mocną rozmowę z Panem Bogiem. Zrozumiałem, że sam nie chwycę swojego życia w garść i nie wyrzeźbię go sobie, jak mi się podoba. To nie ja jestem Panem życia i śmierci. Gdyby Bóg pozwalał każdemu człowiekowi tworzyć świat na jego obraz i podobieństwo, świat by nie istniał.

Kolejny kontekst to poważny kryzys małżeński, jaki przeżywaliśmy z żoną. Oczywiście z mojego powodu. Przez rok miałem bardzo trudny czas. Nie wiedziałem, co się działo wtedy w naszej rodzinie, z moimi dziećmi. Któregoś ranka obudziłem się i w drzwiach pokoju zobaczyłem mojego wówczas siedmioletniego syna. Uświadamiam sobie, że nie pamiętam, jak on przez ten ostatni rok rósł. Powiedziałem wtedy: „Ja tak dłużej nie chcę. Panie Boże, proszę Cię, pomóż mi”. I stał się cud. Chciałem zmiany.

Cud jednak nie stał się sam z siebie. Dopiero później dowiedziałem się, że przez ten trudny dla mnie okres moja żona codziennie modliła się za mnie, za nasze małżeństwo z naszymi dziećmi Koronką do Miłosierdzia Bożego. Bycie w Kościele, we wspólnocie daje inną optykę. Moja żona nie patrzyła na mnie jak na grzesznika godnego potępienia, ale jak na kogoś, kto potrzebuje pomocy. Jezus pokazał mi prawdziwą miłość, która przyjmuje grzesznika, oddaje za niego życie, przebacza. Tego doświadczyłem w moim małżeństwie.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama