Mówiłem, że znam Go i byłem kłamcą

Któż jak Bóg 2/2016

Jeżeli mówimy, że mamy z Nim współuczestnictwo, a chodzimy w ciemności, kłamiemyi nie postępujemy zgodnie z prawdą. […]” (1J 1,5).

 

Jakże często sądzimy, że lepiej jest nie wiedzieć, nie znać prawdy. Zakładamy też, że warto bezwzględnie ufać nieskończonemu miłosierdziu Bożemu, by wszystko dobrze się skończyło. Jakże trudno nam zaakceptować wolę Pana jeśli karą za występek jest nawet śmierć. Preferujemy wymówki, usprawiedliwienia, brak znajomości Prawa, wspomniane miłosierdzie i wiele innych ziemskich furtek zezwalających na samowolę – tak po ludzku... Żyjąc w świecie, który należałoby najpierw uznać za nierzeczywisty, stronimy od pytań mogących zburzyć naszą codzienność. Wygodnie i beztrosko budzimy się rano oraz kładziemy spać po ciężkim dniu świadomi jedynie że Bóg istnieje. I tak z dnia na dzień aż do trwogi, która nierzadko otwiera oczy i zaprasza do spotkania z samym Stwórcą. Tak było i w moim przypadku. Mam na imię Tomek. Przez 37 lat żyłem przeświadczony, że znam Go i kroczę Jego ścieżkami. Ale On, wszechwiedzący i dobry Ojciec, wiedział, że nadejdzie taki dzień, gdy niczym syn marnotrawny przyjdę utrudzony i oddam Mu swoje życie błagając o litość.

Ostatnia deska ratunku

Po 15-stu latach pozornie udanego małżeństwa odeszła ode mnie żona. Wszelkie próby ratowania przynosiły rezultat odwrotny do zamierzonego. Nadszedł dzień ostatni – kapitulacja i separacja. Po ludzku nie można było zrobić już nic – zawiodło wszystko. Zostało mi jedynie prosić Boga o cud pojednania. Zdecydowałem się prosić Go poprzez modlitwę i pielgrzymkę. Kilka lat wcześniej, w dniach przepełnionych obawą o zdrowie małżonki, uświadomiłem sobie, że w chwilach totalnej bezradności człowiek zawsze może pokutować, pielgrzymować, modlić się i błagać o cud… choćby cud uzdrowienia.

Dożyłem jednak dnia, kiedy pełen wiary, jako tonący, chwyciłem się tej ostatniej deski ratunku, lecz nie dla uzdrowienia, ale dla ratowania małżeństwa. Wyruszyłem w drogę. W oparciu o wielość cudów dokonywanych za wstawiennictwem Ojca Pio, siedem lat wcześniej zapamiętałem właśnie ten kierunek. Trasa mojej pielgrzymki wiodła z centralnej Polski do włoskiej Apulii – to niespełna 1700 km. Jedynie na pieszo, w osamotnieniu, z 20-sto kilogramowym dobytkiem zawierającym wyposażenie letnio-zimowe, celowo bez pieniędzy, wyruszyłem, nie zdając sobie sprawy ani z trudu jaki mnie czekał, ani z tego ile czasu to potrwa, ani kogo mogę spotkać w trakcie tego jak ja to postrzegam – aktu miłości.

Nie jest moim celem opisywanie cierpienia, niewygody a nawet strachu, by się niczym nie chlubić. W dwóch zdaniach jedynie nadmienię, że niosłem ze sobą mój dom w postaci jednoosobowego namiotu, druga ręka dzierżyła łóżko, czyli śpiwór, a plecy dźwigały całą resztę: trochę ubrań, apteczkę, kilka peleryn przeciwdeszczowych, karimatę i nieco sprzętu z okablowaniem. Pielgrzymowałem tak przez 47 dni prosząc napotykanych ludzi o jedzenie i wodę. Ze względów bezpieczeństwa, codziennie prosiłem też o możliwość rozbicia namiotu na prywatnej posesji – często takie pozwolenie uzyskiwałem. Miałem nieograniczony czas, a koszt dziennego utrzymania był zerowy. Jedynie kroczyłem: w modlitwie, rozważaniach, z muzyką i ze Słowem Bożym. Przez 47 dni nie istniałem dla tego świata. Nie zabiegając o nic, godzinami wsłuchiwałem się w słowa Biblii płynące z przenośnego urządzenia MP3.

Boże paliwo

Przewidywać mogłem różne scenariusze. Przede wszystkim prosiłem i liczyłem na cud. Błagałem Pana, by naprawił moją żonę. Ale On naprawił wpierw mnie. Nigdy wcześniej nie spędziłem z Nim tyle czasu na osobności. Nigdy wcześniej nie słuchałem Jego Słowa tak wnikliwie. Mniemałem, że już Go znam, mimo, że nigdy wcześniej nie zaglądałem w karty Biblii. A jeśli nie wiedziałem co Bóg ma mi do powiedzenia, jak mogłem wiedzieć czego ode mnie oczekuje?

Byłem punktem na mapie, ale dla Niebios punktem wyraźnie dostrzegalnym. Przeżywałem chwile trudne nie do opisania, ale każdy kolejny dzień świadczył o ogromnej trosce Pana o swoje dziecko. Niebo dbało o wszystko, co niezbędne, bym przetrwał: mam na myśli pożywienie, bezpieczeństwo, zdrowie, pogodę itd. Słowo Boże było natomiast moim paliwem. Słyszane po raz pierwszy fragmenty rozwierały umysł i zapadały głęboko, stopniowo wywracając świat “realny” do góry nogami. Każdy kolejny odczyt pozwalał poznać więcej. Sytuacja, otoczenie, warunki, psychika, wszystko to potęgowało chłonność Słowa… a ma ono ogromną moc.

Przypadek? Nie sądzę…

Świadczę dziś o istnieniu rzeczywistego i namacalnego wręcz świata duchowego przeciwnego cielesnemu. Wiedziałem o tym zawsze jak każdy z nas, ale dziś prócz pustych słów mam dodatkowo przekonanie o tej prawdzie. Kroczyłem i odbierałem nauki o życiu człowieka z Jezusem Chrystusem jako wzorem do naśladowania. To wszystko poparte było znakami, które dla mnie nie są dziełem przypadku. Opisywanie szczegółowe zaowocowałoby książką, dlatego nadmienię jedynie o kilku faktach dających sporo do myślenia.

Dla pielgrzyma nie ma nic gorszego niż ulewa. Przemierzałem góry, równiny, setki kilometrów wzdłuż akwenów. Był to ciąg siedmiu tygodni środka jesieni, a w tym czasie tylko cztery deszczowe dni. Gdy padało, Bóg zawsze ofiarował mi łóżko ze świeżą pościelą – nie przypadkowo i bez wyjątku. Nigdy nie pozwolił bym był głodny – a przecież zależny byłem jedynie od ofiarności obcych. W dniu, gdy skończyła mi się pierwsza paczka nawilżanych chusteczek higienicznych, na ziemi, na mej drodze, znalazłem nową, oryginalnie zapakowaną; drugą, bardzo mi potrzebną… darowano. Dwugodzinne, bezefektywne poszukiwanie ogrodu na nocleg przerwane gorliwą modlitwą, prośbą o ratunek, skutkowało zaproszeniem do pierwszego gospodarstwa pomimo bariery językowej – momentalnie. Ta sama modlitwa sprawiała, że dręczący już kilka dni i wciąż narastający ból zęba ustał na zawsze z kolejnym wschodem słońca. A gdy kontuzja nie pozwalała na dalszy marsz, a opuchlizna, wylew i ból wróżył dwudniowy postój, również i wtedy modlitwa niczym uzdrowienie sprawiła, że mknąłem już do końca tego dnia jak sportowiec goniący lidera jakiegoś wyścigu. Po kolei ustawały obawy o jutro, o moje możliwości fizyczne i psychiczne. Nabrałem przekonania, że nie idę sam. Gdy przyszło mi znów spać w lesie czy przy cmentarzu, sypiałem już bez lęków, bez noża w dłoni jak wcześniej, bo miałem ochronę i wiedziałem, że nic mi nie grozi. Przenigdy Pan nie zostawił mnie bez opieki. Prawdziwie wiedział czego potrzebuję, zanim Go jeszcze o to poprosiłem.

Samochód czy krzyż?

To wszystko doprowadziło do bezwzględnego aktu mojej ufności względem Boga, który każdego dnia swoim Słowem zapewniał mnie o swojej miłości, wierności i dobroci. Uwierzyłem we wszystko co mówi Biblia, nawet jeśli brzmiało to niewiarygodnie i niewykonalnie. Uznałem Jezusa jako Prawdę, życie i jedyną słuszną drogę do wieczności. Zdałem sobie sprawę z marności tego świata. Przekonałem się jak niewiele człowiek potrzebuje do egzystencji, a ile narzuca sobie dodatkowo dla zaspokojenia swoich potrzeb, rządz i pragnień. Nawróciłem się. Dostrzegłem ile zła i nieczułości jest wokół nas, ile sług Bożych, a ilu egoistów. Dostrzegłem gdzie byłem i dokąd podążałem, jak wyglądało moje życie oraz co mi groziło zanim Go poznałem naprawdę. Oczyścił mnie Pan i nauczył wiele. Przede mną teraz dni w tym cielesnym, nierzeczywistym świecie, ze świadomością że jest to tylko chwila w wieczności, która zadecyduje o wszystkim. Zrozumiałem, że jeżeli te pozostałe lata przeżyję według woli Bożej, dźwigając ciężki i niewygodny krzyż, czeka mnie za to nagroda w Niebie. Alternatywnie mogę powrócić do starego życia, marząc dalej o nowym samochodzie i poświęcając cały drogocenny czas, by realizować takie marzenia, które jak mól i rdza niszczą.

Truchło węża pod butem

Wracając do znaków, opieki, nauki… podczas mojej wędrówki, nie zdążyłem się jeszcze dobrze zastanowić, gdzie i jak zorganizuję mój finałowy postój, gdy będę już u celu – tak bardzo mi potrzebny na dłuższą regenerację sił przed powrotem – kiedy to wskazówkami i znakami Bóg oznajmił mi swoją wolę. Pewnego dnia postawił na mojej drodze nieprzypadkowego człowieka. Ten przyjął mnie na noc w swojej szklarni i poradził bym prócz Ojca Pio odwiedził też Sanktuarium Michała Archanioła na górze Gargano. Będę miał okazję wtedy poprosić samego anioła stróża ludu chrześcijańskiego, by zgromił całe zło zagnieżdżone w moim małżeństwie. W tamtej chwili dość sceptycznie uznałem nowe miejsce za istotne.

Nazajutrz natomiast, w godzinie słabości i kolejnego “dołka” psychicznego, pierwszy raz w życiu wymówiłem słowa modlitwy skierowane bezpośrednio do Archanioła o jego wsparcie i związanie triumfującego na ten czas złego ducha. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, niemal w tym samym momencie na mojej drodze naszedłem na martwego czarnego węża. Odebrałem to jako znak i podjąłem decyzję o nowym celu tej podróży – 25 km dalej – do rycerza niebieskiego, pogromcy złego, bo przecież nikomu nie zależy na unicestwieniu mojego małżeństwa jak tylko samemu diabłu.

Kolejnego dnia, dzieląc się tą informacją z kapłanem u którego nocowałem, dowiedziałem się, że owym sanktuarium opiekuje się polski zakon michalitów. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to część Bożego planu i Jego troski o sługę, który potrzebuje pomocy. Po 47 dniach wędrówki zastałem u celu życzliwość rodaków, którzy zaopiekowali sie mną dając mi posilenie, odpoczynek, goszcząc hojnie. Zezwolili też, między innymi, na pobyt w samotności w grocie, poza godzinami jej otwarcia, co było dla mnie wyjątkowym i jedynym takim przeżyciem jak dotąd. Wspanialszego zakończenia nie mogłem sobie wymarzyć. Tak wspaniałomyślny jest nasz Pan. Ufam Mu bezgranicznie, ufam też, że wysłucha mych próśb i któregoś dnia uratuje moje małżeństwo.

***

Dziś świadczę, że jedynie za pośrednictwem Słowa, w drodze, Pan nauczył mnie cierpliwości, poszanowania woli bliźniego, służebności i miłości bezinteresownej. Ukazał moją marność i grzeszność. Pozwolił dotknąć świata duchowego i zapewnił, że warto jest poświęcić krótkie życie cielesne dla nagrody, jaką jest Królestwo Niebieskie. Nikt nie otworzył mi oczu swoją mową, świadectwem, postępowaniem, ale jedynie Słowo Boże, słowo prawdy, najwłaściwszy drogowskaz, nauczyciel życia – tylko tyle albo aż tyle… Zachęcam dziś każdego, by osobiście zapoznał się z tą Dobrą Nowiną, którą ma na swojej półce w domu. AMEN.

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama