Zła metoda na stresy

Niedziela 13/2016

Czy zajadanie stresu i emocji, jedzenie jako pocieszenie i ucieczka przed decyzjami i trudnościami może być problemem społecznym? Nie może być, ale... nim jest, bo – w mniejszym lub większym stopniu – dotyczy większości z nas. Jedzenie emocjonalne stało się powszechnym zaburzeniem wysoko rozwiniętych społeczeństw

 

Gdy do psychologa zgłasza się osoba otyła i mówi, że ma problemy z jedzeniem emocjonalnym („Bo ja mam stresy, bo mam dużo emocji” itd.), to na dwoje babka wróżyła. Może je mieć, ale niekoniecznie. Może mieć fatalne przyzwyczajenia, nawyki żywieniowe, może także folgować bez ograniczeń swojemu łakomstwu. Bo kiedy mówi, że wie, iż trzeba jeść mało i często – i dlatego je 10-12 razy dziennie – to... siłą rzeczy nie może być osobą szczupłą.

Wówczas może wystarczy uświadomienie prawdy, dostarczenie trochę wiedzy i zaprowadzenie ładu na talerzu. Ale bałagan w jedzeniu może też wynikać z problemów emocjonalnych i to nie głód fizyczny, ale inne głody powodują, że osoba otyła radzi sobie w najprostszy – choć najgorszy – dostępny dla siebie sposób, zatykając głody: emocjonalne, społeczne, duchowe jedzeniem. Efekty są zatrważające. Według badań, aż dwie trzecie dorosłych mieszkańców USA, Kanady i krajów Europy ma skłonność do nadmiernego jedzenia lub jedzenia byle czego w sytuacjach stresowych.

Jak zje, to coś zyska

Przyczyn jedzenia emocjonalnego często trzeba szukać w dzieciństwie, a ich utrwalenia – poprzez szkodliwe nawyki i przekonania – w młodości. Trzylatek zje tylko tyle, na ile ma ochotę. Ale pięciolatek zje już tyle, ile mu damy. Wie, że gdy zje, ile da mu mama, zaskarbi sobie jej wdzięczność, spokój albo otrzyma nagrodę. Jedzeniem zaczyna coś rozgrywać. Je to, co mu nie smakuje, i za dużo, ale nie ma wyboru, bo wie, że jak zje, to coś zyska. Z czasem to się utrwala.

– Miałam do czynienia z przypadkiem, gdy mama pracująca na wysokim stanowisku nie miała wiele czasu dla dzieci. Widziała, co one robią, w kategoriach źle lub dobrze: są nakarmione, nauczone, wyspane, czyste, a więc wszystko jest w porządku – opowiada Marta Pawłowska, pierwsza akredytowana chrześcijańska diet coach w Polsce, specjalistka rozwoju osobistego i trener zdrowia rodziny. – Jej córka zauważyła, że jak zje wszystko, to mama ją chwali i bardziej zwraca na nią uwagę. W ten sposób pracowała na zainteresowanie mamy.

Gorzej, że potem, gdy córka poszła na studia, mama zawoziła jej całe torby jedzenia do akademika, a ona przyjmowała jedzenie bezrefleksyjnie jako wyraz matczynej troski. – Jadła, bo kojarzyło jej się to z bezpieczeństwem, przejawem miłości mamy – mówi Marta Pawłowska. – Z czasem, kiedy pojawiały się problemy w życiu, pierwsze, co robiła, to jadła. Utrwalił jej się schemat myślowy, że tylko wtedy, gdy jest porządnie najedzona, może stawiać czoło problemom i nie potrzebuje do tego innych ludzi. Że wystarczy nagromadzona „siła” jedzenia.

Czekolada na smutki

Dziewczynka, potem dziewczyna, studentka, wreszcie żona nie mogła dać sobie rady z nadmiernym, kompulsywnym jedzeniem. Trafiła na warsztaty prowadzone przez Martę Pawłowską. Nie są one przeznaczone dla osób, które mają fatalne nawyki żywieniowe, a głodne jedzą za dużo – im pomoże dietetyk. Są przede wszystkim dla osób, które jedzeniem uciszają zupełnie inne głody. Smutek, lęk, samotność, nuda, strach przed ważnymi decyzjami, problemy, brak bliskości, brak sensu życia – to niektóre z nich.

Jedzą na pocieszenie, karzą się za niepowodzenia i brak skuteczności odchudzania. Często towarzyszy temu niskie poczucie własnej wartości: po przejedzeniu pojawia się poczucie winy i wstydu. Jedzenie staje się uniwersalnym „korkiem” na niedostatki emocjonalne i społeczne, pełni funkcję pseudodowartościowania, staje się nieświadome, realizuje nieuświadomione potrzeby. Tymczasem musi mieć właściwe miejsce w naszym życiu. Badania pokazują, że dziennie podejmujemy ponad 200 decyzji dotyczących jedzenia (świadomi jesteśmy ok. 30), a często decydują za nas nawyki, marketing i wszechobecna reklama.

– Na zewnątrz kompulsywne jedzenie nie musi się objawiać otyłością. Na warsztatach, ku mojemu zdziwieniu, trzy czwarte to osoby szczupłe, „normalne”, bez nadwagi. Ale mówią: gdy w pracy dzieje się coś złego, od razu myślę o czekoladzie, o tym, żeby pójść do biurka po tabliczkę czekolady i pochłonąć ją, nawet nie czując smaku – zaznacza Marta Pawłowska. Prowadzi warsztaty, w których uczestniczą bardzo różni ludzie, w tym osoby leczące depresję, po bulimii, po nagłym schudnięciu, przestraszone, że „to wraca”, osoby świadomie ciekawe siebie czy robiące wszystko, by ubrać w cokolwiek własne łakomstwo –

czyli lustro tego, jacy jesteśmy. – Każdy z nich to dobry człowiek, z bogatym wnętrzem, posługujący we wspólnotach, służący całemu światu, tylko... nie sobie samemu – mówi.

Bez „12 kroków”

W wychodzeniu z jedzenia kompulsywnego nie da się zastosować „12 kroków”, metody wychodzenia z uzależnienia alkoholowego. – Zasadą w „12 krokach” jest odstawienie tego, co uzależnia, czyli absolutna abstynencja i jej kontrola, by do nałogu nie wrócić. Ta metoda tu nie zadziała, bo przecież nie da się odstawić jedzenia – zaznacza Marta Pawłowska. – Chodzi o to, żeby nasze jedzenie było na tyle świadome, byśmy nie wymagali od niego niczego więcej niż tylko właściwego odżywiania i naturalnej przyjemności.

Warto – uważa Pawłowska – odwołać się do św. Ignacego Loyoli, który 8 swoich reguł poświęcił zaprowadzeniu ładu w jedzeniu. Ten ład – uważał – jest odzwierciedleniem naszego stosunku do świata, do konsumpcji jako takiej. Jeżeli panuje ład w stosunku do jedzenia, to robię w sobie przestrzeń, żeby słyszeć siebie i słyszeć Boga. Nie potrzebuję zatykać siebie jedzeniem.

Gdy ktoś ma z tym problem, powinien przyjrzeć się swojemu jedzeniu. Gdy głodni (głód fizyczny pojawia się 3 godziny po jedzeniu) jemy za dużo, za szybko itp., powinniśmy to uregulować. Można pójść do dietetyka, porozmawiać z kimś zaufanym, poszukać podpowiedzi w Internecie itp. Badania prof. Roberta Emmonsa z Kalifornii sugerują, że najadaniu się przeciwdziała modlitwa przed jedzeniem, a co najmniej przyjrzenie się przed posiłkiem talerzowi z potrawą. Wdzięczność pobudza mózg do wydzielania hormonów szczęścia.

Można też zastosować... picie gorącej wody, prawie wrzątku. Fala głodu emocjonalnego trwa nie dłużej niż 20 minut i można ją przetrwać, np. pijąc małymi łykami gorącą wodę; nasz mózg zostawia emocje, które chcemy kompensować jedzeniem, musi się skupić na tym, żeby się nie oparzyć. Jeżeli jednak nie potrafimy tego jedzenia ułożyć i staje się ono dla nas problemem, koncentrujemy na nim nadmiernie nasze codzienne myśli. Jeżeli uczucie łaknienia pojawia się nagle i po jedzeniu nie znika, i bardzo nam to przeszkadza, trzeba temu zaradzić inaczej, bardziej na serio. Warto przyjść do specjalisty, coacha, czy do diet coacha, psychologa, do kogoś, kto stanie obok i... razem z nami.

Jak się dobrze czuć

To jest m.in. rola Marty Pawłowskiej. Spotkania indywidualne, warsztaty grupowe trwają od kilku tygodni do pół roku. – Pracujemy z celem, z motywacją, z oporem, z przekonaniami o nas samych, mocnych stronach, z pojęciem zadowolenia z siebie, z sukcesem, ze stosunkiem do własnego ciała – mówi.

– Praca polega często na uświadomieniu, że osoba zajadająca różne głody ma deficyt miłości samej siebie, ma zaburzoną tożsamość jako dziecko Boże i wolny, odpowiedzialny człowiek. Często związane jest to z fałszywym obrazem Boga.

Zadaniem diet coacha jest pomóc osobom z problemami na tyle, żeby dokładnie wiedziały, jak mają się odżywiać, żeby się dobrze czuć, żeby były z siebie zadowolone, a także by wiedziały, co robić, kiedy sobie pofolgują, kiedy „poświętują”. Siłą coachingu jest to, że nikomu nie układa diet. – Ja proponuję, namawiam, inspiruję, motywuję, przekazuję wiedzę, ale każdy musi wszystko robić samodzielnie. Bo gdy kogoś dotknie po dwóch miesiącach efekt jo-jo i zrezygnowany w nim pozostanie, to jest to nasza wspólna porażka – mówi Marta Pawłowska.

Efekt jo-jo jest niebezpieczny w Wielkim Poście, gdy wielu wyrzeka się „normalnego” jedzenia. Ważne, żeby dać sobie czas na stopniowe przejście od postu do normalnego jedzenia, bo zagraża nam pułapka: objadanie się. Marta Pawłowska zna osoby, które wpadają w błędne koło: jednego dnia poszczą, a drugiego pochłaniają kilka tabliczek czekolady.

Jak twierdzi, osobom wierzącym łatwiej jest wyjść z problemów żywieniowych, o ile zrozumieją, że odpowiadają przed Bogiem, jak dbają o swoje zdrowie. Coaching chrześcijański mówi o odkrywaniu prawdy o sobie, swoich mocnych i słabych stron. – Wielu ludziom stanięcie w prawdzie pomaga uporządkować swój stosunek do innych sfer życia – mówi Marta Pawłowska. – A to jest łatwiejsze, gdy się uzna, że jest Bóg, dobry Bóg, do którego się należy.

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama