Polska Matka Teresa

Niedziela 19/2016

Siostra Alicja Kaszczuk należy do Zgromadzenia Sióstr Małych Misjonarek Miłosierdzia. Od 2007 r. posługuje w Kenii. Przez pierwsze osiem miesięcy opiekowała się dziećmi chorymi na AIDS, później została przełożoną wspólnoty sióstr w miejscowości Laare. Wiele osób mówi o niej: „Polska Matka Teresa” lub „Anioł Afryki”.

 

Krzysztof Tadej: – W 2008 r. po raz pierwszy pojechała Siostra do Laare w Kenii i powiedziała: „To jest koniec świata!”.

S. Alicja Kaszczuk: – Przed wyjazdem chciałam dowiedzieć się czegoś o tej miejscowości. Wpisałam nazwę w wyszukiwarkę internetową i nic nie znalazłam. Zero informacji. Tak jakby to miejsce nigdy nie istniało!

Pojechałam do Laare z matką generalną naszego zgromadzenia. Miała zdecydować, czy założyć tam placówkę misyjną. Zobaczyłyśmy przerażającą biedę i wielu chorych na AIDS. Dookoła sawanna po horyzont z jednej strony, a z drugiej – wysokie góry. We wsi był tylko jeden sklep i mały budynek poczty. Wysyłanie listów to był jedyny kontakt ze światem. Nigdzie nie było prądu ani wody. Pomyślałam, że to koniec świata.

– W Laare powstała placówka misyjna, której Siostra została przełożoną. Czy przeżywała Siostra chwile zwątpienia w Kenii?

– Nie miałam takich chwil. Charyzmatem naszego zgromadzenia jest pomaganie najuboższym, najbardziej potrzebującym, osamotnionym, chorym, zepchniętym na margines. Jesteśmy przygotowane na najtrudniejsze warunki. Poza tym naszym głównym celem jest głoszenie Ewangelii i miłości Boga. Zawsze i w każdych warunkach. Nasz założyciel – ks. Alojzy Orione mówił, że nie wystarczy człowieka ubrać i nakarmić. Trzeba dawać nadzieję i miłość. I poprzez to zbliżyć go do Boga.

Na początku bardzo mocnym doświadczeniem była bezradność wobec śmierci. Ludzie przychodzili z umierającymi dziećmi, a jedyną rzeczą, którą mogłam zrobić, to płakać razem z nimi. Nie miałam pieniędzy na leki i na benzynę, żeby zawieźć ich do szpitala. Brakowało środków na prowadzenie misji.

Pierwsze miesiące były bardzo trudne również z innego powodu. Nie potrafiłam odnaleźć się w nowej rzeczywistości, w codziennych życiowych sprawach. Ale siostry ze zgromadzenia, Kenijki, bardzo mi pomogły. Pokazały np., jak czerpać wodę z baniaka i zatykać wylot liśćmi od banana, bo nie było korka. I jak prasować habit bez żelazka – wystarczył metalowy kubek z wrzątkiem!

– Czy były sytuacje, o których Siostra nie zapomni do końca życia?

– Kiedyś pojechałam do jednej z wiosek. Witałam się z ludźmi i nagle usłyszałam jakiś dziwny pisk. Spytałam: „Co to takiego?”. Wskazano mi jeden z domów. Ludzie ostrzegali, żeby do niego nie wchodzić, bo tam są duchy i opętana rodzina. W Kenii bardzo dużo osób wierzy w czary i w magię.

– Siostra poszła do tego domu i...

– Wczołgałam się, bo nie było drzwi. Zobaczyłam dziecko leżące na liściach od banana. Piszczało z bólu. W jego uchu zagnieździły się robaki i wyjadały błonę bębenkową. Obok leżała matka i nie miała siły wstać. Umierała z głodu. Udało się uratować dziecko i matkę w ostatniej chwili. Od tamtego czasu jestem wyczulona na pisk. Kilka miesięcy temu, w innym miejscu, również usłyszałam, że ktoś piszczy. Od razu spytałam: „Co się dzieje?”. Nikt nic nie wiedział, nikt się tym nie interesował. Z przywódcą wioski zaczęliśmy szukać miejsca, skąd pochodził ten dźwięk. Wokół nas były małe domki zrobione z gałęzi i liści. Weszliśmy do jednego z nich. Zobaczyłam małe dziecko, na którym mrówki zrobiły sobie mrowisko i wyjadały je żywcem.

– Rodzice porzucili to dziecko?

– Ojciec dziecka pojawił się wieczorem. Tłumaczył, że jego żona kilka miesięcy wcześniej zorientowała się, iż jest ono upośledzone, i uciekła. A on codziennie rano wychodził szukać pracy. Gdyby został z dzieckiem, to umarliby z głodu. Wracał w nocy i karmił je tym, co zdobył. Nie było tam prądu, więc nie widział mrówek. To prześliczne dziecko też udało się uratować. Teraz jest uśmiechnięte, radosne. Zaadoptowali je sąsiedzi.

– Po przyjeździe do Laare Siostra szybko zaczęła organizować pomoc dla najbiedniejszych.

– Jestem konkretną kobietą. Pan Bóg mnie tam wysłał nie po to, bym się użalała. Jestem narzędziem w Jego rękach. Przystąpiłam od razu do działania. Przede wszystkim szukałam najbiedniejszych, bo wiedziałam, że oni czują się upokorzeni swoim ubóstwem. Wstydzą się, że głodują.

Dzięki sponsorom z Włoch wybudowaliśmy piekarnię. Chcieliśmy uzyskać dochody, aby pomagać najbiedniejszym, ale nam się to nie udało, bo to był okres dużego głodu. Ludzie nie zważali na nic i kradli mąkę, wodę, cukier. Nie dało się tego opanować. Brak wody w piekarni też nie sprzyjał takiej działalności.

Później Fundacja Księdza Orione „Czyńmy Dobro” zaproponowała mi współpracę. To bardzo dobra fundacja. Gdy ktoś wpłaca pieniądze dla Laare, to może być pewny, że cała kwota zostanie nam przekazana. Fundacja nie pobiera żadnych opłat.

– Jednym ze wspólnych projektów jest tzw. adopcja na odległość...

– ...czyli pomaganie konkretnemu dziecku. Projektem objętych jest prawie 1,3 tys. dzieci. Większość z nich pochodzi z bardzo biednych rodzin wielodzietnych. 90 proc. naszych dzieci nie ma domów z prawdziwego zdarzenia, mieszkają w chałupkach skleconych z patyków i krowiego łajna. Nie ma w nich podłóg, dzieci nie mają łóżek, śpią na kawałkach desek lub na patykach.

Za wpłaty darczyńców zapewniamy dzieciom naukę w szkole, posiłek, ubezpieczenie zdrowotne. Dla uczniów obiad w szkole to często jedyny posiłek w ciągu dnia. Najuboższe dzieci mieszkające w pobliżu misji zapraszamy na kolację. Często przygotowujemy paczki żywnościowe dla najbardziej potrzebujących. Dla sierot organizujemy miejsca w internacie.

– Dzieci mieszkają nie tylko w Laare?

– Nasza pomoc dotyczy dzieci mieszkających w promieniu 30 km. Choć i to się zmienia, ponieważ biskup poprosił o zaangażowanie się w pomoc dla dzieci mieszkających w dramatycznych warunkach w wioskach odległych od naszej misji nawet o 60 km. Dzieci chodzą więc do szkół znajdujących się w pobliżu miejsca ich zamieszkania. Niektóre idą 18 km w jedną stronę. Wychodzą w niedzielę, śpią u znajomych i w piątek wracają do domu. Po drodze muszą uważać na hieny. Noszą nad głowami gałęzie, bo wiedzą, że hieny nie zaatakują wyższych od siebie. Tak się bronią przed atakiem.

– Pomimo takich trudności dzieci bardzo chcą się uczyć...

– Edukacja to sposób na przeżycie kolejnego dnia, bo w szkole dostaną jedzenie. A także jedyna szansa na radykalną zmianę życia, na wyrwanie się z przerażającej biedy. Dzięki nauce rozwijają swoją osobowość, poszerzają horyzonty. Często w szkole po raz pierwszy doświadczają życzliwości, szacunku i bezpieczeństwa. Mamy wielu zdolnych uczniów. Jedna z naszych dziewczynek, Laura, studiuje medycynę w Polsce. Marzy o skończeniu studiów i powrocie do Laare, aby leczyć chore dzieci.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama