„Bapa” – ojciec trędowatych

Przewodnik Katolicki 18/2016

To, czego dokonał o. Marian Żelazek przez 56 lat posługi w Indiach, bez cienia wątpliwości pozwala nazywać go nie tylko ikoną misjonarzy, ale też dialogu międzyreligijnego i międzykulturowego.

 

Tak jak pragnął, o. Marian umierał wśród swoich podopiecznych – zasłabł, kończąc wizytę w kolonii trędowatych. Kiedy jego serce przestało bić 10 lat temu, w niedzielę 30 kwietnia 2006 r., miał 88 lat. W liście napisanym kilka miesięcy przed śmiercią do przyjaciół misji tłumaczył: „Pytają mnie nieraz Hindusi: «Co cię skłania do pracy w wiosce trędowatych?». Odpowiedź jest jedna – słowa Pana Jezusa: «Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili». A także mój los, gorszy niż trędowatego: pięć lat w obozach w Dachau i Gusen. Jest za co dziękować Panu Bogu, że mnie przeprowadził przez piekło obozowe i z niego wyprowadził”.

Spadkobierca powołań

O. Marian urodził się w 1918 r. we wsi Palędzie koło Poznania. Jego rodzice Stanisława i Stanisław doczekali się ośmiu synów i sześciu córek, których utrzymanie zapewniało duże gospodarstwo i młyn. Żelazkowie, oboje głęboko religijni, zaadoptowali jeszcze dwoje sierot. Wielka inflacja w połowie lat 20. XX w. sprawiła, że rodzina znalazła się w trudnej sytuacji finansowej i zmuszona była przenieść się do Poznania. Ojciec otworzył tam sklep kolonialny, który przynosił skromne dochody. Być może roznoszące się w nim zapachy kawy i cynamonu dały początek marzeniom Mariana o dalekich krajach? Tymczasem był ministrantem w parafii zmartwychwstańców (do tego zgromadzenia wstąpił później jego brat Stanisław, który posługiwał w Brazylii). Pewnego dnia w ręce chłopca trafiło pismo misyjne zostawione w zakrystii przez ojca werbistę… W 1937 r. rozpoczął werbistowski nowicjat w Chludowie. W maju 1940 r. pod dom zakonny podjechały ciężarówki Gestapo i zabrały kleryków do Fortu VII w Poznaniu. Już następnego dnia zostali przewiezieni koleją do Dachau. W rękopisie o. Mariana sporządzonym w obozie czytamy: „(…) chciałem zawsze, choćby na czworakach, wyjść z tego grobu obozowego i zostać misjonarzem. Ile razy jeden z moich kolegów seminaryjnych umarł w obozie (z grupy 26 zginęło 14), biorąc ze sobą do obozowego krematorium niewypełnione pragnienie zostania kapłanem misjonarzem, stawałem się jakby spadkobiercą i jego powołania”. Wyzwolenie nadeszło 29 kwietnia 1945 r. z rąk armii amerykańskiej. O. Marian formację zakonną i seminaryjną dokończył na Papieskim Uniwersytecie Anselmianum w Rzymie i tam, 18 września 1948 r., przyjął święcenia kapłańskie. Krótko pracował wśród polskich uchodźców w Bagnoli koło Neapolu, przygotowując się do wyjazdu na misje. Marzył o kraju licznie zamieszkałym, przyglądał się też ruchowi wolnościowemu pod przewodnictwem Mahatmy Gandhiego. Zgłosił się więc na ochotnika na wyjazd do Indii, kiedy werbiści przejęli misję we wschodniej części kraju, w diecezji Sambalpur (stan Orisa). Trafił do niej w 1950 r.

Indyjska rzeczywistość

Przez pierwsze 25 lat pobytu w Indiach o. Marian Żelazek pracował wśród ubogiej i uciskanej przez wyższe klasy społeczne jednowyznaniowej ludności plemiennej. Szybko nauczył się dwóch miejscowych języków oraz hindi, języka narodowego Indii. Wiedział, jak ważne jest wykształcenie i wkrótce wyznaczono go na dyrektora Hamirpur High School w Rourkela, mieście znanym z przemysłu ciężkiego. W 1964 r. został mianowany inspektorem ponad 170 szkół katolickich w diecezji, a cztery lata później został proboszczem rozległej parafii na przedmieściach Rourkela, gdzie wybudował kościół pw. Matki Bożej Częstochowskiej.

W 1975 r. przełożeni poprosili o. Mariana o przeniesienie się do oddalonego o 600 km na południe Puri, jednego ze świętych miast hinduizmu leżącego nad Zatoką Bengalską. Tam zastał odmienną rzeczywistość, w której obok siebie żyją różne grupy religijne. O. Marian zaczął od umacniania małej wspólnoty parafialnej, której został duszpasterzem i budowy, w cieniu ogromnej świątyni Jagannath, kościoła ku czci Matki Bożej. Podjął tym samym odważną decyzję, która mogła być odebrana jako prowokacja, jednak dobroć i pokorna postawa zjednały mu przychylność otoczenia. Co więcej, główny kapłan świątyni Jagannath znalazł w o. Marianie przyjaciela. O. Żelazek szybko nakreślił też cel swojej posługi w Puri. Postanowił nieść pomoc trędowatym i służąc setkom pacjentów leprozorium przywracać im poczucie godności. Poczuł się do tego jeszcze bardziej zachęcony, bowiem władze miasta coraz usilniej szukały sposobu na poradzenie sobie z problemem trądu. Było dla niego jasne, że troska o tych zepchniętych na margines ludzi będzie znakiem obecności Chrystusa. Pewnego dnia wyznał swojemu biskupowi, że odczuwa wręcz potrzebę dotykania i przemywania ran na rękach i stopach trędowatych, ponieważ pomaga mu to pogłębiać jego kapłańską duchowość.

Przedsionek Miłosierdzia

O. Marian zdawał sobie sprawę z tego, że zajmowanie się trędowatymi, uznawanymi za „przeklętych”, musi być kompleksowe. Najpierw zorganizował więc małą mobilną klinikę medyczną, zapraszając do tego dzieła tamtejsze siostry miłosierdzia, a zaraz po niej uruchomił kuchnię miłosierdzia wydającą regularne posiłki. Kiedy zauważył, że dzieci z rodzin dotkniętych trądem nie mogą chodzić do szkół z dziećmi zdrowych rodziców, postanowił wybudować własną szkołę. Jak wspomina Lalit Rao, przez 27 lat osobisty sekretarz i asystent o. Żelazka, kiedy szukano na ten cel ziemi, sekretarz międzynarodowej organizacji ekumenicznej Young Men’s Christian Association, który użyczał już ojcu domek do przechowywania sprzętu, postanowił ją podarować. – Stała na niej kapliczka protestantów, cała przegryziona przez termity. Kiedy o. Marian oglądał ją z biskupem, znalazł zupełnie nietknięty obrazek Najświętszego Serca Pana Jezusa. Wtedy stwierdził, że Jezus czekał na niego, żeby przejął to miejsce – opowiada, dodając, że w tym czasie po Indiach podróżowało holenderskie małżeństwo szukające sposobu na wsparcie edukacji tamtejszych dzieci. Skierowano ich do o. Żelazka i tak powstała w Puri Beatrix School, nazwana na cześć królowej holenderskiej, która ma obecnie 600 uczniów. To szkoła integracyjna, bowiem uczęszczają do niej dzieci rodziców chorych na trąd i zdrowych. Z kolei pierwsze domki dla trędowatych powstały dzięki ofiarodawcom z Włoch. Stopniowo ośrodek nazwany „Karunalaya” (Przedsionek Miłosierdzia) rozrastał się; w tej chwili zamieszkuje go około 1300 osób. O. Marianowi zależało nie tylko na zabezpieczeniu trędowatym i ich rodzinom warunków do życia, ale także na zachęcaniu tych ludzi do współpracy. – Ci, którzy mogą, pracują w warsztatach krawieckich i tkackich, przy wytwarzaniu cegieł, lin z włókien kokosowych, uprawiając warzywa i owoce czy hodując kury – podkreśla Lalit Rao.

 

Człowiek posłany przez Boga

Jednym z ostatnich marzeń o. Żelazka było utworzenie miejsca, w którym zarówno chrześcijanie, jak i wyznawcy innych religii, a także poszukujący i niewierzący, będą mogli spotykać się na rozważaniach o wierze. Zdążył je zrealizować. Centrum Duchowości Aśram Uczniów Jezusa (aśram to w tradycji hinduskiej miejsce medytacji, modlitwy i skupienia), jedyne tego typu na subkontynencie indyjskim, otwarto trzy miesiące przed jego śmiercią.

Ważną rolę w realizacji planów o. Mariana miała pomoc niesiona z Polski. To nie tylko wsparcie finansowe i w postaci sprzętu medycznego, ale także pobyty wolontariuszy. Wśród wolontariuszek była lekarz stomatolog Anna Tarajkowska z Poznania. Pierwszy raz wyjechała do ośrodka w Puri 23 lata temu i wówczas zaczęła organizować tam gabinet dentystyczny. – Podczas moich wielokrotnych pobytów w Indiach, gdzie leczyłam trędowatych, dużo rozmawiałam z o. Marianem. Zawsze mi powtarzał, że najwięcej można osiągnąć tylko dobrocią i miłością. Sama podziwiałam jego cierpliwość i wyrozumiałość, widziałam, jak ludzie lgnęli do niego – zauważa, dopowiadając, że o. Żelazek był inspiratorem powołania Fundacji Pomocy Humanitarnej „Redemptoris Missio”, niosącej pomoc medyczną misjonarzom na całym świecie. – Uważamy go za ojca fundacji, a za jej matkę dr Wandę Błeńską. Znali się oni zresztą dobrze – mówi Tarajkowska, obecna prezes „Redemptoris Missio”.

O. Żelazek był wielokrotnie wyróżniany prestiżowymi nagrodami, dwukrotnie nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla. Obecnie trwa w Indiach jego proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym. Jak podkreśla Lalit Rao, o. Marian najbardziej cenił sobie jednak to, że przez swoich podopiecznych nazywany był pieszczotliwie „Bapa”, co oznacza ojciec. ‒ Ci, którzy go znali mówią o nim krótko, „człowiek posłany przez Boga”.

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama