Europa otwartości, Europa wartości

Przewodnik Katolicki 22/2016

Nasz kontynent nie powinien zaniknąć w jakiejś ogólnoświatowej wspólnocie multikultury. Europa ma coś, czego nie ma żadna inna z wielkich cywilizacji. Nie traćmy tego.

Cywilizacja – to centralne pojęcie słownika, który nie funkcjonuje już w obiegu europejskich elit politycznych. Prawo do życia we własnej cywilizacji winno być takim samym prawem człowieka, jak prawo do życia w wolności i demokracji, ale jak o tym mówić ludziom, którzy nawet nie rozumieją, o co chodzi? Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, uchwalona w 1948 r. przez ONZ, prawa tego nie wymienia. Były to jeszcze czasy, gdy dla większości Europejczyków dobro życia w ich własnej, europejskiej cywilizacji było wartością tak oczywistą… jak powietrze. Nikomu nie przychodziło do głowy, by wpisywać to do aktów prawnych. A dziś – gdy cywilizacja nam się rozpływa – nie mamy języka, którym moglibyśmy nazwać to, czego nam brakuje.

Rola wspólnoty

Zastanówmy się teraz, co takiego jeszcze ma Europa, czego nie posiada nikt inny na świecie. Żadna inna cywilizacja. Nie chodzi mi o procedury polityczne: te są, jak widać, zawodne. Zresztą kto powiedział, że bez parlamentarnej, wielopartyjnej demokracji nie może być Europy? Parlamentaryzm i pluralizm partyjny to wynalazki stosunkowo młode, jeśli porównać je z dziejami cywilizacji na naszym kontynencie. Przyszły późno, kiedyś mogą też odejść, jeśli wymyślimy lepszy system regulacji stosunków międzyludzkich.

Chrześcijaństwo? Owszem, narodziło się w kręgu, który uważamy za własny, ale dziś już nie można utożsamiać go z Europą. To religia światowa i daj Boże, by się w świecie umacniała. Już teraz pod względem żywotności kościelnych wspólnot wyprzedza nas Ameryka Łacińska, a w sztafecie wysuwają się do przodu niektóre kraje Azji i Afryki.

Popatrzmy na Chiny, na Indie, na kraje islamu, spójrzmy też na Japonię. Komuś to porównanie może wydać się ryzykowne: przecież cywilizacje te mocno się od siebie różnią, pod względem zarówno stopnia zaawansowania technicznego, jak i jego upowszechnienia. To prawda, mają jednak coś wspólnego. W każdej z nich udział w ludzkiej wspólnocie, traktowany jako wartość, realizuje się kosztem pewnej rezygnacji z indywidualności jednostki. Wartość osoby mierzona jest tam – tak czy inaczej – wartością społeczeństwa, w którym ta osoba żyje. W katalogach priorytetów tamtych cywilizacji indywidualna wolność jest czymś sprzecznym ze społecznym interesem, a przynajmniej podejrzanym z punktu widzenia wspólnoty. W takiej perspektywie „ludzie” (nie „człowiek”) działają najpierw na rzecz swojego państwa, kasty, grupy etnicznej lub religijnej. Dopiero w drugiej kolejności można tu myśleć o zagospodarowaniu indywidualnej wolności poszczególnej osoby, ale tylko w takim zakresie, który nie koliduje z arbitralnie nakreślonymi celami społeczeństwa. Liczy się „my”, a „ja” podporządkowane jest dyktatowi bezosobowego „ogółu”.

Z tej perspektywy genialnym wynalazkiem Europejczyków jest system, w którym wspólnota nie musi być zespolona ceną rezygnacji z indywidualności pojedynczego człowieka. Jesteśmy obywatelami, ale nasze prawa, nasze wolności są pierwsze względem praw ogółu. Nie znaczy to wcale, że jesteśmy ponad prawem, ale wskazuje na kierunek myślenia: od praw jednostki ku prawom wspólnoty, nie na odwrót. Człowiek działa razem z innymi, bo tak nakazuje mu nie jakiś indywidualny lub zbiorowy tyran, lecz jego własne, indywidualne poczucie godności. To dzięki temu poczuciu rodzi się w nas solidarność, połączona z wizją wspólnego dobra.

Europejska wyjątkowość

W europejskim rozumieniu wolność wspólnoty nie jest jakąś abstrakcyjną, pierwotną zasadą, do której nagina się ludzkie swobody. Na wolność tę składają się indywidualne wolności pojedynczych obywateli. To one – i tylko one – są miarą rzetelności społecznych ideałów. Doskonale to ujmuje nauka społeczna Kościoła, gdy głosi że „prawa narodów są niczym innym, jak prawami człowieka, ujętymi na szczególnej płaszczyźnie życia wspólnotowego”.  Oczywiście bywały w Europie – i bywają nadal – systemy, w których prawa człowieka ustąpić muszą przed abstrakcyjnymi „prawami narodu”, „prawami rewolucji” itd. Ale traktujemy je jako odstępstwo od normy, a nie regułę i wzór do naśladowania. To jest coś wspaniałego i niepowtarzalnego. Tego nie ma żadna inna z wielkich cywilizacji Ziemi. Nie można pozwolić, aby to lekkomyślnie utracić.

Jest jeszcze coś, czym różnimy się od tamtych. Można to nazwać społecznym wentylem  bezpieczeństwa, chroniącym nas przed grzechem samolubstwa. Bo skoro jesteśmy tacy wspaniali, to zmuśmy innych, by żyli tak jak my, albo też – przeciwnie – zamknijmy się we własnym ogrodzie szczęścia. Pierwszy postulat doprowadził do skrajności Adolf Hitler, drugi jest typowym przejawem mieszczańskiego egoizmu. My chcemy działać inaczej. Głosimy nasze zasady całemu światu, ale bez przymusu. Z drugiej strony – otwieramy się i zapraszamy każdego, kto zechce je przyjąć. Niech żyje z nami, zachowując własną kulturę, język, religię i obyczaj. Byleby tylko respektował wspomnianą wyżej, ogólną zasadę współżycia. To mało – a jakże wiele! Bo w naszym wypadku oznacza: być albo nie być dla Europy.

Świadomość tej wartości powinna kierować Europejczykami, gdy przyjdzie im zmierzyć się z wyzwaniem, któremu na imię islam. Jeśli przybywający do nas muzułmanie zechcą uznać i przyjąć nasze ogólne, europejskie zasady wspólnoty, na jakich mogą układać się wzajemnie różne kultury, nie powinniśmy mieć niczego przeciwko ich obecności. Tak należy rozumieć sens otwartości. Jeśli jednak zamierzają budować u nas getta i niszczyć wspólnotę wolnego, indywidualnego wyboru – powinno się ich wyprosić. W przeciwnym razie nie będziemy budować otwartości, lecz defetyzm.

Wspólnota pamięci

Jest jeszcze jeden, niepowtarzalny europejski fenomen: narody. Wspólnoty narodowe rozumiane jako podmioty praw państwowych, chociaż z samym państwem nie tożsame. Żyjemy w nich już od półtora tysiąca lat – i jakoś nie zanosi się na to, byśmy mieli się z nich wypisywać. Przeciwnie, inżynierowie kosmopolitycznej, multikulturowej Europy podają dziś tyły, a na całym kontynencie budzą się na nowo narodowe ambicje. Dzieje się to w sposób chaotyczny, a nawet budzący obawy przed wzrostem nacjonalizmu. Ale nie ma na to rady, trzeba przyjąć ryzyko rodzących się zmian, gdy czujemy że są autentyczne. A tak się właśnie dzieje, na naszych oczach tworzy się coś nowego. Europa, jak widać, jeszcze nie do końca skostniała.

Narody przetrwają, bo istotą tego europejskiego wynalazku jest naturalna potrzeba ludzkiej identyfikacji… poprzez opowieść. Wspólnota narodowa to coś więcej niż język, więcej nawet niż kultura – to wspólnota historycznej pamięci. W tej wizji Europa przypomina różnobarwny gobelin, w którym genialny tkacz splótł razem kilkadziesiąt osobnych wątków, kilkadziesiąt dziejowych opowieści poszczególnych narodów, rozpisanych na stulecia.

Napisałem przed chwilą, że chrześcijaństwo nie jest już dziś europejskim monopolem. Ale z drugiej strony nie byłoby w Europie ani pojęcia „praw człowieka i obywatela”, ani też narodów, gdyby u podstaw naszej cywilizacji nie legła chrześcijańska kultura. O tym także należy pamiętać.

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama