„Teatrino” – obustronna terapia

Życie duchowe - jesień 2016

Działania „Teatrino” są wielopłaszczyznowe. Każda dusza, która chce nam pomagać, jest nam bliska. Próbujemy wykorzystać – może to brzydkie słowo, ale adekwatne – entuzjazm młodych ludzi.

 

W dziekanacie słynnej Łódzkiej Filmówki o jej studentach odwiedzających poważnie chore dzieci – odwiedzających z teatrem, z przedstawieniami – o ich rozterkach, ale i niezwykłych korzyściach, rozmawiali pedagodzy i aktorzy tak się określający:

Małgorzata Flegel, aktorka z zawodu, logopeda z zawodu, pracuję w szkole już wiele lat”.

Jadwiga Sobczak, profesor łódzkiej Szkoły Filmowej i Uniwersytetu Łódzkiego, slawistka, teatrolog, mama «Teatrino»”.

Zofia Uzelac. Jestem dziekanem Wydziału Aktorskiego, jestem aktorką, gram w teatrze i pasjonuje mnie, w jaki sposób wychować artystę”.

Piotr Seweryński, prodziekan Wydziału Aktorskiego, aktor Teatru Nowego w proporcjach – powiedziałbym – ostatnio dość zachwianych”.***

Co to jest „Teatrino”?

Jadwiga Sobczak: „Tetrino” to grupa teatralna złożona ze studentów, powstała przy Fundacji Sztuka Leczy i działająca z przerwami od 2003 roku. Jej celem jest przede wszystkim przygotowywanie spektakli dla małych pacjentów. Pomysł utworzenia grupy zrodził się z moich osobistych doświadczeń, kiedy po pokonaniu nowotworu postanowiłam pomagać innym chorym. I nie mam tu na myśli jedynie dobrej zabawy, choć ta w przypadku chorych dzieci, długo przebywających poza domem, także jest ważna.

Aktorzy w szpitalu kojarzeni są z klaunami i ich czerwonymi nosami. „Teatrino” to coś więcej niż zabawa?

Jadwiga Sobczak: Oczywiście chcemy przede wszystkim pomagać chorym dzieciom i sprawić, by choć na chwilę zapomniały o cierpieniu i bólu. Jednak ważne jest też budzenie empatii wśród młodych adeptów sztuki aktorskiej i nie tylko aktorskiej, ponieważ do naszej grupy należą też studenci Akademii Sztuk Pięknych czy Akademii Muzycznej. Można powiedzieć, że w działania „Teatrino” zaangażowana jest cała artystyczna młodzież Łodzi. Przygotowujemy przedstawienia głównie dla dzieci chorych, ale mamy też występy w przedszkolach, dla dzieci mieszkających na wsi, dla dzieci zaniedbanych społecznie, z rodzin dysfunkcyjnych. Zorganizowaliśmy między innymi Teatr Łódzkich Ulic. To był projekt, w którym brały udział dzieci ulicy, dosłownie. Z naszymi studentami przygotowały one przedstawienie, a później wystąpiły z nim w domach dziecka w Warszawie i Krakowie.

Działania „Teatrino” są więc wielopłaszczyznowe. Każda dusza, która chce nam pomagać, jest nam bliska. Próbujemy wykorzystać – może to brzydkie słowo, ale adekwatne – entuzjazm młodych ludzi.

Czy do swoich spektakli sami piszecie teksty?

Jadwiga Sobczak: Najczęściej sięgamy do klasyki, ale mamy też w planach przedstawienie z tekstami napisanymi przez dzieci z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Zostały one wydane w dwóch książeczkach. Nasi studenci zaproponowali, byśmy na ich podstawie przygotowali spektakl oparty na doświadczeniach dzieci chorych. Planów jest tyle, że nie zdążymy w trzystu sześćdziesięciu pięciu dniach…

Jak wielu studentów angażuje się w „Teatrino”?

Małgorzata Flegel: W zasadzie na każdym roku jest grupa studentów, która sama zgłasza chęć udziału w „Teatrino”. To stało się niemal tradycją szkoły.

Jadwiga Sobczak: Więcej, ta tradycja promieniuje. Inne uczelnie również interesują się bajkami, prawdziwymi bajkami z morałem, które są dla studentów okazją do autorefleksji. Ponadto nasze przedstawienia to coś więcej niż Doktor Klaun i rozrywka. Ważne są dla nas przede wszystkim wartości poznawcze tekstów oraz kształtowanie młodych widzów. Nasi studenci mają świadomość, że muszą tworzyć, „wychowywać” widownię, wtedy teatr nie umrze.

Zofia Uzelac: À propos autorefleksji, pamiętam, jak obecny wicedyrektor Teatru Fredry w Gnieźnie Łukasz Gajdzis, będąc na drugim roku naszej uczelni, występował z grupą studentów dla dzieci przebywających w szpitalu. Grał Kota. Jedno z dzieci chciało tego Kota przytulić. Trwało to tak długo, że Łukasz bardzo się wzruszył. To było dla niego ogromne przeżycie, które – jak sądzę – wpłynęło na jego dalsze studia i wybory, a przez to na całe życie.

Jadwiga Sobczak: Po tym przedstawieniu przyszła do mnie jedna z koleżanek Łukasza i powiedziała: „Pani profesor, Łukasz nie może występować. On teraz siedzi w łazience i płacze”. Chłop dwa metry. Po rozmowach z nami przeniósł się na Wydział Reżyserski. Zadebiutował w zawodzie „Pchłą Szachrajką”, a w jego teatrze co sezon wystawiana jest bajka. Nasze dzieci mają jakiś niezwykły dar, który spływa najpierw na studentów, a później na widzów, dla których nasi absolwenci występują czy tworzą spektakle…

Teatrino” wpływa więc nie tylko na małych widzów, ale także na występujących w nim aktorów. Na ich wrażliwość, dojrzałość i poczucie misji…

Zofia Uzelac: Aktorstwo to charyzma i misja, której poczucie w młodym człowieku dopiero się rodzi. Co ważne, tego poczucia nie można zdobyć, słuchając o nim. To kwestia osobistego przeżycia, własnego doświadczenia, i takie doświadczenie można zdobyć między innymi w „Teatrino”… Dzięki występom w nim nasi studenci mogą nie tylko rozwijać swoje talenty, ale mogą je rozwijać po to, by pomagać innym.

Piotr Seweryński: Studenci mają różne cele i różną hierarchię wartości. Spotkanie z „Teatrino” dla wielu stanowi emocjonalne zderzenie, które zmienia wiele spraw w ich życiu. Przede wszystkim ich myślenie o tym, co ważne, co jest istotą aktorstwa i – nie bójmy się wielkich słów – człowieczeństwa. To dla nas, jako ich pedagogów, bardzo istotne: na ile możemy, staramy się rozmawiać z nimi nie tylko o aktorstwie, lecz także – a może przede wszystkim – o tym, jakimi są ludźmi, jakimi chcieliby być i jakimi mogą być. To czasem trudno rozdzielić: doświadczenie ważne z punktu widzenia aktorskiego staje się też istotne z punktu widzenia czysto ludzkiego.

Teatrino” jako szkoła przedefiniowania wartości i skupienia się na „dobrych” ambicjach…

Małgorzata Flegel: Grupa, z którą ja zaczynałam pracę w „Teatrino”, przygotowała najpierw spektakl pt. „To jasne jest jak słońce…” oparty na wierszach Jana Brzechwy. Na początku studenci chcieli przede wszystkim przygotować dobre przedstawienie, które zobaczą dzieci i inni studenci, ich koledzy. Praca nad tym spektaklem była też okazją do doskonalenia warsztatu aktorskiego i pracy w zespole, bo przedstawienie to przecież dzieło zbiorowe. Później wszystko się zmieniło.

Pierwszy spektakl obejrzały na gwiazdkę dzieci naszych pracowników. Dodajmy: zdrowe dzieci. Wszystko świetnie się udało. Aktorzy wystąpili z dużą ekspresją, dzieci spontanicznie reagowały, głośno wyrażały swoje emocje, były ruchliwe, chciały się bawić, podchodziły do aktorów, chwytały ich za rękę… Dużo się działo. Jednak kolejne doświadczenie było już zupełnie inne. Studenci znaleźli się w szpitalu, na dziecięcym oddziale onkologicznym. Chcieli tam wystąpić z podobną ekspresją jak za pierwszym razem, ale wcześniej jedna z lekarek pracujących tam przeprowadziła z nimi rozmowę i bardzo prosiła, by aktorzy nie byli za głośni, ponieważ choremu dziecku wysoki poziom dźwięku może nie odpowiadać. Dziecko może się przestraszyć i wycofać. Poza tym uprzedziła ich, że mali pacjenci, pod wpływem leków, nie będą w stanie przyjąć przedstawienia tak jak dzieci zdrowe.

W szpitalu nasi studenci zetknęli się z dziećmi słabymi, apatycznymi, wyciszonymi, z wenflonami w rączkach, z podpiętymi kroplówkami, poruszającymi się na wózkach lub z pomocą rodziców czy pielęgniarek… Pierwsze wrażenie było dla młodych aktorów porażające. Nie wiedzieli, jak potoczy się przedstawienie i jak oni sami zareagują. Oczywiście dostosowali się do prośby pani doktor w kwestii podawania tekstu, a chęć zaprezentowania się zeszła na dalszy plan.

Pamiętam, że mimo stresu nawiązali bardzo dobry kontakt z dziećmi. Sprawdzili się w stu procentach, ale bardzo dużo ich to kosztowało. Jednak dzięki temu na kolejne spotkanie z chorymi dziećmi byli już przygotowani. Potrafili z nimi wejść w relacje po tej pierwszej – nie boję się tego określenia – traumie. Kiedy przyjechaliśmy do ośrodka dla dzieci z upośledzeniem umysłowym, okazało się, że nasi studenci są doskonałymi „terapeutami”. Nie mogliśmy stamtąd wyjść. Dzieci nie chciały nas wypuścić, a ich opiekunki mówiły, że odwiedzały ich różne grupy z różnymi przedstawieniami, ale nikt nie nawiązał z dziećmi tak głębokich więzi. „Oni są po prostu fantastyczni” – powtarzały.

To zmieniło podejście do aktorstwa Waszych studentów?

Małgorzata Flegel: Po takich doświadczeniach nasi aktorzy inaczej pracują. Zdają sobie sprawę, że ich zawód może być „użyteczny” także na innej płaszczyźnie. Dlatego w większości w przyszłym roku chcą kontynuować swoje zaangażowanie w „Teatrino”. Wydaje mi się, że to ma wpływ na ich osobowość, na przewartościowanie ambicji, o którym mówiliśmy. To znaczy nasi studenci są ambitni, ale ich ambicja zmienia wymiar. Chcą w zawodzie wiele osiągnąć, pilnie się uczą, ale są też pokorni i wrażliwi, potrafią współczuć. Także dla nas, ich nauczycieli, to bardzo cenne doświadczenie: możemy wskazać im drogę i rejony życia, o których istnieniu nie mieli pojęcia.

Aktorzy tworzą swego rodzaju elitę. To słowo może się jednak źle kojarzyć. Jak uczyć młodych ludzi, czym tak naprawdę jest elita: że przynależność do niej to praca, zaangażowanie i zobowiązanie?

Zofia Uzelac: Cały czas zastanawiamy się nad tym, w jaki sposób wychować artystę. To idea, która nam przyświeca. Nie chcemy szkolić rzemieślników. Chcemy wychowywać – jak wspomniał Piotr – człowieka i artystę. Udział młodych ludzi w „Teatrino” to – jak mi się wydaje – wspaniała okazja budowania relacji, które w tym pomagają. Ważny jest przede wszystkim rozwój duchowy. Troska nie tylko o warsztat zawodowy, wykształcenie pewnych umiejętności i trening ciała, ale także o wnętrze aktora, o sferę moralną i etyczną. O tym, jak istotna jest na przykład etyka w zawodzie aktora, mówił kiedyś ks. Józef Tischner w czasie warsztatów, jakie odbyły w Krakowie dla studentów wszystkich polskich szkół aktorskich. Słyszałam ten wykład i pamiętam, że zrobił na mnie ogromne wrażenie. Często też myślę o tym, co można by jeszcze zrobić, by na naszym Wydziale Aktorskim było coraz więcej ludzi dobrych, mądrych i wewnętrznie pięknych.

Czy spotkanie z chorymi dziećmi nie jest dla Waszych studentów swoistym katalizatorem dojrzewania, jeśli chodzi o własną historię życia? Czy nie pomaga im w dostrzeżeniu jakichś pozytywnych stron trudnych doświadczeń, jakie sami przeszli?

Małgorzata Flegel: „Teatrino” z pewnością zmienia patrzenie na świat. I to nie tylko w przypadku studentów. Nie pozostaje to bez wpływu także dla nas, nauczycieli. Towarzyszymy tym młodym ludziom i tak jak oni przeżywamy każdy niepokój, każdą drastyczną sytuację. Mimo że mamy może większą świadomość, co może się zdarzyć i jak może się skończyć historia chorego dziecka, które ogląda nasz spektakl. Studenci – jeszcze niedoświadczeni w tej kwestii – często mają nadzieję, że każde dziecko wyjdzie z choroby i wróci do domu. My już wiemy, że nie zawsze tak się dzieje.

Zofia Uzelac: Choć wiemy też, że cuda się zdarzają. Nigdy nic nie wiadomo.

Jadwiga Sobczak: Ja sama przeszłam przez trzy choroby nowotworowe, a nadal pracuję i ciągle mam siłę do działania.

Chciałbym zapytać o nastawienie studentów, którzy zgłaszają się do „Teatrino”, nie wiedząc jeszcze, czym dokładnie się zajmuje i jaki przyświeca mu cel. Czy nie kieruje nimi jakaś niezdrowa ciekawość? Czy nie szukają w „Teatrino” po prostu mocnych wrażeń, niczym uczestnicy safari?

Piotr Seweryński: Myślę, że pierwsze nastawienie studentów to nie jest nastawienie wyjazdu na safari, a raczej wielka niewiadoma. Chyba że przychodzą osoby, które w swoim życiu zetknęły się już z doświadczeniem nieuleczalnej choroby. Z biegiem czasu, w momencie bezpośredniego spotkania z małym, chorym widzem, uruchamia się proces ich dojrzewania. Dopiero wtedy tak naprawdę studenci zaczynają rozumieć misję „Teatrino”, a przede wszystkim czuć. Bo najistotniejsze jest to, jakie emocje się w nich uruchomiają, co czują w związku z sytuacją, z którą mają do czynienia, i jak głęboko ich to wciąga. Część z nich – jak wspomniała Małgorzata – chce w przyszłym roku wrócić do „Teatrino”, ponieważ uważa, że służba chorym dzieciom jest im w jakiś sposób emocjonalnie i wewnętrznie potrzebna. Są też tacy, na których ma to mniejszy wpływ. Udział w „Teatrino” traktują jako doświadczenie jednorazowe, które zostawiają, i zajmują się zupełnie czymś innym.

Do naszej szkoły przychodzą też osoby w jakiś sposób doświadczone przez życie. To ma nieraz duży wpływ na ich nastawienie do spotkań z chorymi dziećmi. Studenci nie przyglądają się „z ciekawości”. Czekają, co się wydarzy, albo od razu chcą pomóc. Nie chodzi im tylko o zaspokojenie potrzeby zaprezentowania się i chęci skonfrontowania się z widownią. To nie jest kwestia pierwszoplanowa. Zresztą my sami, jako pedagodzy, także przygotowujemy ich do występów przed tym szczególnym dziecięcym widzem. Rozmawiamy z nimi, przestrzegamy przed pewnymi pułapkami. Nie jest więc tak, że zupełnie nie wiedzą, w co wchodzą i co ich czeka, choć na początku to oczywiście podbudowa jedynie teoretyczna.

W zawodzie aktora ważne są wspomniane emocje, ale nie można chyba opierać się jedynie na nich. Potrzebny jest pewien dystans i równowaga między uczuciami, zaangażowaniem i warsztatem. Tymczasem w zetknięciu z chorobą i śmiercią dzieci uczucia w sposób niejako naturalny biorą górę.

Małgorzata Flegel: Nasi studenci zaczynają pracę w „Teatrino” już na pierwszym roku i nie mogą być przygotowani warsztatowo. Nie mają zazwyczaj żadnych aktorskich doświadczeń, nie licząc konkursów recytatorskich czy udziału w licealnych przedstawieniach. Trudno też o takie automatyczne nabieranie dystansu. Wszystko idzie przez emocje, na początku inaczej się po prostu nie da. Z takiego emocjonalnego bombardowania nie można oczywiście wyjść bez szwanku. Ale teraz, po dwóch latach pracy z grupą, mogę powiedzieć, że w przyszłym roku akademickim, przy okazji kolejnych naszych występów, nasi studenci będą mogli już wesprzeć się warsztatem i techniką.

Jadwiga Sobczak: Studenci, którzy brali udział w pierwszej edycji „Teatrino”, dziś już zawodowi aktorzy, mieli wsparcie młodych ludzi, swoich rówieśników, którzy wyszli z choroby nowotworowej. Odbywały się z nimi spotkania, na których tłumaczyli oni naszym studentom wiele kluczowych spraw związanych z chorobą. To było bardzo ważne doświadczenie i wsparcie psychologiczne. Dawały je osoby doświadczone „cywilom” wchodzącym z zewnątrz w świat szpitalnych oddziałów. Niektóre z tych osób przyjaźnią się z „Teatrino” do dziś. Mają już swoje rodziny i sprawy, ale przychodzą ze swoimi dziećmi na nasze spektakle i cały czas w jakiś sposób nam towarzyszą.

Wśród widzów Waszych przedstawień są nie tylko dzieci, ale także ich rodzice i towarzyszący im na oddziałach lekarze czy pielęgniarki. Wszyscy kochają bajki, do wszystkich bajki przemawiają, niezależnie od wieku. Czy Wasi aktorzy czują, że grają nie tylko dla dzieci, że ich przekaz dociera także do dorosłych i wpływa na nich?

Jadwiga Sobczak: Oczywiście, studenci często czują, że dochodzi do interakcji z dorosłymi, którzy towarzyszą dzieciom na szpitalnych oddziałach. Rodzice tak samo intensywnie przeżywają przedstawienie, jak ich pociechy. Bo na nowotwór choruje nie tylko dziecko, ale wszyscy jego bliscy. Nasze spektakle kierujemy także do rodziny dziecka zmagającego się z nowotworem: do rodziców, do rodzeństwa. Nie ma możliwości, by cierpienie dziecka nie odbiło się na jego najbliższych. Studenci zdają sobie sprawę, że mają do czynienia z całym wachlarzem widzów – nie tylko z dziećmi – potrzebujących wsparcia, także przez sztukę.

Jak wspierać ludzi, którzy tracą dziecko?

Jadwiga Sobczak: Mamy w tym pewne doświadczenie. Pomaga nam także Fundacja Krwinka, którą założyła Elżbieta Budny po śmierci swojego dziecka chorego na białaczkę. Jest wśród nas również Elżbieta Pomaska, która w trakcie choroby swojego syna założyła fundację, by wspierać rodziców po śmierci dziecka. Rodzice, którzy stracili dzieci, sami chcą pomagać. Wielu fundatorów czy wolontariuszy wspierających chore dzieci i ich bliskich to osoby, które wcześniej same przeszły przez podobną traumę. To naprawdę szeroki krąg ludzi dobrej woli…

Muszę też przyznać, że również umierające dzieci bardzo często pomagają przetrwać swoim rodzicom i przygotowują ich na swoją śmierć. Poznałam dziewięcioletnią dziewczynkę, która cały czas martwiła się: „Jak poradzi sobie mama…”. Jej myśli i reakcje były od niej o dwadzieścia lat starsze. I rzeczywiście pomogła swojej matce. Przygotowała ją na swoje odejście. To był wielki dar, prawdziwa łaska, która spłynęła na to dziecko: ukoić ból swojej matki…

To szczególne chwile, szczególny czas… Teatr także kojarzy mi się z czasem szczególnym, ze świętem. „Teatrino” sprzyja świętowaniu, pozwala zapomnieć o szpitalu i jego codziennej rutynie. Stwarza okazję do przeżycia głębokiego święta. To nie tylko jarmark i wata cukrowa.

Jadwiga Sobczak: Pamiętam pewne zdarzenie, jakie miało miejsce w łódzkiej Klinice Hematologii. Właśnie skończyło się nasze przedstawienie i wychodziliśmy z sali. Przy drzwiach stał mały chłopiec, do którego tylko co przyjechał ojciec. I ten chłopiec na przywitanie taty krzyczał z entuzjazmem w głosie: „Tata, tata, film do nas przyjechał!”. W tym momencie to było dla niego najważniejsze doświadczenie, najważniejsze wydarzenie…

 

Z wykładowcami Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi rozmawiał Jacek Siepsiak SJ

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama