Naprawianie polskiej szkoły

Niedziela 8/2017

O edukacyjnych nieporozumieniach, nauczycielskich rozterkach i manipulacjach politycznych z Alicją Wyczółkowską-Smagą rozmawia Wiesława Lewandowska

 

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – W ostatnich latach często narzekaliśmy na kiepską jakość polskiej szkoły, dziś mamy niezadowolonych, sfrustrowanych nauczycieli. Coraz trudniej być nauczycielem z powołania, nauczycielem z misją?

ALICJA WYCZÓŁKOWSKA-SMAGA: – Nigdy nie myślałam o swoim zawodzie w kontekście tego rodzaju trudności... Może dlatego, że moje powołanie do zawodu ma mocne korzenie w harcerstwie. Mój tata był przed wojną harcerzem w drużynie wodniaków, a ja i trzej moi bracia należeliśmy do tzw. prawdziwego harcerstwa – czyli tego opartego na zasadach przedwojennego skautingu – które wbrew przeciwnościom po 1956 r. zaczęło się tu i ówdzie w Polsce odradzać. Przeszłam całą harcerską drogę – od zucha po komendanta hufca. Harcerstwo doprowadziło mnie do nauczycielstwa.

– I potem pozwoliło trwać z poczuciem misji?

– Po prostu dzięki prawdziwemu harcerstwu praca z młodzieżą, bez względu na okoliczności, zawsze wydawała mi się tym, co ma największy sens. Już kończąc szkołę podstawową, chciałam iść do liceum pedagogicznego. Jednak rodzice się sprzeciwili.

– Bo zawód nauczyciela nie należał wtedy do szanowanych?

– Niestety tak i tak jest do dziś... W liceum, gdy prowadziłam szkolną Drużynę Zośki, Alka i Rudego, nawiązującą do tradycji Polski Walczącej, już na pewno wiedziałam, że nie mogę robić w życiu nic innego, jak tylko być nauczycielką. Ale wtedy mówiło się, oczywiś-
cie nieoficjalnie, o negatywnym naborze do tego zawodu... Gdy chciałam iść na polonistykę, znów usłyszałam: po polonistyce grozi ci praca w szkole! I mimo że wybrałam dającą szersze możliwości chemię, to jednak zostałam nauczycielką. Spełniłam swoje marzenie i realizowałam je przez 40 lat...

– Cały czas pod prąd, mimo postępującego deprecjonowania tego zawodu?

– Nie zwracałam na to uwagi, cieszyłam się z tego, co robię. Będąc jeszcze uczennicą liceum, wbrew nie najlepszej opinii o nauczycielach, miałam szczęście do naprawdę wspaniałych pedagogów – uczyły mnie przedwojenne nauczycielki. I właśnie te moje wspaniałe nauczycielki – które w trudnych dla polskiej szkoły czasach robiły wszystko, aby nas wychowywać w prawdzie i starały się tę prawdę przemycać poza obowiązującymi wtedy programami nauczania – zaszczepiły we mnie poczucie sensu tej pracy w każdych warunkach.

– Pani przejęła i kontynuowała tę „tajną” misję?

– Byłam nauczycielką chemii, więc nie miałam sposobności, by „prostować” komunistyczne zideologizowane programy szkolne. Z tym kłopotem musieli się zmagać przede wszystkim koledzy uczący polskiego lub historii. Ale gdy w 1988 r. zostałam dyrektorką Szkoły Podstawowej im. Lucjana Szenwalda w Warszawie, pierwszą moją samowolną czynnością „naprawczą” było wycięcie z pieczątki szkoły nazwiska patrona, został tylko sam numer... Później, już w 1992 r., nadaliśmy szkole imię Kornela Makuszyńskiego. Czuło się wtedy, że przed polską szkołą otwierają się nowe nadzieje.

– Otworzyły się naprawdę?

– Cóż... Osobiście nigdy nie traciłam nadziei, choć bywało różnie, jak to w polskiej oświacie. Wiele mówiło się o nowych wyzwaniach stojących przed polską szkołą, ale wciąż brakowało wielkiej wizji.

– Reforma z 1999 r. nie dała nadziei?

– Moim zdaniem, wtedy skupiono się głównie na zmianach organizacyjnych, a nie zastanawiano się nad istotą procesu kształcenia, nad dobrem uczniów, nad pożytkiem dla kraju. Do systemu szkolnego wdarł się niepokój, poważne zakłócenie ciągłości cyklu nauczania. Większość nauczycieli wtedy słusznie protestowała przeciwko tworzeniu gimnazjów, które ten cykl rozbijały, co – jak dziś to już widzimy – musiało się odbić na jakości kształcenia. Moja szkoła podstawowa została wówczas zamieniona na gimnazjum – trzeba więc było podjąć całkiem nowe wyzwania organizacyjne, co oczywiście nie było łatwe.

– A mimo to nawet takie „niechciane” gimnazjum potrafiła Pani przekształcić w jedną z najlepszych szkół w Warszawie!

– To dlatego, że w 2003 r. udało się doprowadzić do nadania mu imienia Marszałka Józefa Piłsudskiego, co wyznaczyło dobry kierunek wychowania; od tej pory uroczyście celebrowaliśmy wszystkie rocznice związane z działalnością oraz osobą Marszałka. Świętem szkoły był np. dzień jego imienin, obchodziliśmy również rocznicę śmierci. To wszystko budowało życie naszej szkoły, integrowało uczniów.

– Można powiedzieć, że Pani szkoła już ponad 10 lat temu zaczęła realizować dzisiejszą poli-
tykę historyczną...

– Po prostu robiłam to, co wydawało mi się bardzo pożądane i oczywiste, choć nie wszystkim się podobało. Wtedy młodzieży gimnazjalnej raczej starano się zaszczepić całkiem inne postawy, zdecydowanie mniej patriotyczne. Być może moje gimnazjum należało do nielicznych wyjątków... Faktem jest, że nasi uczniowie zainteresowali się historią właśnie za sprawą patrona gimnazjum. A tę fascynację Marszałkiem podsycał w nich wielki przyjaciel naszej szkoły Janusz Zakrzeński – charyzmatyczny aktor, często wcielał się w postać Józefa Piłsudskiego – który w 2010 r. zginął w katastrofie smoleńskiej. Mieliśmy bardzo dobre, przyjacielskie relacje ze Związkiem Piłsudczyków i jego prezesem Janem Józefem Kasprzykiem.

– Chyba jednak niełatwo było tworzyć taką „dobrą szkołę”, skoro dopiero w 2016 r. doczekała się Pani odznaczenia medalem „Pro Patria”?

– Niełatwo! Wprawdzie polska szkoła miała swoją wolność, tożsamość i autonomię, ale tak naprawdę wiele zależało od dyrektora. Odnosiłam wrażenie, że mimo przemian w 1989 r. nauczyciele tacy jak ja wciąż muszą być w opozycji. Mogę się pochwalić, że do naszej szkoły, właśnie ze względu na tę jej patriotyczną linię, zapisywali się uczniowie nawet z odległych dzielnic Warszawy. I jednak działalność mojej szkoły była zauważona i doceniona... Dlatego teraz – choć już jestem na emeryturze – trochę żałuję, że takie gimnazja, jak to moje, będą zlikwidowane. Będzie mi brakowało tego szyldu – Gimnazjum nr 3 im. Marszałka Józefa Piłsudskiego.

– Jest Pani przeciwniczką likwidacji gimnazjów?

– Nie, ale jednak mam dziś mieszane uczucia. Uważam, że największym błędem reformy w 1999 r. było utworzenie trzyletnich gimnazjów i trzyletnich liceów; trzy lata to za mało, by stworzyć i zrealizować dobry program nauczania. W dyskusjach przed tamtą – ale także przed tą obecną – reformą na początku mówiło się o 4-letniej szkole podstawowej – elementarnej, powszechnej – po której 10-letnie dziecko łagodnie przechodziłoby na inny już etap kształcenia, a po następnych czterech latach do czteroletniego liceum, wieńczącego dobrą ogólną edukację. W 1999 r. zdecydowano się na znacznie gorsze, wręcz szkodliwe rozwiązanie; 12-latek przechodzący do gimnazjum, który we własnym mniemaniu jest już dorosły, niewiele wynosi z tej 3-letniej szkoły. Podzielam opinię, że gimnazja wyrządziły sporo szkód w kształceniu młodego pokolenia. Czy jednak ich likwidacja przyniesie pożądane skutki? Tego nie potrafię przewidzieć. Obawiam się natomiast, że reforma polegająca na zbyt szybkiej reorganizacji szkolnictwa może się okazać zbyt trudna i zbyt kosztowna.

– Dziś może Pani porównywać obydwie reformy: tamtą – powołującą gimnazja i tę obecną – likwidującą gimnazja. Która z nich, Pani zdaniem, wiąże się z większymi kosztami, nie tylko materialnymi?

– Zdecydowanie tamta zmiana sprzed 17 lat była niekorzystna. Ale z drugiej strony szkoda mi dziś tych wszystkich naprawdę dobrych gimnazjów, które zdołały wytworzyć wokół siebie dobrą aurę społeczną, nawet pewien kapitał społeczny, który oby teraz nie uległ rozbiciu. A są takie gimnazja, prawdziwe środowiskowe centra kultury, jak np. świetne gimnazjum w Zielonce k. Warszawy. Oby w toku reformy nie zagubiono tego dorobku lokalnych społeczności... Wiele będzie zależało od wysiłku tychże społeczności, od dobrej woli samorządów.

– I od tego, aby polityka nie zdominowała rzeczywistego dobra polskiej szkoły...

– Otóż to! Bardzo obawiam się komplikacji; sama reforma wydaje się dość skomplikowana do przeprowadzenia, w dodatku bez zgodnego współdziałania i zrozumienia jej sensu przez dosłownie wszystkich – rodziców, nauczycieli, samorządowców, polityków. A na to zrozumienie raczej się nie zanosi. Wszyscy, jak zwykle, zapominają, że chodzi przede wszystkim o dobro uczniów, o dobre nauczanie i dobre wychowanie.

– Wiele dziś mówi się o technicznych aspektach reformy edukacji – o problemach związanych z likwidacją gimnazjów – natomiast istota rzeczy, czyli reforma programu nauczania, pozostaje w cieniu edukacyjnej debaty. Dlaczego?

– Naprawdę nie wiem dlaczego i bardzo mnie to martwi. Gdy jako dyrektor szkoły analizowałam programy nauczania wszystkich przedmiotów, to przyznaję, że zawsze najbardziej szokujący był dla mnie problem lekcji historii; nauka historii w gimnazjum kończyła się na I wojnie światowej, a przecież wielu uczniów nie kontynuowało potem nauki w liceum, kończyło więc polską szkołę bez jakiejkolwiek wiedzy o II Rzeczypospolitej, II wojnie światowej, PRL, Solidarności i III RP. Nieporozumienie edukacyjne polegało też na tym, że w ciągu 3 lat liceum również nie udawało się przerobić całego materiału z tego ważnego wychowawczo przedmiotu. W efekcie poprzedniej reformy mamy dziś już dorosłe pokolenie niemające bladego pojęcia o historii własnego kraju, nie mówiąc już o historii powszechnej.

– Po prostu niedouczone, intelektualnie kalekie?

– Można tak powiedzieć. Tak „kształceni” ludzie nie potrafią myśleć w kategoriach kraju, państwa, społeczeństwa, narodu, bo zostali pozbawieni choćby pięknych wzorców z historii II Rzeczypospolitej... Może teraz te zaniechania zostaną wyprostowane, jednak gdy patrzę na siatkę godzin lekcji z poszczególnych przedmiotów, to nadal mam pewne obawy.

– Dlaczego?

– Wydaje mi się, że nadal bardzo okrojone jest nauczanie nie tylko historii, ale także przedmiotów ścisłych. Martwi mnie to, że przygotowywane w zbyt szybkim tempie podstawy programowe mogą być nie najlepsze. Mam w związku z tym wiele obaw.

– Przyłącza się Pani do gremialnego protestu nauczycieli przeciwko reformie edukacji proponowanej przez obecny rząd?

– W żadnym razie, mimo niepokojów i zastrzeżeń. Chciałabym móc na ten temat rzeczowo dyskutować. Niestety, obawiam się, że większość środowiska nauczycielskiego kontestuje tę reformę na zasadzie: „nie, bo nie”, że ulega politycznej manipulacji, a nie zważa na rzeczywiste dobro edukacji – raczej tylko liczy swoje straty, choć być może nawet ich nie dozna.

– Nauczyciele nie muszą się niczego obawiać, np. utraty pracy?

– Logika tej reformy wskazuje na to, że pracy dla nauczycieli może być nawet więcej, przede wszystkim w liceach. Być może nauczyciele będą musieli się w jakiś sposób dokształcać, ale to nie powinno nikogo dziwić, bo przecież ten zawód wymaga niemal permanentnego szkolenia. Kłopoty z dzisiejszą reformą dostrzegam przede wszystkim w zakresie kwestii administracyjnych; jej powodzenie zależy przede wszystkim od samorządów, którym podporządkowane są poszczególne szkoły. Jednak uważam też, że wiele – chyba najwięcej – zależy jak zawsze od dobrej woli konkretnych ludzi.

– Jakie konkretnie nadzieje wiąże Pani z obecną reformą edukacji?

– Chciałabym, skoro już będziemy mieć 4-letnie liceum, żeby np. chemia była nauczana przez wszystkie 4 lata po 2 godziny tygodniowo, a w programie rozszerzonym odpowiednio więcej... Marzą mi się co najmniej 2 godziny historii w tygodniu od początku do końca liceum. Dla mnie podstawowym argumentem za reformą jest właśnie solidne 4-letnie liceum, przywracające młodemu pokoleniu dobry poziom tzw. ogólnego wykształcenia. To, co było do tej pory, było nieporozumieniem.

– Niektórzy powiadają nawet, że kpiną z oświaty, tumanieniem narodu...

– Przyłączam się do tej opinii. Młodzież kończąca dotychczasowe licea mogła się pochwalić co najwyżej bardzo prymitywną wiedzą na temat polskiej historii i literatury. Tego wszyscy powinniśmy się wstydzić. Oby udało się ten wstyd zmazać i naprawdę skutecznie i dobrze zmienić system polskiej edukacji. Nadal wiele zależy od nas samych – od nauczycieli.

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...