Mały święty Chorwat

Wstań kwiecień-maj 2016

„Kiedy byłem ośmioletnim chłopcem, zrobiłem coś niestosownego, czego nie uważałem wtedy za poważniejsze przewinienie, a nawet dzisiaj nie uważam...

 

„Kiedy byłem ośmioletnim chłopcem, zrobiłem coś niestosownego, czego nie uważałem wtedy za poważniejsze przewinienie, a nawet dzisiaj nie uważam. Moja starsza siostra była natomiast innego zdania. Uważała, że to, czego się dopuściłem, jest poważnym grzechem. Zaprowadziła mnie do proboszcza, a on, po wysłuchaniu, co się zdarzyło, udzielił mi surowej nagany oraz kazał za pokutę klęczeć w pustym kościele i prosić Boga o przebaczenie. Wróciwszy do domu, rozpłakałem się na kolanach matki. Powiedziałem jej wtedy, że zostanę księdzem i spowiednikiem oraz że nie będę surowy jak mój proboszcz, lecz dobry i miłosierny wobec wszystkich, którzy się będą spowiadać u mnie” – to słowa św. Leopolda Bogdana Mandicia, chorwackiego kapucyna, który prawie całe swoje życie kapłańskie spędził w Padwie (Włochy), spowiadając niemal codziennie po kilkanaście godzin, aż do swej śmierci w 1942 roku.

Miłosierny jak Jezus

Początkiem lutego bieżącego roku w Rzymie doszło do jednego z centralnych wydarzeń Jubileuszowego Roku Miłosierdzia. Najpierw w kościele pw. św. Wawrzyńca, a potem w bazylice św. Piotra wystawiono nie podlegające rozkładowi ciała świętych kapucynów: o. Pio z Pietrelciny oraz o. Leopolda Bogdana Mandicia – dwóch najbardziej znanych spowiedników XX w. I podczas gdy o św. o. Pio istnieje obszerna literatura w języku polskim, o św. o. Mandicim w Polsce wiadomo niewiele. Urodził się on w chorwackiej rodzinie, w mieście Herceg Novi (dziś Czarna Góra) w 1866 roku. Już jako szesnastolatek udał się do Włoch, gdzie odbył zakonno-kapłańską formację i został wyświęcony na kapłana.

Pragnieniem Leopolda był powrót do kraju ojczystego, praca duszpasterska wśród swego narodu, a w szczególności wysiłki dążące do zbliżenia się katolików i prawosławnych na tych terenach. Pragnienia te nigdy nie wypełniły się w taki sposób, jaki sobie życzył. Tylko trzy lata spędził w Zadarze, w Rijece natomiast kilka miesięcy. Biskup padewski osobiście prosił przełożonego prowincji, do której należał ojciec Leopold, by go przeniósł do Padwy, gdyż „mieszkańcy Padwy domagają się powrotu swego spowiednika”. Udał się wtedy, według rozporządzenia przełożonego, z powrotem do Padwy i pozostał tam do swej śmierci. Spowiadał ponad dziesięć godzin dziennie w swoim małym pokoiku, z którego penitenci wychodzili „pełni pokoju i radości”. Współbracia często mu zarzucali, że jest za bardzo łagodny dla swoich penitentów, na co on im odpowiadał: „Jeżeli mi Pan na Sądzie zarzuci zbytnią łagodność wobec grzeszników, odpowiem mu: «Ty mi dałeś zły przykład! Przecież Ty za nich nawet umarłeś na krzyżu»”. Wszystkie swoje prace i modlitwy, przede wszystkim jednak spowiedź, ofiarowywał Bogu za swój naród i za zjednoczenie się rozłączonych chrześcijan.

Ojciec Celestino Coletti wspominał po latach o pewnym wydarzeniu z o. Leopoldem. Gdy był 19-letnim studentem, miał okazję osobiście, w towarzystwie kilku innych studentów, usłyszeć przepowiednię z ust wtedy już starego o. Mandicia. Powiedział on, że niebawem dojdzie do wojny, klasztor padewski ojców kapucynów zostanie zrujnowany, ale Bóg oszczędzi jego pokój, jako znak swego miłosierdzia. I faktycznie dwa lata po śmierci o. Leopolda, w 1944 roku, alianci dokonali bombardowania Padwy. Klasztor kapucyński został całkowicie zrujnowany, z wyjątkiem małego pokoju o. Mandicia, w którym wyspowiadał on tysiące penitentów. Pan Bóg ocalił ten pokój, by świadczył o wielkości Jego miłosierdzia.

„Nie martw się, nie amputują ci nogi”

Ojca Leopolda Mandicia beatyfikował papież Paweł VI w 1977 roku, a kanonizował Jan Paweł II w 1983 roku. Bardzo ciekawy jest cud, który został uznany w procesie kanonizacyjnym. Miał on miejsce we Włoszech. 57-letnia wtedy Elisabetta Penzolotto leżała w szpitalu z całkowicie chorą nogą (gangrena). Pewnego wieczoru po zbadaniu nogi lekarz specjalista stwierdził, że należy ją natychmiast amputować. Elisabetta poprosiła, by poczekać z amputacją. Następnego dnia rano lekarz przyszedł sprawdzić stan pacjentki. Okazało się, że noga zupełnie wyzdrowiała, nie pozostało na niej nawet najmniejsze ślady choroby. Lekarz, nie wierząc w to, co widzi, zapytał pacjentki, jak się to stało. Odpowiedziała mu: „W nocy przyszedł do mojego pokoju ten mały kapucyn. Kojarzy go pan, prawda? Chodził wokół mego łóżka, uśmiechał się i powiedział: «Nie martw się, nie amputują ci nogi»”.

Święty Leopold Bogdan Mandić jest przykładem tego, jak potężna jest Boża łaska u osób, które mu się bez rezerwy oddadzą i z jaką siłą Bóg może działać przez to, co w oczach ludzi jest słabe i ułomne. Leopold nigdy nie mógł podjąć się pracy misyjnej wśród katolików i prawosławnych z powodu niskiego wzrostu (135 cm) i częściowej deformacji ciała. Nie wygłaszał kazań z powodu wady wymowy. Większość swego życia spędził w ubogim pokoju, słuchając tego, co najczarniejsze w ludzkich duszach – grzechów. Według kryteriów czysto doczesnych był on człowiekiem przegranym już od narodzin. Według kryteriów Bożych, w których miłość wobec Boga i bliźnich jest wyznacznikiem wielkości i sensowności ludzkiego życia, był i pozostał jednym z gigantów rodzaju ludzkiego.

 

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama