Zachowała się jak trzeba

Różaniec 3/2017

Można było przecież popłynąć z nurtem. A jednak przeszli przez życie wyprostowani „wśród tych, co na kolanach – jak pisze Herbert – wśród odwróconych plecami i obalonych w proch”.

 

Powiedz babci, że zachowałam się jak trzeba”. Być może słowa Danuty Siedzikówny „Inki”, która została zamordowana w ubeckiej katowni 28 sierpnia 1946 r., były swego czasu nazbyt eksploatowane, powtarzane jak slogan. To nic. Ważne, że dzięki takim jak ona wielu Polaków zaczęło stawiać sobie pytania, które do tej pory nie wydawały się istotne: Skąd „Inka” wiedziała, jak trzeba się zachować? Skąd to wiedzieli powstańcy warszawscy – w większości młodzi ludzie, którzy tak bardzo chcieli żyć, tańczyć, pisać wiersze, cieszyć się sobą, a mimo to szli na barykady? Co nimi kierowało? Czy tylko intuicja, instynkt samozachowawczy? Ależ on każe uciekać z miejsca zagrożenia, w sytuacji krytycznej troszczyć się przede wszystkim o siebie! Dobrowolne poddanie się rtm. Pileckiego Niemcom tylko po to, aby znaleźć się za drutami obozu Auschwitz i tam tworzyć struktury oporu, jest działaniem wbrew „rozsądkowi”. Tak jak postawa Żołnierzy Wyklętych czy ludzi, którzy podczas komunistycznej nocy nie dali się złamać systemowi, tracąc szansę na rozwój czy apanaże.

A może wiedza, jak trzeba się zachować, to kwestia wbicia do głów odpowiedniej porcji informacji, zakotwiczenia ideologii, wdrożenia stosownych programów edukacyjnych? Rzecz w tym, że to, co zostaje uznane za narzucone, rzadko przekuwa się w życiową postawę. Również patriotyzm, jeśli jest budowany na sztywnych akademiach szkolnych czy obowiązkowym udziale w bogoojczyźnianych imprezach, staje się atrapą tego, czym ma być w swojej istocie. A zatem ta droga również nie do końca jest efektywna.

Młodzi powstańcy, akowcy, żołnierze armii Andersa, żołnierze gen. Maczka, rtm. Pilecki, Danuta Siedzikówna, tysiące znanych i nieznanych z nazwiska wyklętych – zamordowanych w ubeckich katowniach, zagazowanych w niemieckich obozach śmierci, zaszczutych w PRL-u – oni wszyscy nosili w sobie coś, co dzisiaj wielu ludziom wydaje się abstrakcją: miłość do Polski. Kochali ją, bo ­była ich Ojczyzną. Odzyskaną po długiej nocy niewoli, upragnioną i wyśnioną. Okupioną krwią tysięcy tych, których mogiły zaścieliły całą Europę – marzących o wolnej Polsce, których pamięć skwapliwie była przechowywana przez kolejne pokolenia. Kochali ją jak matkę najmilszą. A ta jest tylko jedna.

Miłości do Ojczyzny uczyli się w domu, w rodzinie, w szkole. Z wypiekami na twarzy śledzili losy bohaterów Trylogii, ulegali romantycznym porywom serca, czytając Mickiewicza, Słowackiego, Norwida. Patrzyli na zmagania bohaterów powieści Josepha Conrada, odkrywających w sobie wielką siłę, każącą im stawiać czoła żywiołom, walczyć do końca: powinność. Z pieczołowitością, z jaką pielęgnuje się najświętsze pamiątki, ­przechowywali orzełki z czapek legionistów, chodzili na groby powstańców, uczestników zrywu listopadowego czy styczniowego. Wiedzieli, że nie zawsze się wygrywa, ale są sytuacje, że „trzeba iść!” – nawet gdy bój jest nierówny. Po to, by ocalić godność. Pokazać innym, że można zamknąć w więzieniu i upodlić, ale nie można zniewolić ducha!

W takiej szkole „Inka” nauczyła się, jak trzeba się zachować. I takich szkół trzeba nam dziś jak najwięcej. Wtedy Polska inaczej będzie wyglądać.

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama