Nie da się przekroczyć wszystkich granic

Droga 8/2017

Kiedy poczułem powołanie, bardzo mnie urzekło, że Pan Jezus nie ma gotowego pomysłu na drugiego człowieka.

 

Nieczęsto się zdarza, aby ksiądz pisał powieści...

Kiedy poczułem powołanie, bardzo mnie urzekło, że Pan Jezus nie ma gotowego pomysłu na drugiego człowieka. Takiego pomysłu ad hoc: żyj tak, rób to, postępuj w ten sposób. Pan Bóg bardziej zaprasza niż nakazuje. Wprowadza nas w taką przestrzeń, abyśmy Mu towarzyszyli w zupełnej wolności. Moje pisanie jest zaproszeniem innych, aby mogli się w tej opowieści przejrzeć. A potem zrobić z tym, co chcą. Wierzę, że nawet bolesne i trudne wydarzenia nie dzieją się przypadkowo. Mam 50 lat i widzę głęboki sens w tym, co przeżywam i czego doświadczam.

Jest Ksiądz autorem trzech książek: „Obietnica”, „Znamię” i „Dar”. Pomówmy o pierwszej. Wyruszył Ksiądz w podróż, by pomóc spełnić przyrzeczenie, które babcia złożyła nad grobem ojca. Czego dotyczyło?

Przed laty poprosiłem, aby babcia Henryka opowiedziała mi o czasach zesłania. Zgodziła się od razu. Czułem, że potrzebowała podzielić się z kimś tymi wspomnieniami...

Historia zaczyna się w 1940 roku. Pewnego dnia do wsi, w której mieszkała, wtargnęli Sowieci. Załadowali wszystkich na wozy a potem upchnęli w bydlęcych wagonach. Całymi tygodniami wieźli ich, głodnych i zmarzniętych, na Sybir. Henryka spędziła tam ponad rok, pracując przy wyrębie lasu w czterdziestostopniowym mrozie. Doświadczyła upokorzeń, głodu i prześladowań. W 1941 roku przesiedlono jej ojca i pięcioro młodszego rodzeństwa do Kazachstanu w okolice miasta Szu. Zmagali się z nieludzkimi warunkami, pracą ponad możliwości człowieka, nieustannym głodem i walką o przeżycie. Próbowano ich zmusić do przyjęcia rosyjskiego obywatelstwa. Za odmowę babcia była bita na sowieckich przesłuchaniach i skazana na dwa lata więzienia i ciężkich robót. Kiedy wróciła do kołchozu, dowiedziała się, że jej ojciec nie żyje. Modląc się nad jego grobem, złożyła obietnicę: „Wrócę po ciebie, tato, i zabiorę cię do Ojczyzny”.

W 1945 roku babcia wyszła za mąż za Grigorija Oganisjana – Ormianina z Erewania. Była w siódmym miesiącu ciąży, gdy dowiedzieli się, że będą mogli wrócić do Polski. Udali się na dworzec. Tam brutalnie ich rozdzielono. Babcia była wolna, mogła wracać. Grisza był obywatelem Związku Radzieckiego, więc nie było mowy o jego wyjeździe. Wtedy złożył młodej żonie obietnicę: Odnajdę Cię nawet na końcu świata. A potem się rozstali. Jak się okazało – na zawsze...

Podjąłem decyzję, że jako wnuk zrobię, ile się da, by odnaleźć miejsce pochówku mojego pradziadka Andrzeja Świderskiego i dowiedzieć się czegoś o losach dziadka Grigorija Oganisjana.

Wyruszyłem Koleją Transsyberyjską w podróż, która trwała tydzień. Chciałem chociaż w niewielkim stopniu doświadczyć tego, co przeżyła babcia, która jechała pociągiem przez trzy miesiące, ponad pięć tysięcy kilometrów. W czasie podróży czytałem „Archipelag Gułag” Aleksandra Sołżenicyna. Kiedy dotarłem na miejsce, okazało się, że cmentarz został zrównany z ziemią. Było widać tylko niewielkie zagłębienia – mogiły, otoczone śladem po ogrodzeniu. W 1955 r. Sowieci kazali zaorać łagry, by zatrzeć po nich wszelkie ślady. Poczułem smutek i gniew wobec zatartych śladów przeszłości. Rozgrzebałem ziemię i złożyłem w przygotowanym wcześniej pudełku. Powiedziałem mojemu przewodnikowi, że tutaj żył mój dziadek Grigorij Oganisjan. I... okazało się, że w sąsiedniej wiosce żyje jego rodzina! Co więcej: ocalały zdjęcia mojego dziadka. Na jednej fotografii było napisane: „Na pamiątkę kochanej żonie Heni od męża Grigorija. Pamiętaj i nie zapomnij o mnie (…). 10 III 1949 roku”.

Można sobie wyobrazić, co czuły moja babcia i mama, kiedy wróciłem z tak niezwykłą pamiątką i ziemią z grobu dziadka i pradziadka. Mąż Grigorij po prawie 70 latach odnalazł swoją żonę Henrykę. Wierzę, że wypełniły się obietnice. Złożona przez babcię: „Wrócę po ciebie, tato” i przez Griszę na dworcu w Szu: „Odnajdę cię”.

Niezwykłą historię napisało życie... W książce pt. „Znamię” wspomina Ksiądz z kolei swoje dzieciństwo. Nie było łatwe, ale: „udało się przekuć krzywdę w dar, a stratę w zysk”. Co oznaczają te słowa?

„Znamię” to książka o mojej mamie, która z kogoś, kto był zagubiony i ranił, przeobraziła się w osobę, która wybaczyła sobie i innym. Ta opowieść jest jak podanie ręki tym, którzy nas zranili. Nie po to, by zapomnieć, ale by przebaczyć. Nie chodzi o to, aby przez całe życie pielęgnować w sobie ranę, zasklepić się w swojej krzywdzie, ale by iść do przodu. I wyciągnąć rękę do tego, kto nas skrzywdził.

Książka pt. „Dar” to historia wrażliwego i pokornego księdza, który uczciwie stwierdza, że nie udało mu się nikogo uzdrowić. To niezwykłe opowieści o ludziach, w których życiu Ksiądz uczestniczył. Jak w życiu chłopca chorego na białaczkę, który umarł nazajutrz po przyjęciu pierwszej Komunii świętej. Która historia jest dla Księdza szczególna?

Bardzo przeżyłem historię czteroletniego dziecka, któremu powiedziano, że tata wyjechał, a w rzeczywistości popełnił samobójstwo. Niezwykła była konfrontacja tego chłopca ze śmiercią. Mama nie wiedziała, jak mu to wytłumaczyć. Poszedłem drogą serca – słuchałem. Pamiętam też historię młodego kleryka. Uczestniczył wraz ze mną w pogrzebie noworodka, którego rodzice nie przyszli na pogrzeb. Kleryk płakał. Nie dlatego, że dziecko umarło, ale dlatego, że w tej rodzinie nie było żadnych więzi. Rodzice nie chcieli dziecka. Ta historia jest smutna, ale potrafiliśmy dostrzec w niej wagę kapłaństwa. Jego istotą jest obecność i towarzyszenie.

Poszedłem drogą serca – słuchałem. Pamiętam historię młodego kleryka. Uczestniczył wraz ze mną w pogrzebie noworodka, którego rodzice nie przyszli na pogrzeb.

  Fot. prywatne archiwum ks. A. Paśnika

Dar – to słowo kojarzy się jednoznacznie z dobrem. Jednak co zrobić, jeśli nie zostaliśmy obdarowani tak, jak byśmy chcieli? Jeśli zamiast miłości pojawiła się przemoc? Jeśli rany ciągle krwawią?

W Wielki Piątek zamordowano Chrystusa. Jednak gdyby Matka Boża oceniła historię Zbawienia tego dnia – popełniłaby błąd. Trzeba poczekać. To jest bardzo trudne. W Wielki Piątek łatwo oceniać, ale Ewangelia idzie dalej. Potrzebujemy Wielkiej Soboty, aby coś w nas umarło, zburzyło się, abyśmy odrodzeni doczekali Wielkanocnego Poranka. W niektórych przestrzeniach życia wciąż jestem w Wielkiej Sobocie. Nie wiem, co będzie. Ale wiem, że Ktoś wie. I wierzę głęboko, że Ktoś czuwa nad porządkiem wszystkiego. Wszystko, co nas spotyka, nie dzieje się bez przyczyny. Jestem daleki od nadawania sztucznego sensu i dorabiania protezy do życia. Po prostu idę z tymi ludźmi. Towarzyszę im. A oni uświadamiają mi sens mojego cierpienia.

Pisze Ksiądz: „Czasami wydaje mi się, że rozumiem drugiego człowieka. Jednak odczuwam, że istnieje niewidzialna granica, której nie da się przeskoczyć”. Czy często napotyka Ksiądz takie granice?

Tak. Wciąż. Człowiek jest niebywałą tajemnicą.

Dziękuję za rozmowę.

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama