Świeczkę palili Panu Bogu, diabłu oddawali ogarek

Niedziela 22/2017

Z Błażejem Torańskim – dziennikarzem, autorem m.in. wydanej ostatnio książki „Knebel. Cenzura w PRL-u” – rozmawia Lidia Dudkiewicz

 

LIDIA DUDKIEWICZ: – Jaki charakter miała cenzura przed wojną i po wojnie? A może dzisiaj także możemy się doszukać jej przejawów? Do kiedy oficjalnie działała cenzura?

BŁAŻEJ TORAŃSKI: – W II Rzeczypospolitej konstytucja z 1921 r. gwarantowała wolność słowa i prasy, wykluczała cenzurę. Taka była litera prawa, co nie znaczy, że władza zrezygnowała z restrykcji w stosunku do wydawców, redaktorów i autorów treści antypaństwowych, anarchistycznych, szerzących propagandę komunistyczną, podważających sens istnienia niepodległej Polski, naruszających ład społeczny czy dobre obyczaje. Po przewrocie majowym ograniczenia wolności prasy opozycyjnej były większe. Konfiskowano gazety i czasopisma, ulotki, plakaty, a nawet klepsydry, jeśli ich treść uderzała w politykę państwa. To była cenzura represyjna, polegająca na wycofaniu opublikowanych już materiałów z obiegu wydawniczego. Zdarzały się też napady na redakcje i drukarnie, demolowanie ich, a nawet pobicia dziennikarzy. W Berezie Kartuskiej na 18 miesięcy osadzono Stanisława Cata-Mackiewicza, wuja Kazimierza Orłosia, jednego z bohaterów mojej książki. Mimo wszystko w II Rzeczypospolitej dominował szeroki pluralizm – wielość niezależnych środowisk opiniotwórczych, gazet i czasopism o wszelkich odcieniach politycznych.

W PRL-u cenzura była prewencyjna. Nic nie mogło ujrzeć światła dziennego i być rozpowszechnione bez jej zgody, podwójnego stempla. Była wszechobecna i niemal tajna, a miliony Polaków nie miały pojęcia, jak głęboko wnika w rzeczywistość. Cenzurowano wszystko: od gazet i książek, przez filmy, spektakle, kabarety, po obrazy olejne i grafiki, nekrologi, korespondencję przychodzącą z zagranicy, mapy, utwory muzyczne, a nawet instrukcje obsługi maszyn i etykiety na słoikach z dżemem. Instytucja cenzury istniała w Polsce od 1944 do 1990 r. Odgrywała ona – jak mówi Tomasz Strzyżewski, człowiek, który zdemaskował komunistyczną cenzurę – rolę komórki kontroli jakości w fabryce kłamstwa tworzonej przez media. PRL-owska cenzura była niczym wielogłowa hydra lernejska. Występowała na wielu poziomach, ale głównie w głowach autorów (autocenzura), w wydawnictwach i redakcjach.

– Czy komunistyczni cenzorzy byli „wierzący”? To znaczy – czy z przekonania wykonywali swe obowiązki, czy może traktowali je jako sposób zarabiania na życie?

– Do pracy w cenzurze szli przeważnie ludzie cyniczni, koniunkturaliści. Dla przywilejów, mieszkań, talonów na samochody, dla pieniędzy. Za Bieruta i Gomułki wywodzili się z awansu społecznego, wierzyli w marksizm, przeważnie byli robotnikami z wyrobioną świadomością klasową, zdarzało się, że zasiadali za biurkiem prosto z budowy. W czasach stalinowskich nie mieli większych kwalifikacji umysłowych. W 1949 r. kierownik Głównego Urzędu Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk z Katowic żalił się: „Aparat nasz jest słaby”. „Cenzor musi doskonale orientować się w sytuacji politycznej kraju, jak i międzynarodowej (...). A tymczasem kogo my mamy? Tych, którzy łaskawie chcą do nas przyjść, a przychodzą głupi”.

Za Gierka mieli już przeważnie wyższe wykształcenie. Byli humanistami: polonistami, historykami, filozofami. Jan Krzysztof Kelus, odznaczony niedawno przez Prezydenta RP Orderem Orła Białego, napisał piosenkę „Pytania, których nie zadam”: „Powiedz, co robi naprawdę filozof w cenzurze?/ Życie jest, bracie, życie,/ a tam – czysta nie czysta/ zamiast cztery osiemset na rękę osiem czterysta”. Byli kastą wybraną i bezkarną. Jeśli popełniali przestępstwa, np. prowadzili po pijanemu auto, uchodziło im to na sucho. Legitymacja chroniła ich przed odpowiedzialnością, jak dzisiaj immunitet poselski.

– Jak informacje o cenzurze w PRL-u przedostawały się na Zachód? Czy wśród cenzorów byli ludzie zbuntowani, wewnętrzni „zdrajcy”?

– Tajemnice komunistycznej cenzury ujawnił Tomasz Strzyżewski. Przez 18 miesięcy pracował w krakowskiej delegaturze cenzury. W drukarni prasowej konspiracyjnie przepisywał Księgę zaleceń i zapisów cenzorskich. Nikogo nie wtajemniczał w swe plany. Notatki ukrywał w domu, w szafie na ubrania, w skrytce za dyktą. W marcu 1977 r. wsiadł na prom ze Świnoujścia do Ystad. Dokumenty ukrył pod koszulą, marynarką i płaszczem. Niczym James Bond przemycił je do Szwecji, gdzie zaczął udzielać wywiadów. Z łamów polonijnych „Wiadomości Polskich”, szwedzkiego dziennika „Dagens Nyheter”, francuskiego wydania „Reader’s Digest”, ale przede wszystkim z wywiadów w Radiu Wolna Europa (od marca 1978 r.) świat dowiadywał się o zbrodniach, jakich dokonywali polscy cenzorzy na słowie, obrazie i dźwięku. Nie znam innego „antycenzora” poza Tomaszem Strzyżewskim. Jego historia nadaje się na scenariusz filmu sensacyjnego. Ryzykował życiem i w wolnej Polsce powinien dostać Order Orła Białego.

– Czy zna Pan jakieś zabawne anegdoty związane z cenzurą?

– Najzabawniejsze historie zdarzały się w latach 50. ubiegłego wieku Jeden z cenzorów zażądał od wydawcy z Częstochowy praw autorskich do dzieł św. Tomasza z Akwinu. Inny nie dopuścił do druku wiersza Mikołaja Reja, bo nie zrozumiał staropolszczyzny. Uznał, że nie jest to język polski. Ale za Gierka nie brakowało równie groteskowych sytuacji. W połowie lat 70. cenzor wstrzymał druk książki naukowej prof. Stanisława Byliny, byłego dyrektora Instytutu Historii PAN, o ruchach heretyckich w średniowieczu, o paleniu czarownic na stosach, bo skojarzyły mu się z procesami prześladowanych robotników i KOR-em. Analogii z rzeczywistością społeczno-polityczną cenzorzy dopatrywali się także w książkach o zwyczajach ludów afrykańskich czy o prehistorycznych gadach, jakby to były alegorie systemu totalitarnego na miarę „Folwarku zwierzęcego” Orwella.

Jan Pietrzak opowiadał mi, jak przepychał się z cenzorami nawet na słowa. Kiedy w Rzeszowskiem panowały zaraza i pomór krów, cenzura zdjęła mu tekst o czarnej krowie w kropki bordo, która kręci mordą. Pietrzak nie znał przyczyny tej ingerencji i zrobił cenzorowi awanturę: „Proszę pana, co to za bzdury? Co pan, krowy nie widział? O co chodzi?” – pytał. W odpowiedzi słyszał tylko: „Nie wolno, nie wolno”. Stefan Kisielewski z kolei – któremu cenzura zniszczyła niemal 90 proc. twórczości – był tak załamany, że postanowił dla „Tygodnika Powszechnego” napisać felieton obojętny politycznie, aby mu tylko wydrukowali. Opisał swój spacer po lesie. Cenzor zabronił publikacji. Odczytał to jako wezwanie do walki partyzanckiej! Nic dziwnego, że „Kisiel” nazywał rządy cenzorów dyktaturą ciemniaków.

– Do jakich sztuczek uciekali się redaktorzy, by wywieść w pole cenzorów?

– Twórcy na różne sposoby próbowali wykiwać cenzurę. Marcin Wolski twierdzi, że w urzędzie cenzury istniały pewne reguły gry i dawało się jakoś to rozgrywać. Zapewnia, że udawało mu się przepychać kolejne programy, ale trzeba było mieć cenzora życzliwego, nie wroga. Dlatego starał się z nimi zaprzyjaźnić. Z jednym chodził nawet na wódkę i dwa razy u niego nocował. Cenzor ten ciągle podkreślał, że ma żonę i dzieci, więc trzeba było wynegocjować z nim taki kompromis, przy którym mógł udawać idiotę. Kogoś, kto nie zrozumiał aluzji i metafory. Tak opowiadał mi Wolski, ale ja w jego wizję cenzury nie wierzę. To nie był doskonały system, jak w Związku Sowieckim, ale dosyć szczelny. Mam dowody na to, że to nie twórcy robili w konia cenzorów, tylko odwrotnie. Tak było z obecnym profesorem warszawskiej ASP Lechem Majewskim. Zaprojektował on okładkę do płyty Tadeusza Nalepy „Sen szaleńca”. Wymyślił rozchylone na kształt litery V (symbolu zwycięstwa nad „komuną”) stopy leżącego bluesmana. Między palcami jednej z nich płonęła kartka na mięso, symbol stanu wojennego. Cenzura zabroniła druku okładki, więc Majewski zwinął karton i poszedł z Nalepą na Mysią 3, do dyrektora Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Przyjął go zastępca, Witold Gawdzik, z wykształcenia nauczyciel, autor słynnej „Ortografii na wesoło i na serio”, podpisywanej pseudonimem Profesor Przecinek. Majewski szczęśliwy wrócił do dyrektora Polskich Nagrań, ale ten, ku jego zaskoczeniu, powiedział: „Ja tego nie wydam. Dali wam zgodę na druk, ale nie na rozpowszechnianie”. Tak „na wesoło” cenzor wykiwał artystów.

– Czy w dzisiejszych czasach zdarzają się spektakularne przeprosiny ze strony ludzi dawnego reżymu?

– Przeprosiny? Cenzorzy nigdy nie ponieśli konsekwencji za zbrodnie, jakich dokonywali na słowie, obrazie czy dźwięku. Mieszkają w Polsce albo na emigracji i szczęśliwie dożywają ostatnich lat, jak byli naziści w Ameryce Południowej. Gdy pisałem książkę „Knebel. Cenzura w PRL-u”, najtrudniej było mi dotrzeć właśnie do byłych cenzorów. Nie chcieli rozmawiać. Zasłaniali się brakiem pamięci. Niektórzy byli bezczelni, jak Andrzej Hampel, w stanie wojennym sekretarz propagandy KW PZPR w Łodzi, działacz PRON i redaktor naczelny komunistycznego „Głosu Robotniczego”, a także łódzkiej telewizji. Przed laty wyemigrował do Szwecji. Kiedy zadałem mu drogą mejlową kilka pytań, w odpowiedzi odesłał mnie do gminy żydowskiej i napisał, że g... kogokolwiek obchodzi, co w życiu robił. Niektórzy byli cenzorzy nadal mają wpływ na politykę medialną w Polsce, co jest skandalem! Mój znajomy, dziennikarz z Łodzi – przez lata nie wiedziałem, że był cenzorem – pracuje w Biurze Prasowym Urzędu Marszałkowskiego.

– Jak zachowują się pracownicy dawnej cenzury w rozmowie na temat np. wolności słowa w dzisiejszych czasach?

– Nie chcą o tym rozmawiać. Mam tylko naiwną nadzieję, że z powodu wstydu za zbrodnie, których dokonali.

– Na koniec proszę o kilka słów na temat cenzury stanowiącej knebel dla „Niedzieli”. Przeprowadził Pan przecież wywiady i z redaktorem, i z cenzorem „Niedzieli”.

– Zapoznałem się z dokumentacją ingerencji cenzorskich, którą ks. Ireneusz Skubiś przechowuje w czterech pękatych teczkach. To jest materiał porażający, anatomia zbrodni. Po 1981 r., kiedy władze komunistyczne po 28 latach (sic!) ponownie zgodziły się na wydawanie „Niedzieli”, tygodnik miał permanentne kłopoty z cenzurą. W opolskiej delegaturze Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk wycinano całe artykuły, akapity, zdania. Ks. Skubiś kieruje się chrześcijańskim miłosierdziem i powiada, że cenzorzy „nie byli tacy źli”, ale „służyli wiernie reżimowi kłamstwa”. Ja nie mam wątpliwości, że byli oni zbudowani z bardzo lichego materiału, typowo rozdwojeni „homo sovieticus”. Potajemnie chrzcili dzieci – zapalali świeczkę Panu Bogu, ale służąc królestwu kłamstwa, diabłu przeznaczali ogarek.

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama