Właściwy kierunek najlepiej odnaleźć w sobie

Głos ojca Pio 106/4/2017

Uważam, że nie ma przypadków. Co nie znaczy, że wszystko jest zaplanowane i zdeterminowane. Taka jest odpowiedź świata na to, co robimy, na nasze intencje i czyny. To znaki, które daje nam Pan Bóg – mówi podróżnik Marek Kamiński

Zachęca Pan, żeby iść własną drogą przez życie. Jak wytyczyć właściwy kierunek?

- Właściwy kierunek najlepiej znaleźć w sobie. Nie szukać go na zewnątrz, ale starać się zrozumieć samego siebie. Odpowiedzieć na pytania: Kim jestem? Dokąd idę? To bardzo ważne.

Motywuje Pan do takiego postępowania, mówiąc, że jeśli człowiek pójdzie za głosem serca i uwierzy we własne marzenia, to Pan Bóg podwójnie wynagrodzi mu to szczere zaangażowanie i nonkonformizm.

- Tak uważam. Mnie to spotkało. Wielokrotnie starałem się podążać za marzeniami, czasami traciłem dosłownie wszystko, wydawało się, że to nie ma zupełnie sensu, bo ta droga donikąd nie prowadzi.

Nigdy nie spodziewałbym się, że dotrę na bieguny. Rzuciłem wtedy studia i postawiłem wszystko na jedną kartę, ponieważ chciałem być wierny sobie. W pewnym momencie mego  pobytu na emigracji, gdy nie miałem nawet pracy, która zapewniałaby utrzymanie, pomyślałem, że z marzeń o podróżach już nic nie wyjdzie. A jednak okazało się, że za dotrzymanie im wierności Pan Bóg wynagrodził mnie podwójnie.

Podróż jest metaforą życia. Ludzie wyruszają w nią, żeby odkryć jego sens. Uwidacznia się to szczególnie na pielgrzymich ścieżkach, które wiodą do Santiago de Compostela. Również Pan wyruszył, by zdobyć ten duchowy biegun.

- Droga mnie zawołała. Odkryłem jej głos w sobie i zapragnąłem nią pójść, chociaż wszyscy mówili, że nie ma sensu zostawiać rodzinę na kilka miesięcy. Argumentowali, że przecież wielu ludzi już tę drogę przeszło, więc po co mam tam iść. Ja jednak wierzyłem, że to ma sens, choć nie do końca potrafiłem go sprecyzować.

Podczas podróży, tak jak w życiu, zdarzają się nieprzewidziane sytuacje. Jak je Pan postrzega? Czy wierzy Pan w przypadek?

- Nie wierzę w przypadek. To znaczy uważam, że przypadek to inna nazwa na działanie Pana Boga albo czegoś więcej, co przekracza zdolności pojmowania naszego rozum. Używamy tego pojęcia, gdy nie umiemy zachodzących zdarzeń zrozumieć i wytłumaczyć. Czasami ten „przypadek” jest zastanawiający, daje nam do myślenia.

Moim zdaniem, nie ma przypadków. Co nie znaczy, że wszystko jest zaplanowane i zdeterminowane. Taka jest odpowiedź świata na to, co robimy, na nasze intencje i czyny. To znaki, które daje nam Pan Bóg. Warto być uważnym, żeby ich nie przegapić, a potem starać się odczytać, co On w ten sposób chce nam powiedzieć.

Na Camino przydarzyło się Panu sporo „przypadkowych” sytuacji i spotkań z ludźmi. Jak je Pan odczytał?

- Odczytywałem je jako głos Pana Boga. Wyczuwałem jedność świata, w którym nikt nie jest samotną wyspą, bo druga osoba to inne „ja”. W napotkanych ludziach dostrzegłem Chrystusa...

Podczas Camino spotkało mnie wiele zdarzeń, które miały mnie nauczyć czegoś o życiu. Spotkałem np. mężczyznę, który o mnie powiedział: „ten człowiek odkrył w życiu wszystko oprócz siebie”. Na początku się z tym nie zgadzałem, przecież byłem na tylu wyprawach, zdobyłem dwa bieguny. Ale potem, kiedy zacząłem się nad tym zastanawiać, pomyślałem, że on ma rację. Dzięki rozmowom ze spotkanymi po drodze ludźmi dowiedziałem się wiele o świecie i o sobie.

Czy do rozpoznawania subtelnych znaków od Boga musimy być odpowiednio przygotowani?

- Pan Bóg nas do tego uzdatnia. Nie od nas to zależy. Choćbyśmy nie wiem jak się starali, nigdy się do pewnych rzeczy nie przygotujemy. Ważna jest otwartość i decyzja wyruszenia w drogę, a potem poprowadzi już Pan Bóg.

Oczywiście przygotowań nie można zupełnie zaniechać. Mnie na przykład bardzo pomogło uczestnictwo w duchowych ćwiczeniach św. Ignacego Loyoli, praca z kierownikiem duchowym albo z osobami, które mają rozeznanie w życiu duchowym. Trzeba jednak uważać, ponieważ nadmiar wiedzy – jak zauważyłem – szkodzi w sprawach duchowych. Ważne jest, by dojrzeć do decyzji rozpoczęcia drogi, ponieważ więcej się podczas niej nauczymy niż przez lata przygotowań.

Zrozumienie przypadków, które nam się przytrafiają, nie zawsze przychodzi od razu. Niekiedy potrzeba czasu, żeby pojąć ich znaczenie...

- Nie wszystko jest od razu oczywiste. Czasem trzeba poczekać, żeby zrozumieć to, co przeżyliśmy.

Trzeba myśleć o tym, co nas spotkało?

- Tak, rozważać w duchu. Kiedy poszedłem na dwa bieguny w jednym roku, nie przypuszczałem, że owocem tej wędrówki będzie wyprawa z Jaśkiem Melą. Ich zdobycie tak naprawdę dopiero przygotowało mnie do niej. Kiedy ja myślałem o końcu drogi, ona tymczasem się zaczynała. Chociaż wtedy nie mogłem tego wiedzieć.

Koniec drogi jest początkiem innej?

- Tak, koniec jednego życia, jest początkiem innego. I ten początek jest ważniejszy niż koniec.

Jaką rolę w rozpoznawaniu kolejnych początków w życiu pełni intuicja?

- Intuicja jest nierozerwalnie połączona z uważnością. Jej istota polega na byciu obecnym tu i teraz. Jeśli w pełni żyjemy daną chwilą, możemy wychwytywać sygnały i je interpretować. Intuicja dla mnie jest fundamentem.

W jakich sytuacjach warto się na nią zdać?

- Kiedy coś nie jest oczywiste. Stoimy na rozdrożu i wahamy się, w którą stronę pójść, a rozum nie jest w stanie nam tego podpowiedzieć…

Kierowanie się intuicją nie jest jednak wcale łatwe. Zdarza się bowiem, że pojawia się fałszywe przeczucie, które prowadzi nas na manowce. Z intuicją jest tak samo jak z rozpoznawaniem głosu Pana Boga, który mówi cicho i subtelnie.

W jaki sposób odróżnić dobrą intuicję od fałszywej? Jak ich nie pomylić?

- Warto w ciszy rozważać natchnienia. Wsłuchać się w siebie. Prosić Pana Boga o łaskę, aby pozwolił nam wybrać. Nie ma prostych narzędzi. Co więcej, z intuicją najlepiej pracować na co dzień, żeby można było na nią liczyć, kiedy zaistnieje taka potrzeba.

Fałszywa intuicja prowadzi nas do zaspokajania zachcianek, marzeń o władzy, pieniądzach i pożądaniu.

Co Panu dało kierowanie się intuicją?

- Intuicja dała mi wszystkie wyprawy. W pewnym sensie dała mi też żonę i dzieci. Wszystko jej zawdzięczam. I oczywiście Panu Bogu.

Czy można mówić o łączności intuicji z siłą wyższą?

Tak, jeżeli intuicja łączy się z dobrymi intencjami albo z zawierzeniem naszego życia Panu Bogu. Zależy, czego w życiu pragniemy. Ona właśnie tam nas zaprowadzi.

W książce „Idź własną drogą” opowiada Pan o „cudzie łyżeczki”. Za tą historią tak naprawdę stoi wierność małym rzeczom… To jest ten rodzaj intuicji, za którą nas Pan Bóg wynagrodzi?

- W „cudzie łyżeczki” bynajmniej nie chodzi o jej znalezienie, ale o całą drogę, kiedy najpierw trzeba się czegoś wyrzec.

Czy to prawda, że podczas wędrówki do Santiago de Compostela doświadczył Pan ciemnej nocy duszy?

- Tak było.

Kiedy człowiek w takim stanie wędruje przez świat,  czy jest zdolny do tego, by odczytywać znaki od Pana Boga i na nie odpowiadać, kierując się intuicją, którą Pan nazywa duchowym DNA?

- Kiedy zostaniemy odarci ze wszystkiego, wtedy pojawia się miejsce, żeby wyraźniej usłyszeć głos Pana Boga. Dzięki temu możemy rozważnie wybrać: czy pójść w kierunku ciemności i w niej pozostać, czy też zwrócić się w stronę światła. Bo w zwykłych warunkach zbyt wiele dzieje się wokół nas i przykuwa naszą uwagę, zakłócając rzeczywiste widzenie.

Powiedział Pan, że kiedy uczeń jest gotowy, to wtedy przychodzi też nauczyciel. Czy właśnie po to wyruszył Pan na Camino, żeby się przygotować do takiego spotkania?

- Wyruszyłem w tę wędrówkę, ponieważ usłyszałem w sobie wołanie drogi. Trudno to racjonalnie wytłumaczyć. Ale też na pewno jednym z powodów – ukrytym w podświadomości – była chęć spotkania się z Mistrzem – Bogiem, Jezusem.

Czy od dawna poszukuje Pan Boga?

- Nasze życie polega na poszukiwaniu. Pana Boga nie można znaleźć raz na zawsze. Wiara jest drogą. Jeśli raz człowiek na nią wstąpi, to potem często już całe życie na niej pozostaje. Czasem jednak różne okoliczności sprawiają, że zaciera się kontakt z Panem Bogiem i wtedy potrzeba impulsu, by go na nowo ożywić. Bez wątpienia było nim Camino.

Co wyjątkowego jest w drodze do Santiago de Compostela?

Ona jest jakby z innego świata, zupełnie różna od rzeczywistości, w której na co dzień żyjemy. Na niej znacznie częściej zdarzają się cuda niż w normalnym życiu. Ale też przydarza się tam znacznie więcej upadków, z tym że prowadzą one do dobrego.

Camino to droga przemiany, która odbywa się poprzez spotkania z ludźmi, rozmowy o życiowych problemach czy trudnych kwestiach oraz znaki wymagające odczytania. Jeżeli człowiek ma trudności z odnalezieniem własnej drogi w codziennym życiu, to na pewno Camino może być dobrym początkiem poznania prawdy o sobie.  

Do podobnej podróży, skrojonej na miarę możliwości, zapraszam młodzież podczas organizowanych przeze mnie Obozów Zdobywców Biegunów. W ciągu dwunastu dni uczestnicy mają szansę poczuć, czym jest słuchanie głosu własnego serca i poszukiwanie własnej życiowej ścieżki. Uczymy, w jaki sposób poprzez motywację, wizualizację przyszłości i stawianie sobie celów można umocnić poczucie własnej wartości. Poprzez mini-wyprawy w wyimaginowane zakątki świata, uczestniczenie w aktywnościach ruchowych i warsztatach psychologicznych inspirujemy, wzmacniamy i dodajemy wiary we własne siły. Pokazujemy dzieciom, jak nabyte podczas obozu umiejętności i narzędzia motywacyjne wykorzystywać do czerpania z własnego wnętrza, do podążania za marzeniami i dalszego samorozwoju.

Co Pan robi, kiedy nie wszystko podczas wyprawy przebiega według planu?

- Staram się zaakceptować to, co przynosi życie. Oczywiście działam tak, żeby plan się spełnił, ale też nie zakładam, że mam kontrolę nad światem i wszystko musi pójść po mojej myśli. Jeśli coś nie idzie według planu, zastanawiam się, dlaczego tak się dzieje: czy muszę się bardziej zaangażować, czy jestem winny, a może pojawił się znak, że powinienem się jeszcze czegoś nauczyć. Generalnie próbuję zaakceptować zmianę, bo być może plan Pana Boga jest lepszy od mojego.

I wtedy zgadza się Pan na niego?

- Tak.

Wśród trzech najważniejszych sposobów przeżywania życia – oprócz akceptacji i uważności – wymienia Pan wdzięczność. Komu Pan ją okazuje?

- Panu Bogu przede wszystkim. Za to, że żyję. Że jest tak, jak jest. Nie należy koncentrować się na tym, czego nam brakuje, ale na tym, co mamy. A mieć życie to bardzo dużo. Nie sobie przecież je zawdzięczamy.

Często powołuje się Pan na Małego Księcia, który powiedział, że najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Dla podróżnika mogłoby to być zabójcze zdanie, bo podważa sens jakichkolwiek wypraw. Tymczasem Pan je przyjął za własne i pokazał, wyruszając na Camino, że najważniejsze do odkrycia jest w nas.

To zdanie nie mówi, że świat zewnętrzny jest nieważny. To, co widoczne dla oczu, może nas prowadzić to odkrycia niewidocznego. Spotkania z ludźmi, usłyszane od nich słowa, ujrzane podczas wędrówek obrazy mogą być życiowym drogowskazem. Oczywiście nie trzeba podróżować, ale podróż może pomóc w zrozumieniu świata wewnętrznego. Poznajemy przecież także przez zmysły i one również mogą prowadzić nas w stronę dobra. Uzmysłowiły mi to wyprawy na biegun, wiele się podczas nich nauczyłem. Gdybym pozostał w domu i nic się wokół mnie nie zmieniało, nie mógłbym tego wszystkiego poznać.

Hartując ciało, hartował Pan równocześnie swojego ducha?

- Przygody ciała prowadziły mnie do przygód duchowych. Wyprawa na biegun była wstępem do wyprawy na biegun wiary.

Wędrówka do lepszego poznania siebie działa się zatem od samego początku?

- Oderwanie się od ciągłej gonitwy za dobrami tego świata dawało czas na życie wewnętrzne. Przestrzeń wolna od codziennego zgiełku była okazją, by stanąć w prawdzie wobec siebie.

Po pierwszej wyprawie na biegun poczuł Pan potrzebę pomagania. Za kolejną wyprawą stał już jasno wyznaczony charytatywny cel, a przecież można było poprzestać na własnych sukcesach i nie martwić się o potrzebujących.

- W pewnym momencie poczułem, że zdobywanie świata dla samego siebie jest puste. Sukces ma o tyle sens, jeżeli możemy się nim podzielić z innymi. Pomyślałem, że nie ubędzie mi splendoru, jeśli przy okazji będę pomagał. Sukces dla samego siebie przestał mi smakować.

Czym zatem kierować się w życiu, żeby dotrzeć do celu? Jak nie zejść z raz obranej drogi?

- Rozmawialiśmy o tym na początku: być wiernym sobie, szukać w sobie Pana Boga, odnaleźć Jego głos i za nim podążać.

 

Marek Kamiński ­– polarnik, podróżnik, przedsiębiorca. Jako pierwszy zdobył oba bieguny Ziemi w ciągu jednego roku: 23 maja 1995 roku wraz z Wojciechem Moskalem dotarł na biegun północny, a 27 grudnia 1995 roku zdobył samotnie biegun południowy. W 1996 roku założył Fundację Marka Kamińskiego, której zadaniem jest m.in. pomoc osobom potrzebującym i niepełnosprawnym oraz tworzenie programów edukacyjnych. Dzięki niej poznał Jaśka Melę, niepełnosprawnego chłopca z Malborka, z którym wyruszył na biegun.

 

„Głos Ojca Pio” [106/4/2017] - www.glosojcapio.pl

 

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama