Przemoc w walce z „przemocą”

Niedziela 44/2017

Z pozoru niewinna, słuszna i potrzebna, ustanowiona w 2011 r. w Stambule jako dokument Rady Europy. Polska ratyfikowała ją podpisem prezydenta Bronisława Komorowskiego w kwietniu 2015 r. (zaczęła obowiązywać od 1 sierpnia tegoż roku). Konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej ma służyć ochronie ofiar tej przemocy oraz skutecznemu ściganiu i karaniu jej sprawców, a także zwalczaniu szeroko pojętej dyskryminacji wobec kobiet

 

Twórcy konwencji stambulskiej wyszli z założenia, że aby doprowadzić do równouprawnienia między kobietami i mężczyznami, trzeba zlikwidować każdy przejaw przemocy ze względu na płeć. Jej krytycy właśnie z tego powodu obawiają się niebezpiecznych nadużyć.

Dokument ten, zaproponowany przez dominujące we współczesnej Europie środowiska lewicowo-liberalne, jest od początku – mimo szczytnych założeń – krytykowany przez opozycyjne środowiska prawicowe, które twierdzą, że ta „konwencja przykryta piękną nazwą” najzwyczajniej wprowadza w błąd, bo w istocie będzie szkodliwa dla przyszłości społeczeństw i narodów.

W Polsce dominujące media przekonywały, że nieratyfikowanie tego dokumentu będzie wręcz równoznaczne z zaniechaniem ochrony kobiet, ze wzrostem przemocy. Tego rodzaju argumenty nagłaśniane mocno w polskiej debacie – najwyraźniej przebijała się w niej propaganda gender, w której szafowano zakłamaniem – doprowadziły poprzedni rząd do jednego z ostatnich jego „sukcesów”, czyli do pospiesznej ratyfikacji tej skrajnie kontrowersyjnej konwencji.

W polskiej dyskusji przedratyfikacyjnej nie negowano, oczywiście, pozbawionego refleksji entuzjazmu premier Ewy Kopacz, iż jej drużyna nigdy nie wyrazi „zgody na gwałt, na ograniczanie wolności”, mimo że przecież padały – także ze strony członków rządu PO-PSL – bardzo poważne zastrzeżenia co do istoty konwencji i jej znaczenia dla przyszłości narodu.

Ostrej krytyce poddali ją wtedy przede wszystkim posłowie PiS; dostrzeżono w niej zbyt szeroko uchyloną furtkę dla szerzenia lewackiej ideologii gender. W sejmie Małgorzata Sadurska mówiła np. o niszczącym wpływie wprowadzania w życie założeń konwencji – czyli o forsowaniu sprowadzonej do absurdu równości płci – na wychowanie młodego pokolenia, które będzie wszelkimi sposobami, w majestacie międzynarodowego prawa, poddawane praniu mózgów na rzecz środowisk homoseksualnych.

Ostrzegano, że konwencja stambulska to mistyfikacja, bo pod płaszczykiem pięknych humanistycznych idei w istocie kryje się destrukcja człowieka. Mówiono wprost o przemyślanym „niszczeniu narodu”.

Ówczesny kandydat na prezydenta Andrzej Duda apelował do prezydenta Bronisława Komorowskiego o nieratyfikowanie konwencji stambulskiej, gdyż uważał ją za akt jawnie szkodliwy dla Polski. Wszystko na próżno. Dokument ten do dziś obowiązuje, mimo trwających już od ponad 2 lat rządów Zjednoczonej Prawicy. A teraz staje się jeszcze bardziej groźny, ponieważ jego oddziaływanie zostało we wrześniu br. wzmocnione ratyfikacją przez UE.

Konwencja genderowa nie chroni kobiet

Polski Instytut na rzecz Kultury Prawnej „Ordo Iuris” od początku drobiazgowo zajmował się analizą treści konwencji stambulskiej, informował o tym, czym tak naprawdę jest ten dokument o zwodniczo pięknym tytule, który, niestety, nie ma nic wspólnego z celami wyłożonymi w jego pierwszych słowach.

W 2014 r. powstał specjalny raport Instytutu „Ordo Iuris”, w którym przedstawiono kompleksową analizę stanu rzeczy, pt. „Czy Polska powinna ratyfikować Konwencję Rady Europy o zapobieganiu i przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej?”. Stwierdzono w nim, w oparciu o konkretne fakty, że gdy chodzi o rozwiązania prawne – czyli np. pomoc prawną, zabezpieczenia kobiet przed przemocą – konwencja stambulska nie wnosi niczego nowego, w niczym nie ulepsza polskich regulacji, ponieważ stosowne zabezpieczenia już od dawna są obecne w polskim porządku prawnym.

– Nietrudno udowodnić, że ten system walki z przemocą wobec kobiet, który mamy w Polsce – mówi dr Joanna Banasiuk, wiceprezes Zarządu Instytutu „Ordo Iuris” – okazuje się najbardziej skuteczny w Europie, a mamy na to dowody w postaci danych pochodzących z Agencji Praw Podstawowych UE, która przebadała w sposób systemowy zjawisko przemocy wobec kobiet w całej Unii.

Z tych właśnie unijnych badań wynika, że to właśnie w Polsce jest najniższy odsetek przemocy wobec kobiet (19 proc. przy średniej unijnej 33 proc.). Paradoksalnie najwyższy poziom tej przemocy odnotowuje się w państwach, które stosują genderowy, rodzajowy sposób pojmowania przemocy, czyli taki, jaki chce się rozpropagować w konwencji stambulskiej. W państwach z długoletnią tradycją genderową wskaźniki przemocy wynoszą nawet 50 proc.

W rezolucji ratyfikacyjnej konwencji stambulskiej przyjętej niedawno przez Parlament Europejski pojawia się niezwykle nowatorski wymysł, tzw. indeks równości rodzajowej, który ma wyrokować o kwalifikowaniu państw pod względem poziomu przemocy związanej z płcią. – Jest on wręcz gloryfikowany – mówi dr Banasiuk – i twierdzi się, że państwa, które mają najwyższy poziom tej równości rodzajowej, najbardziej chronią kobiety. Tymczasem badania pokazują przecież, że jest dokładnie odwrotnie. Te państwa, które mają najwyższy poziom tejże równości rodzajowej (Szwecja, Finlandia, Dania), mają najwyższy wskaźnik przemocy wobec kobiet!

Pseudoprawa i potrzeba stanowczej kontrnarracji

Nie można powiedzieć – zaznacza dr Banasiuk – by w państwach, w których wskaźnik przemocy wobec kobiet jest najwyższy, ta przemoc była inaczej pojmowana lub by pieczołowiciej kwalifikowano zachowania napastników. W badaniach Agencji Praw Podstawowych – o których Parlament Europejski dziś uparcie milczy, gdyż są one dla nowych pomysłów „udoskonalających” Unię po prostu niewygodne – zastosowano bardzo precyzyjną metodologię naukową; pytania zadawane kobietom były bardzo szczegółowe i precyzyjne, np.: Czy ciągnięto panią za włosy? Czy mierzono do pani pistoletem? Czy cięto ostrym przedmiotem?... Pytania zadawane kobietom były we wszystkich państwach członkowskich UE dokładnie takie same.

To właśnie na podstawie zebranych w ten sposób danych okazuje się, że Polska ma najniższy poziom przemocy wobec kobiet w całej UE.

Wobec przyłączenia się Unii Europejskiej do konwencji stambulskiej i prawdopodobnego nasilenia kampanii genderowo-antyprzemocowej warto przypominać – co metodycznie robi Instytut „Ordo Iuris” – że rozwiązania genderowe, które np. w Szwecji obowiązują od kilkudziesięciu lat, są w rzeczywistości kontrskuteczne, zaś wszelkie próby wywierania nacisku na ratyfikację konwencji stambulskiej są sprzeczne z prawem traktatowym UE i pozostają w sprzeczności z porządkami konstytucyjnymi poszczególnych państw.

Należałoby też zwrócić szczególną uwagę na podejmowaną już głosami z Brukseli próbę kreowania pseudoprawa do aborcji, mimo że w żadnym dokumencie rangi europejskiej ani w jakichkolwiek dokumentach o charakterze międzynarodowym, choćby np. w dokumentach ONZ, takie ponadnarodowe prawo nie istnieje. Polska dobrej zmiany także w tych sprawach powinna stosować bardziej stanowczą kontrnarrację.

Dlaczego Polska powinna pilnie wypowiedzieć konwencję stambulską?

Podczas seminarium „Przeciw «przemocy», czy przeciw rodzinie. Dlaczego Polska musi wypowiedzieć konwencję stambulską”, zorganizowanego z inicjatywy Marka Jurka, posła do Parlamentu Europejskiego i prezesa Prawicy Rzeczypospolitej, podano wiele znanych już od dawna powodów oraz ten, który pojawił się dopiero we wrześniu br.

– Gdy do konwencji przystępuje UE, mamy do czynienia z zupełnie nową sytuacją – mówi Marek Jurek – bo teraz to UE będzie pilnować państw, czy realizują jej założenia. A UE zyskuje dodatkowy instrument ingerencji w politykę państw członkowskich. Dostaje dodatkowy element nacisku również w dziedzinach, które do tej pory nie były objęte traktatami.

Można zatem oczekiwać, że lewicowo-liberalnie zaangażowane kierownictwo UE już wkrótce zacznie domagać się bezwzględnego wykonywania zapisów konwencji stambulskiej przez te kraje członkowskie, które już ją ratyfikowały. Wraz z ratyfikacją Unia zyskuje nowe kompetencje, może np. nadzorować wykonanie art. 14 konwencji, który zobowiązuje do wykonywania jej założeń na terenach szkół, może wymagać obowiązku wpajania dzieciom tzw. niestereotypowych ról społeczno-kulturowych oraz pogardy wobec tradycyjnej rodziny i jej lekceważenia.

Bez wątpienia mamy tu do czynienia z zagrożeniem wolności, zagrożeniem swobody wychowywania dzieci. Sama konwencja niejako z góry zakłada i uprawomocnia tego rodzaju zagrożenia i w art. 4 asekuruje się: „Koniecznych środków, które będą używane do wykonywania tej konwencji, nie można traktować jako dyskryminację”. W tej pokrętności mamy całkiem realną groźbę. Cała konwencja dopiero wraz z jej ratyfikowaniem przez UE – choćby tylko w zakresie ograniczonym do koordynacji polityk wymiaru sprawiedliwości, jak to zapisano w dokumencie ratyfikacyjnym – nabiera naprawdę groźnej realności, a zapowiada dalszą destabilizację i ogólny zamęt w europejskich głowach.

UE interpretuje przepisy konwencji stambulskiej do bólu konkretnie. W art. 4 rezolucji ratyfikacyjnej mówi się wprost, że odmowa zapewnienia legalnej aborcji stanowi formę przemocy wobec kobiet i dziewcząt. W tym samym art. 4 wzywa się wszystkie państwa członkowskie do zagwarantowania legalnej aborcji. Francuska współsprawozdawczyni dokumentu ratyfikacyjnego Christine Revault D’Allonnes Bonnefoy po uchwaleniu rezolucji z radością oświadczyła: „Teraz można już uznać, że aborcja stała się prawem na skalę europejską”.

Co dalej?

Większość państw Europy (aż 20!) nie ratyfikowała konwencji stambulskiej, w tym większość krajów Europy Środkowej, od Bułgarii po Estonię. Polska za sprawą poprzedniego rządu znalazła się w nadgorliwej mniejszości.

Teraz, jak mówi eurodeputowany Marek Jurek, stoimy w godzinie prawdy. Nietrudno przewidzieć, pod jaką presją znajdą się te państwa unijne, które oparły się ratyfikacji dokumentu, ponieważ odważyły się uznać ją za niekorzystną dla własnych narodów.

Po ratyfikacji konwencji stambulskiej przez Parlament Europejski europoseł Jurek zaapelował do polskiego rządu, aby jak najszybciej podjęto prace nad jej wypowiedzeniem przez Polskę. I co ważne, żeby natychmiast zawiadomić o tym właśnie państwa, które jej nie ratyfikowały. To powiadomienie byłoby, jego zdaniem, ważnym gestem solidarności i wzmocnieniem tychże państw wobec nacisków, których wkrótce mogą się spodziewać ze strony Brukseli.

Marek Jurek, wspierany przez szerokie środowiska prawicowe, proponuje ponadto szczególne wzmocnienie głosu tych właśnie państw i przywrócenie równowagi w debacie europejskiej poprzez wspólną propozycję Konwencji Praw Rodziny. Najwyższa pora – mówi eurodeputowany – żeby Polska zaproponowała państwom podobnie myślącym, lecz niedopuszczanym do głosu w europejskiej debacie, podjęcie prac nad taką konwencją. Podstawą Konwencji Praw Rodziny powinny być założenia Karty Praw Rodziny zaproponowanej państwom oraz organizacjom międzynarodowym przez Jana Pawła II prawie 30 lat temu.

Powstanie takiej konwencji uruchomiłoby międzynarodowy proces wsparcia każdego państwa, które chce chronić swe rodziny i możliwość wychowywania następnych pokoleń według swojej woli i sprawdzonych tradycji. Zamiana konwencji stambulskiej na Konwencję Praw Rodziny nawet tylko w wymiarze regionalnym byłaby fundamentalnie dobrą zmianą.

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama