Postklerykalizm i utracona wiarygodność

Życie duchowe - Zima 93/2018

W obecnej sytuacji Kościoła nie widzę dla nas, duchownych, innej drogi wyjścia z klerykalizmu i plemiennej zawziętości jak „zwrócenie karabinu świeckim”.

Jacy księża są teraz potrzebni?

Wychodzenie z klerykalizmu nie oznacza, jak wcześniej wspomniałem, przejmowania przez świeckich funkcji liturgicznych ani też zastępowania księdza podczas nabożeństw czy przy rozdawaniu Komunii. Postklerykalizm wiąże się dla mnie z nadaniem wyjątkowej rangi posłudze miłosierdzia, ludzkim relacjom, materialnemu i psychicznemu wsparciu człowieka w potrzebie, z wyjściem z sanktuariów.

Ksiądz jako funkcjonariusz instytucji publicznej nie jest potrzebny Kościołowi. Obraz pasterza z przywilejami, świadczącego odpłatne usługi, desperacko walczącego o popularność, niedojrzałego w relacjach i uwikłanego w walkę partii politycznych to obraz dzisiejszego człowieka w sutannie w oczach wielu ochrzczonych dystansujących się od Kościoła. Niejednokrotnie słyszałem z ich strony głosy tęsknoty za osobą duchowną, która ma czas, by słuchać. Po prostu słuchać. Przy stoliku w kawiarni, na sali szpitalnej, podczas długiej podróży pociągiem, w poczekalni przed salą rozpraw, wszędzie tam, gdzie jest człowiek. „Idźcie” – mówi Jezus do swoich uczniów. „Idźcie, a nie czekajcie, aż do was przyjdą”. Zamiast zadawać ludziom pytanie, czy chodzą do kościoła, spytajmy ich, czy poza formalną i pospieszną kolędą kiedykolwiek Kościół przyszedł do nich.

Gdy w Lecce, na południu Włoch, nastał nowy arcybiskup, zaskoczyła wszystkich jego codzienna obecność na ulicach, w barach, w dworcowej poczekalni. Wydawało się, że nowy pasterz archidiecezji nie ma ważniejszych zajęć niż słuchanie, co ludzie mają do powiedzenia. Zwykle jednak uczniowie Chrystusa nie odwiedzają pewnych miejsc. Czasem nawet nie wiedzą, ile kosztuje chleb i ile zarabiają zwykli ludzie. Dziwi nas, gdy słyszymy, że papież udał się do sklepu spożywczego i sam zapłacił za zakupy. Przecież nie musiał. Ma od tego ludzi. Nie musiał, ale chciał. Chciejmy skracać odległość, bo dystans do ludzi szybko zamienia się w mur, który coraz trudniej przebić.

Kościół jest od dawna mało wiarygodny

Dzisiaj potrzeba nam wiarygodnych duchownych i wiarygodnych świeckich chrześcijan. Gdy w świecie nie ma już nic „na słowo”, gdy niewiele ono znaczy, gdy każdy je inaczej pamięta lub inaczej rozumie, Kościół powinien zawalczyć o wiarygodność swojego przesłania. Chcemy, by w nasze słowa wierzono, ale często sami nie wierzymy nikomu. Mówiąc o bezgranicznej miłości, o odpowiadaniu dobrem na zło, sami nie wierzymy, że miłość jest najskuteczniejszym orężem przeciwko naszym wrogom. Trzymamy się od nich jak najdalej z jeszcze większym zaangażowaniem niż Chrystus szukający zagubionej owcy. Wytykamy ich i piętnujemy, z lękiem budujemy mury i szerzymy uprzedzenia.

Niech mowa wasza będzie tak – tak, nie – nie (por. Mt 5, 37). W tych słowach Jezus nie mówi, że świat jest biało-czarny, że zło należy nazywać złem, a dobro dobrem, że złych trzeba piętnować, a dobrych chwalić. Nie mówi też, że mamy upierać się przy swoich poglądach, nawet jeśli chodzi o poglądy na temat Boga. Jezus mówi tu o wiarygodności człowieka i jego słów, o jego autorytecie.

Już za czasów Jezusa słowa traciły na wartości. Szczerość przestawała się opłacać. Prostotę zaczęły zastępować konwenanse i zarozumiałość. Skromność stała się zabiegiem manipulacyjnym, a prawdomówność przegrała z populizmem. I dzieje się tak nadal. Aby nasze słowa przekonywały, powołujemy się na Boga, papieża, wiadomości telewizyjne, przeczytany ostatnio artykuł. Nasze słowo straciło moc, przestało być wiarygodne.

Czym jest wiarygodność? Czy jeszcze wiemy? Coraz mniej ufamy ludziom, a coraz bardziej szyldom, etykietom, pieczątkom na wielostronicowych umowach. Dzisiaj nie ma już nic „na słowo” i wielu przyzna mi rację, że tęsknimy za ludźmi, na których słowie moglibyśmy polegać, których można obdarzyć zaufaniem bez legitymowania i lustrowania. Ewangelista Mateusz, przywołując dwa proste słowa Jezusa „tak” i „nie”, przypomina Jego uczniom, że warto zawalczyć, o bycie osobą wiarygodną.

Nie wystarczy popularne nazwisko, tytuł naukowy i narzucające dystans szaty, by uchodzić za osobę wiarygodną. Potrzebne jest świadectwo życia i przede wszystkim wewnętrzna wolność. Człowiek, którym kieruje lęk, będzie myślał tylko o sobie, nikomu nie będzie ufał, wszędzie będzie widział podstęp. Zaufanie zdobywa się, ufając, a nie spoglądając na każdego podejrzliwie. Jako księża możemy zawalczyć o wiarygodność szczerością i prostotą, mówiąc „tak” każdemu myślącemu nie tylko o sobie i wyrażając stanowcze „nie” dzieleniu ludzi na dobrych i złych, naszych i obcych, prawych i lewych.

Nie ma innej drogi jak świadectwo życia

By jako Kościół wyjść z klerykalizmu i nie popaść w antyklerykalizm, musimy zapracować na wiarygodność, uświadomić sobie, że nie ma tożsamości bez wiarygodności. Kościół założył Jezus dla człowieka, a nie dla Boga i jeśli ludzie Kościoła będą żyli dla ludzi, a nie dla idei i religijnych obrzędów, jeśli będą mówili „tak” Chrystusowi realnie obecnemu w ubogim i cierpiącym człowieku, to nawet ludzie nieufni wobec Kościoła będą dziękowali Bogu za świętych wolontariuszy i wolontariuszki, za pełne poświęcenia siostry i wrażliwych na ludzką biedę księży. Kościół będzie cieszył się powszechnym zaufaniem. Świadectwo życia ludzi Kościoła to jedyna droga.

Nie ma tylko jednej właściwej drogi w Kościele. Jest tyle dróg, ilu jest ludzi. A mimo to potrzebujemy żywych osób, którym każdy mógłby zaufać, osób słabych jak każdy z nas, lecz wiarygodnych. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że prawda się sama obroni. Każde wartościowe przesłanie potrzebuje autentycznych ambasadorów, którym zależy i którzy nie szczędzą trudu w dawaniu dobrego przykładu. Warto zawalczyć o wiarygodność Kościoła, a przynajmniej modlić się o mężów zaufania, którym by wszyscy ufali. Bardzo nam dzisiaj tego potrzeba. Nie tylko mnie.

Jak w przywołanej na wstępie historii o Napoleonie, który zastąpił żołnierza, tak w obecnej sytuacji Kościoła nie widzę dla nas, duchownych, innej drogi wyjścia z klerykalizmu i plemiennej zawziętości jak „zwrócenie karabinu świeckim”. Najlepszą drogą do tego jest zakasanie rękawów i wzięcie się za pokorne umywanie stóp grzesznikom, by obudzić tych, którzy jeszcze śpią, zawstydzić ich, dać im przykład. By pojęli, że wybiła ich godzina, że to ich epoka, że budowanie Kościoła otwartego i silnego miłością jest naszą wspólną misją.

Wojciech Żmudziński SJ (ur. 1961), dyrektor Centrum Kształcenia Liderów i Wychowawców im. Pedro Arrupe, redaktor naczelny kwartalnika „Być dla innych”, współpracownik portalu Deon.pl. Opublikował między innymi: Niebo jest w nas; Mesjasz; Miłość większa od wiary, czyli Bóg uzdrawia po znajomości.


Przypisy:

1 A. Kisiel SJ, Ku pełni chrześcijaństwa, Warszawa 1948, s. 99.
2 T. Boy-Żeleński, Dziewice konsystorskie, Warszawa 1929, s. 74.
3 Por. tamże, s. 75.
4 Por. tamże, s. 78.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama