Kobiety z „Budryka”

Postanowiliśmy opowiedzieć nie o tym, co działo się pod ziemią czy na ziemi – o nich pisali wszyscy. Chcemy opowiedzieć o rodzinach strajkujących, o zwyczajnych ludziach, o ich łzach i nadziei. I o konflikcie, który podzielił miejscową społeczność. span class="pismo">Niedziela, 10 luty 2008



16 stycznia br. 50 kobiet pojechało do Warszawy, by w imieniu okupujących kopalnię „Budryk” mężów porozmawiać z władzami – dowiedzieć się, dlaczego nikt nie chciał pomóc górnikom. Postanowiliśmy pójść tym tropem. Opowiedzieć nie tyle o tym, co działo się pod ziemią czy na ziemi; nie tyle o Jastrzębskiej Spółce Węglowej i stronie rządowej – o nich pisali wszyscy. Chcemy opowiedzieć o rodzinach strajkujących, o zwyczajnych ludziach, o ich łzach i nadziei. I o konflikcie, który podzielił miejscową społeczność.

Horyzont znaczą przysadziste szyby kopalniane. Prowadzą nas ku bramie najsłynniejszej obecnie polskiej kopalni. Droga wiedzie obok kościoła – który postawił radca budowlany Jackisch z Bytomia w 1889 r., a poświęcił ks. Paweł Zielonkowski – i pałacu Hegenscheidtów, którym wieś zawdzięcza dawną świetność. Nazwiska nieprzypadkowe, symboliczne dla śląskiej mieszanki nacji.

Kopalnia tkwi samotnie w pustej i płaskiej przestrzeni pól. Teraz zimowe niebo wisi nad nią nisko ciężkimi chmurami. Przy bramie żywego ducha, wiatr szarpie transparentami zawieszonymi na płocie.
„Strajk!”. To słowo napisano na białym kawałku płótna czerwoną farbą – skojarzenia z Sierpnia ’80 pojawiają się same. „Strajk” to słowo, które tutaj powtarzane jest codziennie po wielekroć.

– Jak tu spokojnie, prawda? Aż trudno uwierzyć, że za bramą od 13 grudnia tkwi kilkuset mężczyzn – mówi głośno Zofia. Zofia jest żoną Andrzeja, górnika od 20 lat, matką dwójki dzieci. Przychodzi tutaj, jak większość kobiet z „Budryka”, codziennie od 46 dni. Nie zobaczy męża ani kuzynów – chłopy siedzą na 700 metrach. Przychodzi jednak, by poczuć siłę kilkuset kobiet w podobnej sytuacji. Dzięki temu przetrwa następny dzień, następny i następny... aż do chwili, o której marzą tu wszystkie, kiedy na „Budryku” zawyją syreny, a w radiu powiedzą: Podpisali porozumienie. Gorzej czułaby się, gdyby jej Andrzej zszedł na 1050 i dołączył do głodujących.

Staszek – od 18 lat w górnictwie – mąż Marii, nawet jej nie uprzedził o tym, co może się zdarzyć. Z radia dowiedziała się, że „Budryk” zdecydował się na strajk. Biegła wtedy, wśród dziesiątków innych ludzi, na kopalnię. Zobaczyła masę zapalonych zniczy. Nastrój – jakby za chwilę miało dojść do jakiejś tragedii. Zobaczyła też chłopaków, którzy z dumą mówili każdemu, że ich ojciec jest na strajku.

– Tak, jestem dumny z taty– mówi Damian, lat 14. – Przybiegamy z kolegami na bramę ze trzy razy dziennie. Jakby się coś działo, to pierwsi będziemy wiedzieć, szybciej niż CNN… Najgorzej to mają kumple, których ojcowie są na 1050. Pani wie, oni głodują…

Zofia wspomina pierwsze dni strajku, kiedy wyglądała przez okno na pola, po których niczym punkciki migały kolorowe kurtki dzieciaków. Nieustannie obserwowały kopalnię. W ten sposób chciały być bliżej ojców, braci, wujków.


«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama