Mój tata – ochotnik do Auschwitz

Dziś siedzę naprzeciw ponad 70-letniego mężczyzny i słucham jego opowieści. Opowieści o jednym z najodważniejszych ludzi II wojny światowej, tacie – rotmistrzu Witoldzie Pileckim. Niedziela, 24 maja 2009



Tatą nie cieszyli się długo. Starszy, Andrzej, miał 7 lat, kiedy ojciec wyszedł z domu bić się z Niemcami. Od tego czasu ich rodzina nigdy więcej nie żyła normalnie. Owszem, Andrzej zapamiętał krótkie wizyty, potajemne spotkania, ale na zawsze zabrakło tego, co najważniejsze – codziennego przebywania ze sobą. A potem, po wojnie, napiętnowani wraz z siostrą jako dzieci zdrajcy ludowej ojczyzny, musieli milczeć. Wydawało się wówczas, że po ojcu pozostanie tylko garść pamiątek. Tak naprawdę o tacie mogli zacząć mówić niedawno.

Dziś siedzę naprzeciw ponad 70-letniego mężczyzny i słucham jego opowieści. Opowieści o jednym z najodważniejszych ludzi II wojny światowej, tacie – rotmistrzu Witoldzie Pileckim.

Szczęśliwe życie na Kresach

Naszą rozmowę rozpoczynamy od Kresów, gdzie w niewielkim dworku żyła rodzina Marii i Witolda. – Z rodzicami mieszkaliśmy ok. 100 km na południe od Wilna, dokładnie w majątku Sukurcze – mówi Andrzej Pilecki, syn Rotmistrza. – Kiedy kilka lat po wojnie z bolszewikami ojciec osiadł tam na stałe, nasz majątek był mocno zapuszczony, a wśród okolicznej ludności panował całkowity marazm. Ale tata, sam jako gospodarz, a przy tym urodzony społecznik, w niedługim czasie znacznie ożywił lokalne środowisko.

Był wszędzie, a zdobytą wiedzą natychmiast dzielił się z okolicznymi mieszkańcami. To on jako jeden z pierwszych na zacofanych po zaborze rosyjskim ziemiach wprowadził nowoczesny system gospodarowania. Wraz z sąsiadami założył też kółko rolnicze, otworzył mleczarnię, której wyroby znane były w Nowogródku, Lidzie, a nawet w Wilnie. – A codzienność, jak wyglądał szary dzień Pileckich w Sukurczach? – pytam.

– Ojciec nigdy nie zapomniał o wojsku – odpowiada pan Andrzej. – Pewnie dlatego relacje z porannych obowiązków składaliśmy z Zosią, moją siostrą, w formie meldunków. O zaścieleniu łóżek, modlitwie i umyciu zębów tatę należało poinformować właśnie w ten sposób. Pamiętam to dość dobrze, ponieważ poranki spędzaliśmy w domu sami, bo mama jako nauczycielka wychodziła wcześnie rano.

A potem zaczynał się normalny dzień. Ojciec od początku włączył mnie w obowiązki przy domu. Kiedy rano jechaliśmy koniem na pole, siedziałem obok niego na siodle. W czasie objazdu uczył mnie np. rozpoznawać, czy zboże jest już dojrzałe, czy trawa nadaje się do skoszenia.

Ale Witold Pilecki był wówczas nie tylko lokalnym liderem. Od zawsze rozwijała się w nim delikatna dusza artysty. Jeszcze jako kawaler zaczął nawet studia na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, które przerwał ze względu na złą sytuację materialną rodziny. Do dziś zachowały się jego obrazy i wiersze. Talenty artystyczne wykorzystywał również w wychowywaniu Andrzeja i Zosi. –

Ponieważ zaraz po odzyskaniu niepodległości była straszna bieda, nie mieliśmy prawie wcale zabawek – wspomina mój rozmówca. – Dlatego ojciec wymyślał dla nas niecodzienne inscenizacje. Przebieraliśmy się w bohaterów czytanej w naszym domu „Trylogii” Sienkiewicza, wraz z siostrą zdarzało się nam być również ułanem i panną, Hiszpanami, a nawet samurajami. Bywało, że tak właśnie witaliśmy powracającą z pracy mamę. Specjalnie dla nas tata konstruował też gry planszowe, w których pionki zastępowały kolorowe guziki.



«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama