Kapłaństwo to nie paradowanie, lecz zmaganie

Św. Jan Vianney mówi całym swym życiem, że kapłaństwo to nie łatwe, dostatnie i wygodne życie, lecz ustawiczna walka; to nie paradowanie, lecz zmaganie się z samym sobą, z ludźmi i z diabłem. Niedziela, 2 sierpnia 2009



Dnia 4 sierpnia 1859 r., w trakcie odmawiania modlitwy za umierających, w której prosi się świętych, by wyszli na spotkanie duszy i wprowadzili ją do wiecznej światłości, zasnął w Panu Jan Chrzciciel Maria Vianney. Mija właśnie 150 lat od tego dnia. Słynny proboszcz z Ars stał się z woli Ojca Świętego Benedykta XVI szczególnym patronem przeżywanego właśnie Roku Kapłańskiego. Św. Jan Vianney mówi bowiem całym swym życiem, że kapłaństwo to nie łatwe, dostatnie i wygodne życie, lecz ustawiczna walka; to nie paradowanie, lecz zmaganie się z samym sobą, z ludźmi i z diabłem.

Zmaganie ze sobą

Jan Maria Vianney przyszedł na świat 8 maja 1786 r. w Dardilly, wiosce położonej niedaleko Lyonu. Jego dzieciństwo i młodość przypadły na burzliwe lata Wielkiej Rewolucji Francuskiej i wojen napoleońskich. Narastająca nienawiść do chrześcijaństwa doprowadziła do straszliwych prześladowań religijnych. Wiele osób straciło życie za wyznawanie wiary. W Dardilly i w okolicy odprawiano Msze św. jedynie potajemnie.

Ukrywający się tam kapłani czynili to najczęściej nocą. Budynki gospodarskie stawały się na chwilę kaplicą, żłób służył za ołtarz, zwykła latarnia zastępowała świece, a kilka snopów słomy pełniło funkcję ławek. W takiej też scenerii po dwóch latach przygotowań Jan Maria przyjął Pierwszą Komunię Świętą, było to w 1799 r., a więc gdy miał już 13 lat. Aby nie budzić podejrzeń, drzwi budynku zastawiono wozami z sianem. Mimo że nie biły dzwony i nie grały organy, chłopak czuł, że kiedy przyjął Chrystusa, niebo się przed nim otwarło.

Znacznie więcej trudności musiał pokonać, aby zostać kapłanem. Pierwszą z przeszkód, które oddalały, a nawet całkowicie przekreślały osiągnięcie tego wielkiego celu, były kłopoty z nauką. Wysiłki jego nauczycieli nie dawały efektów. Jan Maria prawie nic nie umiał, ledwie sylabizował łacinę brewiarza, myślał wolno i niewiele zapamiętywał.

Kolejną przeszkodą do kapłaństwa, która spadła na niego niespodziewanie, było powołanie go w 1809 r. do napoleońskiego wojska. Nie widząc się zupełnie w tym brutalnym i barbarzyńskim świecie, Jan Maria załamał się i rozchorował. Machina wojenna nie znała jednak litości. Kiedy trochę doszedł do siebie, musiał dołączyć do najbliższego oddziału udającego się na wojnę do Hiszpanii. Nie myślał o dezercji. Kiedy jednak nieznajomy mężczyzna zaproponował mu pomoc, poszedł za nim.

Po długiej wędrówce doszli do stojącego na boku domu. Mieszkający tam ludzie zaprowadzili Vianneya w bezpieczne miejsce, gdzie przez 14 miesięcy ukrywał się, pomagając wdowie Klaudynie Fayot i czwórce jej dzieci. Do rodzinnego domu mógł wrócić dopiero w grudniu 1810 r., kiedy skreślono go z listy poborowych.

Pragnienie zostania kapłanem powierzył teraz trosce gorliwego ks. Karola Balleya, proboszcza sąsiedniej parafii – w Ecully. Uzyskał on zgodę na dołączenie Vianneya do grupy uczniów z niższego seminarium. Wkrótce otrzymał tam tonsurę i zaczął nosić sutannę. Szybko jednak dały znać o sobie trudności z nauką. Opanowanie łaciny i przyswojenie wielu definicji teologicznych przekraczało możliwości kleryka.

Znacznie łatwiej przychodziło to młodszym jego kolegom. Vianney nie rozumiał nawet pytań zadawanych po łacinie. Świadectwo, jakie otrzymał na koniec roku, wyraźnie to zaznacza: „praca – dobrze; nauka – bardzo słabo; zachowanie – dobre; charakter – dobry”. W tej sytuacji ks. Balley zabrał w lipcu 1813 r. swojego wychowanka i zaczął mu sam wyjaśniać teologię.



«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama