Powiem jej, że ją kocham

Mój dom rodzinny był jasny, szczęśliwy i kopnięty. Mieliśmy wszystkich dziadków w jednej miejscowości, a więc rodzina ogromna. Tyle warstw, pokoleń, cioć, wujków, tyle dzieciaków... To dziś stanowi dla mnie bazę, z której mogę czerpać, czerpać i czerpać. Niedziela, 9 sierpnia 2009



W domu Ewy Błaszczyk jest pełno kwiatów. Także malowanych na kafelkach, meblach, dzbanuszkach…

– Kwiatki drobniutkie, polne, przypadkowe, prawdziwe… – mówi o nich Ewa, właśnie takie lubi. Ewa jest trochę podobna: drobna, wiotka, delikatna, bez udawania, prawdziwa. Jak one kocha słońce, bez niego więdnie i marnieje.

Ojciec Ewy był pilotem. Ewa śmieje się, gdy wspomina, jak nosił ją na barana, jak ją zabierał na przejażdżki samolotem. Robił dla niej korkociągi!

– Mój dom rodzinny był jasny, szczęśliwy i kopnięty. Mieliśmy wszystkich dziadków w jednej miejscowości, a więc rodzina ogromna. Tyle warstw, pokoleń, cioć, wujków, tyle dzieciaków... To dziś stanowi dla mnie bazę, z której mogę czerpać, czerpać i czerpać.

O mamie Ewa mówi: kochana, tolerancyjna, ciepła i jasna. A o tacie, że dużo wymagał, ale można się z nim było umówić.

– „Zwalniam cię ze szkoły i jedziemy do Szklarskiej Poręby, łazimy po górach, ale po południu robisz lekcje”. A jak mnie złapał na tym, że poszłam z koleżkami na kręgielnię, to było lanie. Nie można było zawieść zaufania. Było parę zasad jak filary i bardzo bliski związek emocjonalny. Przy wysokich wymaganiach, bardzo duży zakres swobody. I jeśli w moim dzisiejszym świecie coś działa tak samo, to jestem spokojna. Ewa czuła się świetnie w wielopokoleniowej rodzinie, ale świat zewnętrzny trochę ją przerażał. Miała na przykład problem w autobusie. Nie mogła wydusić z siebie głosu, gdy trzeba było powiedzieć: Na żądanie, proszę!

– Robiłam się czerwona, pulsowało mi w gardle, pękała mi głowa. Często wysiadałam za wcześnie albo za późno, żeby tylko uniknąć tego „żądania”.

Szkoła teatralna miała być terapią, pomóc pozbyć się nadmiernej nieśmiałości.

– Tata wolał, żebym robiła coś, co da się zmierzyć, ale mama była zadowolona. Zawsze przyjeżdżali na moje zawody (Ewa uprawiała pływanie synchroniczne) i na przedstawienia. Do dziś bardzo przeżywają każdy mój krok.

Udało jej się znaleźć duszę bratnią. Trochę łobuza, trochę trapera, trochę poetę, trochę takiego, który wie, gdzie stoją konfitury – tak mówi dziś o swoim mężu Jacku Janczarskim.

– Trochę neurastenik, a trochę James Dean.

– Ale ten James Dean siedział w domu i pisał „Pana Sułka”, gdy ty wychodziłaś do teatru albo filmu. Nie buntował się?

– On to uwielbiał. Ale najbardziej lubił, kiedy byłam trochę chora. Bo wtedy nie miałam zbyt wielu pomysłów na minutę, łagodniałam – śmieje się Ewa.

Bardzo dobrze się rozumieli. Ona usuwała się, gdy pisał. On wiedział, w którym momencie powinien wyjść z teatralnej garderoby.

Rok 2000 przywitali na nartach, ale Jacka złapała grypa. Czuł się już dobrze, gdy szli do znajomych na kolację, z której Jacek już nie wrócił. Zmarł na serce na skutek powikłań pogrypowych.
Cztery miesiące później tragedia spotkała jedną z ich córek bliźniaczek, Olę.

Jej siostra Mania pamięta każdą sekundę tamtego popołudnia. Kiedy o tym opowiada, ma się wrażenie, że mówi dorosła kobieta, a nie dwunastoletnia dziewczynka. Jest w niej powaga i dojrzałość osoby głęboko doświadczonej przez los.

– Byłyśmy przeziębione i miałyśmy połknąć tabletki. Mama dzwoniła do naszej siostry ciotecznej, żeby ją zaprosić na nasze urodziny. W tym momencie Ola połykała tabletkę i zaczęła się dusić, zrobiła się sina. Mama rzuciła słuchawkę, Ola miała napój w kartoniku, chciała popić i wlała sobie w płuca. Mama wzięła ją do góry nogami, żeby to z niej wydobyć, ale się nie udało. Więc wybiegła na ulicę i strasznie krzyczała, zatrzymała jakiś samochód…




«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama