W krainie jurt i stepów

Nie więcej niż 70 osób. Tylu w Mongolii można spotkać katolickich księży, sióstr i braci zakonnych. Wszyscy są obcokrajowcami, bo lokalnych powołań nie ma. Jeszcze nie ma, bo to Kościół młody. Niedziela, 18 października 2009



Nie więcej niż 70 osób. Tylu w Mongolii można spotkać katolickich księży, sióstr i braci zakonnych. Wszyscy są obcokrajowcami, bo lokalnych powołań nie ma. Jeszcze nie ma, bo to Kościół młody. Jego początki sięgają 1992 r., kiedy to do Mongolii, po okresie trwających kilkadziesiąt lat represji komunistycznych, przyjechał pierwszy oficjalny katolicki wysłannik. Obecnie w tej liczbie jest dwóch Polaków. To salezjanie, ks. Wiktor Dziurdzia i br. Krzysztof Gniazdowski. Jak im się wiedzie i czym się zajmują w odległej krainie jurt i stepów?

Dzieci ze studzienek

Do przytułku dla sierot Savio Children’s Home, położonego w dzielnicy Amgalan na przedmieściach Ułan Bator, przyjeżdżam z ks. Dziurdzią. Każdego popołudnia przywozi tutaj swoich podopiecznych po zakończonych zajęciach szkolnych. Przed bramą prosi siedzącego w samochodzie chłopca, żeby otworzył. Ten z niewinnym uśmiechem oświadcza: „Nie otworzę! Sam idź, otwórz bramę!”.

Ksiądz nie obraża się. Wskazującym palcem szturcha smyka pod żebro, co najwyraźniej bardziej gilgocze niż boli, bo chłopak zanosi się śmiechem. Inne dzieci, widząc ten przejaw czułości ze strony księdza, jakby zazdrosne, natychmiast rzucają się na swojego opiekuna – jeden uwiesza mu się na głowie, drugi ciągnie za nogi. Zapanowuje nastrój zabawy. Potężnie zbudowany ksiądz przez chwilę zgadza się na zapasy, lecz wkrótce przywołuje porządek. Po chwili mały „prowokator” już bez dalszego oporu, ale wyraźnie zadowolony z psoty, biegnie otworzyć bramę.

Czego najbardziej potrzeba tym chłopcom? – Rodziny – odpowiada bez chwili wahania ks. Dziurdzia – mamy, taty. Trochę miłości, ciepła, zrozumienia – wylicza. – Ksiądz niewątpliwie cieszy się wśród chłopców szacunkiem. Z troską mówi, że nie może im dać wszystkiego, to jest normalnej rodziny. Oni z kolei mówią o nim jak o ojcu. Są wdzięczni, że mogą mu czasem wejść na głowę i się nie obrazi. Ale czują respekt, bo ksiądz, jak dobry ojciec, potrafi, gdy trzeba, tupnąć nogą.

Ks. Dziurdzia przyjechał do Mongolii przed trzema laty. Były to początki działalności sierocińca. Wówczas salezjanie przygarniali dzieci wprost z ulicy. Znajdowali je w zatęchłych studzienkach ciepłowniczych, na zaśmieconych klatkach schodowych, w zrujnowanych pustostanach. Dlaczego wysłano go akurat do Mongolii? – To była decyzja przełożonego generalnego Zgromadzenia Salezjańskiego w Rzymie, decyzja, której ks. Dziurdzia się podporządkował – mówi ks. Stanisław Rafałko, ówczesny dyrektor Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego w Warszawie, który pomagał przy organizacji wyjazdu. – Od tamtego czasu przy różnych okazjach Salezjański Ośrodek Misyjny wspiera finansowo mongolską placówkę.

Taką okazją były m.in. wypadki z maja br. Spłonęła część pomieszczeń gospodarczych i mieszkalnych. Nikomu nic się nie stało, lecz pożar przypieczętował los sierocińca, który ze względu na dewastację nadawał się już tylko do rozbiórki. Dzieciom po raz kolejny zajrzała w oczy bezdomność. Zapadła decyzja o przeniesieniu sierocińca z dotychczasowego miejsca do jednego z budynków szkoły salezjańskiej bliżej centrum. Klasy zaadaptowano na pokoje, wyremontowano łazienki. Pracujący tam salezjanie wiążą z przebudową wielkie nadzieje. Już w tym roku planują przyjęcie kolejnych ośmiu wychowanków. Dziś nie potrzeba już jeździć po ulicach i szukać dzieci po śmietnikach. Tym zajmuje się policja. Sierociniec cieszy się zaufaniem. Chłopcy przywożeni są pod drzwi ośrodka.




«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...