Dej se pedzieć o Ślonzku i Barberce

Uroku Śląskowi przydają bowiem Ślązacy. I tak to już jest, że po bliższym spotkaniu ze Śląskiem albo się go kocha, albo nie chce mieć z nim nic wspólnego... Niedziela, 29 listopada 2009



Studiowałam na Śląsku. Zakochałam się w Śląsku, mimo że krajobraz zdominowany jest tam przez tereny przemysłowe z koślawymi metalowymi konstrukcjami, horyzont upstrzony rzędami różnej grubości kominów, a miasteczka to szarobure półwyspy jednakowych familoków i blokowisk. Uroku Śląskowi przydają bowiem Ślązacy. I tak to już jest, że po bliższym spotkaniu ze Śląskiem albo się go kocha, albo nie chce mieć z nim nic wspólnego – ja doświadczam tego pierwszego. A skoro Barbórka blisko, zapytałam przyjaciół Ślązaków, czym jest dla nich Śląsk, w czym tkwi jego siła i ich przywiązanie do tej ziemi. Silniejsze – im dalej od Śląska przyszło im żyć.

Marek z Tychów, obecnie Pennsylvania University: – Śląsk ma trzy filary: rodzina – praca – parafia. Tak było dawniej i z pewnymi modyfikacjami tak jest jeszcze dziś. Większość mężczyzn na Śląsku to górnicy. A to zawód niebezpieczny. Żyje się więc w cieniu szybu i kościelnej wieży. Pierwszy uczy ciężkiej pracy, solidności, uczciwości, odpowiedzialności za innych, ta druga – zaufania Bogu, miłosierdzia, wrażliwości.

Dawniej na Śląsku dzieci zaczynały lekcje od modlitwy o to, by tata czy brat wrócili z szychty. I tak przez pokolenia. Żyło się ciasno, blisko siebie, dzieliło intensywnie radości i smutki. Przykład? Opowiem coś. Jak górnik zginął, jego ciało wystawiano najpierw na kopalni – bywało, że i przez trzy dni ludzie przychodzili się pożegnać. Całe familoki modliły się przy trumnie. Głośno. W tym czasie inni sąsiedzi zajmowali się rodziną – gotowali, piekli ciasta, sprzątali, przejmowali opiekę nad dziećmi. A ile intencji mszalnych było za zmarłego... To wcale nie tak odległe czasy, lata 60., 70. W niektórych miejscach na Śląsku do dziś panują ponoć te zwyczaje.

Hanka z Raciborza: – Wiara – bardzo ważna rzecz. Górnik, gdy rano wychodzi do pracy, a nigdy nie ma przecież pewności, że wróci, spotyka się z żoną przy drzwiach, ta kreśli mu znak krzyża na czole. Moja mama mawiała wtedy: „Coby Cię Ponbócek mioł w opiece...”. Pamiętam czułość, z jaką to mówiła.

Tylko wtedy widziałam rodziców przytulonych, bo dawnymi czasy ludzie nie okazywali sobie czułości publicznie. Ludzie przy pracy pozdrawiali się krótkim: „Boże, pomogej”... a w odpowiedzi słyszało się: „Dej, Panie Boże...”. Jak było tąpnięcie na grubie (kopalni) – a to czas najstraszniejszy dla górniczych rodzin – wtedy ojciec szedł ratować kompanów i przed wyjściem my, dzieciaki, żegnaliśmy go uroczyście. Dzieciak po dzieciaku, z całą powagą, bez beczenia. Rosło się w przekonaniu, że życie ludzkie jest kruche, niepewne, że wszystko tak naprawdę w rękach Boga. Tata wychodził i mogło zdarzyć się tak, że więcej go nie zobaczymy. Tak się zresztą w końcu stało...

Karolina z Katowic: – Zima i śnieg. Mama ciągnie mnie za sobą. Pamiętam jej nogi w grubych walonach, do połowy w śniegu. Strach, nerwy, cichy płacz, a może już modlitwa? To moje najwcześniejsze wspomnienie. Na kopalni był wypadek. Pod kopalnią, właściwie pod cechownią, stał już tłum. Milczący, przerażony. Oczekujący i napięty jak struna. Głównie młode kobiety z dziećmi. Starsi szli od razu do kościoła.

Obudzony w środku nocy farorz kazał bić w dzwon. Na jego dźwięk zapalały się światła w oknach familoków. Biegły ku nam opatulone sylwetki. Stałam pod tą bramą w tłumie i mrozie nie wiem ile i patrzyłam, jak nad naszymi głowami smugi pary łączyły się w jedno. Pomyślałam, że Pan Bóg musi nas teraz słyszeć... Tatko ocalał. Coś z tamtej solidarności, poczucia wspólnoty – nie wiem, jak to nazwać – noszę w sobie do dziś...

Marek z Tychów: – Dom mojego ojca, górnika, którego dziadek też był górnikiem, opierał się na ceremoniach i rytuałach. Mama, serce rodu, wstawała w domu pierwsza – najczęściej jeszcze przed świtem – rozpalała pod kuchnią węglową i gotowała na śniadanie np. żur z kartoflami... Nie żartuję. Przed ciężką robotą trzeba jeść „ciężko”. Żadne tam płatki czy nutella. Potem następowała ceremonia żegnania. Do naszych obowiązków należało sprawdzanie, czy tato wziął „markę” (identyfikator) na ferlezunek (odczytywanie nazwisk górników na koniec szychty).



«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...