Dzieło, którego wielkość paraliżuje

Są dzieła, których wielkość paraliżuje. Ich skończone piękno, waga kunsztu, którym zostały obdarzone, uniwersalizm niesionych przez nie treści – to wszystko decyduje o ich nieprzemijającym znaczeniu dla kolejnych pokoleń. Jednak każdy kontakt z genialnym dziełem wzbogacając przeraża. Przegląd Powszechny, 3/2008



Są dzieła, których wielkość paraliżuje. Ich skończone piękno, waga kunsztu, którym zostały obdarzone, uniwersalizm niesionych przez nie treści – to wszystko decyduje o ich nieprzemijającym znaczeniu dla kolejnych pokoleń. Jednak każdy kontakt z genialnym dziełem, wzbogacając przeraża, uwrażliwiając deprymuje. Przytłaczająca jest bowiem myśl o własnej nicości wobec takich wytworów ludzkiego działania.

W historii muzyki jednym z dzieł tego rodzaju, porównywalnym chyba tylko z „Mszą h-moll” Jana Sebastiana Bacha, jest „Mesjasz” Jerzego Fryderyka Haendla. Droga do powstania tego oratorium była długa i naznaczona walką z różnymi przeciwnościami.

Artysta to człowiek uprzywilejowany przez naturę, wyznaczony do spełniania szczególnych funkcji, swoistej misji. Poświęcając się jej bez reszty, w niej widząc cel ziemskiej egzystencji, często miewa odmienny od przeciętnych ludzi stosunek do spraw życia codziennego. Bardzo specyficznie jest przezeń rozumiany np. problem patriotyzmu. Na przestrzeni wieków często można się było spotkać z kosmopolityczną postawą twórców, którzy najczęściej uważali się za obywateli świata, albo też ten kraj za ojczyznę uważali, w którym znaleźli najlepsze warunki do pełnienia swego posłannictwa. Do artystów o takich poglądach należał Jerzy Fryderyk Haendel.

Urodzony 23 lutego 1685 r. w Halle, saskim mieście, które na mocy traktatu westfalskiego (1648) przyłączono do Brandenburgii, w wieku 25 lat wyjechał ze swego ojczystego kraju, by na stałe osiedlić się w Anglii. Decyzja ta nie była skutkiem nagłego impulsu, rezultatem chwilowej zachcianki młodego człowieka, wydaje się, iż kompozytor dokładnie ją przemyślał. Wszystko zaczęło się w 1706 r., kiedy to Jerzy Fryderyk wyjechał do Italii. Przebywał tam około trzech lat, podróżując z miasta do miasta, poznając słynnych wirtuozów i kompozytorów włoskich oraz ich muzykę. Sam zaś zadziwiał Włochów własną twórczością i maestrią gry na organach. Powstały tam m.in. takie jego dzieła, jak opery „Rodrigo” i „Agrippina”, oraz oratorium „La Resurrezione”. Wszędzie witano go serdecznie, pieszczotliwie nazywając „il caro Sassone”. W Wenecji zbliżył się do dworu hanowerskiego. Przebywał tam wówczas jego przedstawiciel, książę Ernest, młodszy brat księcia-elektora Jerzego Ludwika. Gorąco namawiał Haendla, by wybrał Hanower na miejsce stałego pobytu. Kompozytor uległ perswazjom i wyjechał do miasta będącego siedzibą Jerzego Ludwika. Mianowany został nadwornym kapelmistrzem z niemałą pensją tysiąca dolarów rocznie.

Niespokojny duch oraz wieści z szerokiego świata nie pozwoliły jednak Haendlowi na długi pobyt w Hanowerze, tym bardziej iż życie kulturalne nie stało tam na wysokim poziomie. Jesienią 1710 r., w kilka miesięcy po mianowaniu go kapelmistrzem, kompozytor poprosił o urlop i przez Halle i Düsseldorf udał się do Anglii. Urlop trwał aż do czerwca roku następnego, Haendel bowiem początkowo świetnie czuł się w wyspiarskim kraju.



«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama