Od elektryka do hydraulika i z powrotem w Unii

Polakowi żyjącemu we Francji społeczeństwo francuskie wydaje się bardzo zsekularyzowane. Dwa lata temu spędzaliśmy z dziesięcioosobową grupą przyjaciół wakacje w miasteczku na południu. Na niedzielnej mszy stanowiliśmy połowę obecnych w starym romańskim kościele! Przegląd Powszechny, 5/2009



Od szesnastu lat mieszkam w Strasburgu, tuż koło francusko--niemieckiej granicy; w mieście-symbolu europejskiej jedności i pojednania. Z okna biura widzę budynek Parlamentu Europejskiego, odbijający się w wodzie. Po rzece Ill kręcą się kaczki. Piętnaście lat temu na tym brzegu gnieździły się łabędzie.

Aż do dnia, kiedy miasto wpuściło tu buldożery. Kopały one zawzięcie dziury pod fundamenty przyszłego budynku parlamentu, nie bacząc na to, że nie zapadła jeszcze ostateczna decyzja o jego lokalizacji. Polityka budowlanych faktów dokonanych miała zapewnić, że siedziba parlamentu na pewno przypadnie Francji, której historycznej roli jako lokomotywy integracji europejskiej nikt wtedy nie kwestionował.

Na święta zwykle jeżdżę do domu. W ciągu tych lat dziesiątki razy prowadziłam rozmowę, która zdążyła mi już serdecznie zbrzydnąć: Do Polski? Ależ to strasznie daleko! – nieodmiennie wykrzykują moi francuscy znajomi. Odpowiadam z całą słodyczą, na jaką mnie stać: Nie bardzo, trochę dalej niż do Biarritz. Tej informacji nieodmiennie towarzyszy zdziwienie. Francuzi wiedzą swoje: na ich mentalnej mapie Polska ciągle jest daleko.

Polska jest daleko, a Francja – skupiona na swoich sprawach. I nawet bez kryzysu finansowego – tylko w styczniu 90 tys. osób straciło pracę – ma nad czym się głowić. Odchorowała już szok, który nastąpił, kiedy w maju 2002 r. Jean-Marie Le Pen, przywódca skrajnej prawicy, dotarł do drugiej tury wyborów prezydenckich.

Pokazał Francji jej własną twarz, której istnienie ojczyzna wolności i praw człowieka wprawdzie podejrzewała, ale nie chciała zobaczyć. W 2005 r. sprawiła sobie i obserwatorom europejskiej sceny politycznej niemiłą niespodziankę, odrzucając w referendum konstytucję Unii Europejskiej solidną 55% większością. Straciła tym samym tytuł europejskiego lidera, który był jej miły, i musiała na nowo przemyśleć swoją rolę w Europie.

W 2007 r. prezydentem Francji został Nicolas Sarkozy, były minister spraw wewnętrznych. Zasłynął głośnymi wypowiedziami, o których życzliwi mu komentatorzy mówili, że odważył się powiedzieć to, co wszyscy myśleli po cichu (nie przebierał w słowach, mówiąc o imigrantach, mieszkańcach niespokojnych przedmieść, o których mówi się ostrożnie „trudne dzielnice”). Wszyscy czy nie wszyscy — wystarczyło mu to do zwycięstwa nad Ségolène Royal, kandydatką socjalistów.

Partia socjalistyczna popadła po tej klęsce w kompletną rozsypkę, spotęgowaną jeszcze wewnętrznymi rozrachunkami między jej zwalczającymi się nurtami, i w tej niechlubnej rozsypce pozostaje do dzisiaj. Wydaje się, że nastąpił upadek wieloletniej i solidnie ugruntowanej w publicznym dyskursie przewagi myśli i postaw lewicowych we Francji. A na dodatek to właśnie lewicę obciąża klęska konstytucji europejskiej w referendum.

Prezydent Sarkozy, mocny solidnym mandatem zdobytym w bezpośrednich wyborach, najpierw wprawił Francuzów w osłupienie stylem sprawowania władzy. Symbolami tego stylu, zachwycającego jednych, a oburzającego innych, ale bez wątpienia nowego, zostały małżeństwo z modelką Carlą Bruni, złoty zegarek Rolex i ciemne okulary Ray-Ban, w których nikt przedtem nie wyobrażał sobie głowy państwa francuskiego.

Wysokie urzędy publiczne sprawuje się tu bowiem w stylu pełnym patrycjuszowskiej godności, a prezydenci Francji pozowali zwykle do oficjalnych fotografii na tle bibliotek wypełnionych szlachetnymi woluminami oprawnymi w skórę. Niezależnie zaś od samego stylu Sarkozy’ego, który wprawdzie mianował rząd, ale wydaje się, że rządzi krajem sam – nieustannie spychając do narożnika premiera François Fillona – charakteryzuje coś, co niechętni mu publicyści nazywają histerią reformatorską. Jeden pomysł reformy goni drugi, a wszystkie wywołują protesty zainteresowanych grup społecznych, wietrzących w nich zamach na swoje prawa socjalne i pozycję w społeczeństwie.



«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama