Życie na wyspie Olango

Rozpoczynamy cykl opowieści o Filipinach, najbardziej katolickim kraju Azji. Naszym przewodnikiem jest o. Mirosław Wojda, pijar pracujący na wyspie Cebu od 2002 roku. eSPe, 66/2004




GRUDZIEŃ
Stało się już tradycją, że nowicjusze zaraz po Bożym Narodzeniu udają się na Olango, by przeżyć immersję (zanurzenie) w realia życia. W tym roku ja im towarzyszę. 26 grudnia zaraz po śniadaniu jedziemy z Cebu na wyspę Lapu-Lapu (jest ona połączona z naszą wyspą dwoma mostami), na której znajduje się międzynarodowy port lotniczy obsługujący cały środkowy region Filipin. Stąd właśnie udajemy się na Olango. Jest to niewielka wyspa, pozbawiona gór. Dzieli nas od niej tylko trzydzieści minut żeglugi. Najpierw widać morze – przy brzegu jest żółte od piasku, dalej zwolna przechodzi w jasno niebieskie, aż po ciemny odcień granatu. Wraz ze wzrostem głębokości akwenu, powierzchnia wody nabiera coraz bardziej intensywnej barwy. Na pełnym morzu lśniąca biel przewalających się fal wyglądających oddali niczym szczyty pokrytych śniegiem pagórków ożywia morski pejzaż. Czasem krajobraz urozmaicają dodatkowo kolorowe łódki i stateczki. Piękna paleta kolorów. Jest co podziwiać w oczekiwaniu na przeprawę.

Wreszcie przypływa po nas coś, czego nie można już nazwać kajakiem, a co statkiem też nigdy nie będzie. Przypomina nieco szalupę z motorem, ale jest za wąskie i za długie... W najszerszym miejscu może mieć ze dwa metry, nie jest dłuższe niż na pięć metrów. Żeby coś takiego mogło się utrzymać na wzburzonym morzu, zostało wyposażone w pływaki – dwa długie jak cała łódka, ślizgające się po wodzie bambusy umocowane na sprężynujących pałąkach. Powiększają one szerokość łajby i zwiększają jej stabilność. Łódka po brzegi wypełniona jest ludźmi i towarem. Z ciekawości liczę: pięćdziesiąt cztery osoby – to chyba rekord jak na tego rodzaju środek transportu. Z nieufnością przyglądam się łodzi: czy podróżowanie czymś takim jest bezpieczne? Wysiadający mają zadowolone twarze. Spoglądam tych, którzy czekają na transport – i u nich trudno zauważyć niepokój. Niestety, innego środka transportu nie ma. Zachęcony przez pierwszych wskakujących do łódki pasażerów wchodzę na pokład. Na próżno szukam jakichś ławek czy siedzeń. Każdy siada, gdzie może, większość na burtach. Nowicjusze robią mi miejsce na desce łączącej obie burty. Pod nogami mam motor i wydobywające się zeń spaliny. Szukam wzrokiem kamizelek i kół ratunkowych... Widzę jedno zawieszone na maszcie w charakterze dekoracji. No cóż, w razie czego pozostają bambusy.

Powoli ruszamy. Czym dalej od brzegu, tym większe fale. Widzę jednak, że załoga nie po raz pierwszy przeprawia się w takich warunkach. Mają wprawę. Unikają bezpośredniego zderzenia falą bokiem łódki, ustawiają ją pod kątem i starają się przeciąć falę. Czasami wyłączają silnik. Nie zawsze udaje im się uniknąć zderzenia z falami, które raz po raz przewalają się przez burtę, wpychając ludzi do środka i zalewając bagaże. Widzę, że dla miejscowych to nic nowego – nie reagują. W pewnym momencie jednak zapada głęboka cisza – wysoka fala uderzyła w łajbę, dał się słyszeć trzask pękających pałąków. Żadnego słowa, tylko krzyżujące się spojrzenia... Jedziemy dalej.
«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...