Najbardziej szkodliwe jest brązownictwo

Kościół potrafił się jednak odbudować i odniósł zwycięstwo, choć zapłacił za to pewną cenę, dlatego zamiatanie brudów pod dywan i mówienie, że jest to pomnik ze spiżu, na którym mucha nie siada, jest fałszywą strategią. W drodze, 10/2006




Zacznijmy od wątku dominikańskiego: w jednym z wywiadów powiedział Pan, że przypadek o. Konrada Hejmo był fatalnym wyjątkiem w praktyce IPN. Co to znaczy?

Według założeń ustawy obowiązującej do 2006 roku IPN udostępniał informacje o agenturze w dwóch wypadkach. Po pierwsze, osobom uznanym za pokrzywdzone, po drugie zaś pracownikom naukowym, zatrudnionym w IPN lub innych placówkach badawczych. Sprawa ojca Hejmo nie mieściła się w żadnym z nich. Sposób ujawnienia informacji na jego temat był rezultatem wysoce niefortunnej wypowiedzi prezesa Leona Kieresa, sugerującej, że ktoś z otoczenia papieża był informatorem bezpieki, a następnie nieprzemyślanej decyzji Kolegium IPN, które, chcąc przeciąć spekulacje, poparło pomysł konferencji prasowej, na której prof. Kieres ogłosił, że chodzi o ojca Hejmo. W moim przekonaniu należało wtedy albo ujawnić wszystkie dokumenty (co proponowałem), albo też poczekać jeszcze miesiąc i opublikować nazwisko wraz z raportem historyków. Nie należy bowiem nigdy wymieniać nazwisk bez możliwie obszernego uzasadnienia formułowanych oskarżeń. Ten przypadek był wyjątkowy, bo IPN ani wcześniej, ani później nie zrobił czegoś takiego i — mam nadzieję — nie będzie zmuszony zrobić. W związku z tym jestem zdecydowanym przeciwnikiem sporządzania listy „osobowych źródeł informacji”, którą Sejm nakazuje przygotować IPN.

Niemniej zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że najpierw pojawia się artykuł w gazecie o kolejnym TW, a dopiero długo, długo potem opracowanie naukowe.

Jest też wiele odwrotnych sytuacji, kiedy publikacje naukowe wyprzedzają doniesienia prasowe. Nie ukrywam jednak, że niekiedy mamy do czynienia ze słabością ludzi, którzy pracując na materiałach archiwalnych IPN, nie potrafią się powstrzymać przed poprzedzeniem swej publikacji naukowej artykułem prasowym, któremu często redakcje celowo nadają ostry tytuł. Boleję nad tym, bo rzeczywiście w wypadku ks. Michała Czajkowskiego tak się właśnie zdarzyło. Wolałbym, żeby było odwrotnie: najpierw pojawia się publikacja naukowa i dopiero po niej, ewentualnie równolegle — prasowa. Żadna gazeta nie poświęci przecież całego numeru na kilkudziesięciostronicowy materiał. Oczywiście w prasie zawsze będą uproszczenia i sensacyjne nagłówki, bo taka jest dziś logika mediów. Sprawy przeszłości esbeckiej nie są tu wyjątkiem, żyjemy wszak w świecie, w którym prywatność ludzi znanych jest ciągle zagrożona. Ale tylko znanych. Mamy bowiem liczne przykłady świadczące o tym, że ujawnianie bardzo groźnych agentów o nieznanych powszechnie nazwiskach w ogóle mediów nie interesuje. Tak było np. z Juliuszem Wilczurem-Garzteckim, człowiekiem, który przez czterdzieści lat pracował dla bezpieki i wyrządził ogromne szkody. Zaczynał jako agent rozpracowujący opozycję w latach 40., a ostatnim jego spektakularnym działaniem było wsypanie Władysława Frasyniuka w stanie wojennym. Pisał o nim Andrzej Friszke, ale nie zainteresowało to mediów. Natomiast jeżeli informacje o agenturalnej przeszłości dotyczą osoby znanej z telewizji, to zaczyna się wielka, niezwykle emocjonalna dyskusja. Interesujemy się tylko jednym procentem agentury, a pomijamy dramaty małych społeczności, w których ktoś rzuca oskarżenie, mając do tego podstawy albo nie, ale ani historycy, ani media nie roztrząsają problemu.
«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...