Pustynia w życiu księdza

Dziś tamten ksiądz jest przeorem jednego z paulińskich klasztorów. Ja zapamiętałem z tamtego okresu jedno: Nigdy nie wolno rezygnować z wewnętrznych pragnień! Bóg daje ci małe światełko – marzenie, które gdzieś tam kiełkuje. I to jest TO! Nie wolno tego zagubić... W drodze, 2/2007




Pierwsza, jeszcze niezidentyfikowana myśl o „roku pustyni” pojawiła się gdzieś w drugim roku po święceniach. Byłem wtedy wikariuszem w małym miasteczku – uczyłem w sześciu szkołach, prowadziłem oazę, ministrantów, byłem dekanalnym duszpasterzem ruchu „Światło–Życie”, kapelanem harcerzy, organizatorem pieszych pielgrzymek do Częstochowy z regionu, miałem próby scholi dziecięcej i zajęcia na kursie przedmałżeńskim. Oprócz tego – tak jak każdy ksiądz – codzienna msza św., konfesjonał, kazania, chrzty, śluby, pogrzeby, przygotowanie katechez, brewiarz... Gdy wieczorem padałem zmęczony w fotelu w swoim pokoju, około jedenastej wieczorem przychodził do mnie kolega – ksiądz z tej samej parafii – i zaczynały się rozmowy, wędrówki w sferę marzeń, które gdzieś tam jeszcze tliły się na dnie duszy. „Ale bym wstąpił do paulinów! – zaczynał. – Znowu wczoraj byłem w Częstochowie i mogłem cały dzień spędzić przed Matką Bożą, modlić się”. „A ja to bym wziął kiedyś taki »rok pustyni«, żeby gdzieś wyjechać, nawet poza Polskę, i zaszyć się w samotności, w jakiejś wspólnocie, w ciszy. Jeszcze nie teraz, ale tak około dziesięciu lat po święceniach” – odpowiadałem.

Dziś tamten ksiądz jest przeorem jednego z paulińskich klasztorów. A ja? Ja zapamiętałem z tamtego okresu jedno: Nigdy nie wolno rezygnować z wewnętrznych pragnień! Bóg daje ci małe światełko – marzenie, które gdzieś tam kiełkuje. I to jest TO! Nie wolno tego zagubić...

Bez litanii, bez tekstów, bez słów

Trzy lata później byłem już w Krakowie, na dużej parafii osiedlowej, a równocześnie dostałem nominację na duszpasterza akademickiego. Podczas wakacji znalazłem się na zastępstwie poza Polską i po raz pierwszy miałem dużo czasu dla siebie. Zacząłem więc przygotowywać się do wyjazdu rekolekcyjnego ze studentami, który czekał mnie we wrześniu. W kaplicy pomodliłem się i poprosiłem Ducha Świętego o światło. „O czym mam im mówić? Do czego chcę ich doprowadzić?”. Odpowiedź nasuwała się jedna: „Do pogłębionego kontaktu z Bogiem. Do modlitwy. Niczego innego ode mnie nie oczekują”. I wtedy pojawiła się myśl: „A czy ty sam się modlisz? Nie oszukuj się! Czy potrafisz teraz tu pozostać przez godzinę, w milczeniu? Bez litanii, bez tekstów, tylko dla Boga – bez słów, po prostu być dla Niego?”. Pytanie to sparaliżowało mnie. Czułem, że oddech się przyśpieszył. Zacząłem wiercić się w ławce. „Przecież się modlę. Codziennie brewiarz, msza św.” – próbowałem sam sobie odpowiedzieć i usprawiedliwić się. Ale nie znalazłem ani spokoju, ani racjonalnego wytłumaczenia dla mojego wyjścia z kaplicy. Więc zostałem...

„Zanim zaczniesz mówić o modlitwie, najpierw sam się módl. I nie uciekaj! Jeśli tu teraz nie zostaniesz, nie masz prawa powiedzieć ani jednego zdania o modlitwie!”. I tak odbyła się moja pierwsza modlitwa w ciszy. Pozostałem tam godzinę. Wróciłem następnego dnia. I następnego... Wiedziałem, że jeśli teraz – w czasie wakacji – każdego dnia nie znajdę czasu dla Niego i tylko dla Niego, bez intencji i bez biznesów, które chciałbym z Nim załatwić, to okłamuję samego siebie. I innych. Po dwóch miesiącach, razem z pierwszą dwunastoosobową grupą studentów, przez osiem dni uczyliśmy się na pustelni, jak być z Bogiem w ciszy przez pół godziny.

Na pewno odmówi i będzie zwlekał

Mijały następne lata. Lata, w których każdego dnia, bardziej lub mniej regularnie, starałem modlić się wewnętrznie przez pół godziny. Lata, w których jeździłem ze studentami, by razem uczyć się tego przebywania z Bogiem w milczeniu. Aż przyszedł rok 1997 – rok kiedy nagle pojawili się dorośli: świeccy, którzy od dawna modlili się tak samo i zaczęli uczyć mnie, jak mam to robić, którzy korygowali moje błędy zbytniego aktywizmu na modlitwie, szukania w niej siebie, braku połączenia jej z codziennym życiem w duchu zapomnienia o sobie. To była trudna lekcja. Lekcja dla księdza, „specjalisty od spraw duchowych”. I wiedziałem podświadomie, że nie mogę jej opuścić.

Rok 1997 był też rokiem Teresy z Lisieux, kiedy to Kościół świętował setną rocznicę jej „wejścia w życie” i ogłosił ją najmłodszym doktorem Kościoła. Po raz pierwszy otworzyłem jej Rękopisy i... doznałem wewnętrznego wstrząsu. Jako dwudziestodwuletnia dziewczyna pisała o Wielkich Pragnieniach, które Bóg wzbudza w duszy i realizuje! „Jezu, gdybym tak mogła powiedzieć wszystkim małym duszom, jak niewysłowiona jest Twoja przychylność”. I „to właśnie z powodu mojej słabości spodobało ci się, Panie, spełnić kiedyś moje małe dziecięce pragnienia, a dzisiaj chcesz spełnić i nowe, które większe są od wszechświata” (Rkp B). Przypomniałem sobie o tamtych rozmowach, marzeniach. Mój przyjaciel był już wtedy w nowicjacie paulinów w Leśniowie. A ja? Minęło osiem lat od moich święceń. Pozostały już tylko dwa. I znowu natrętna myśl: „Idziesz czy nie? Jeśli żyjesz w prawdzie, to trzeba zacząć działać. Musisz iść do biskupa i prosić o »rok szabatowy«, bo i tak cię od razu nie puści. Na pewno odmówi i będzie zwlekał, wystawiał cię na próbę przez jakiś czas, o ile w ogóle ci pozwoli”. Pamiętam tamte dni rozterki. „Jak tu iść? Co powiedzieć? Czy ktoś o coś takiego prosił już przede mną?” Poszedłem. Przyjął mnie życzliwie. Kazał czekać.
«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...