Tacy sami, ale całkiem inni

A może to pokolenie jest stracone? Pierwsze pokolenie urodzonych jeszcze tam, pamiętających stary kraj i beznadziejnie za nim tęskniących. W gruncie rzeczy to bardzo chrześcijański obraz, bo oni już nie należą do tamtego świata, do tego zaś nie będą należeli nigdy. W drodze, 7/2007




– To bez sensu – mówi ksiądz przed czterdziestką. Chłopięca twarz, modne oprawki okularów, w Stanach Zjednoczonych od dwóch lat. – Na kolędzie wszyscy są chętni, mają pomysły, a potem, gdy ich zaczepisz po mszy, to tłumaczą się brakiem czasu. Tak jak z tym spotkaniem komitetu Parady Pułaskiego. Zapraszałem, mówiłem, że darmowa kawa, ale nikt nie miał czasu i tylko biedny Tom Kovalik cały wieczór stał sam przy termosie z kawą – dodaje z żalem. – A tobie nikt prawdy nie powie, każdy będzie koloryzował – ostrzega.

Kiedy przed ponad osiemdziesięcioma laty budowano nasz kościół, wokół mieszkało wielu Polaków. Teraz okolica podupadła, w zaniedbanych domach nie ma ani jednego białego. Ci, którzy budowali, pomarli, reszta się rozproszyła. Parafię ożywiono dopiero jakieś dwadzieścia lat temu, kiedy zaczęli się tu przenosić dorobieni uchodźcy z Brooklynu. Wtedy też, jeden za drugim, odnaleźli się jej pierwsi członkowie. Staruszkowie i staruszki, tu urodzeni, opowiadający o swojej pierwszej komunii czy pogrzebach dziadków, wychowani na Katechizmie Baltimorskim, rzadko mówiący po polsku. Tacy sami, ale jakby całkiem inni. Śmieszny jest ten podział na Polaków z Ameryki i tych z Polski. Na zabawach parafialnych siadają po dwóch stronach sali, na urodzinach proboszcza niby wszyscy razem, a jednak w osobnych podgrupach. Już niedługo... I tak nieliczne szeregi starej Polonii szybko się przerzedzają.


Rozkrok nad Atlantykiem


„Kim są i skąd przybyli? (...) To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku” – można by popróbować nowej egzegezy Janowego Objawienia. Rzeczywiście trochę tak jest. Często zapominamy, że właściwie większość mieszkańców Stanów Zjednoczonych to ekonomiczni emigranci i ich potomkowie. Nie inaczej jest z Polakami. Mimo kilku mniejszych lub większych fal imigracji intelektualnej (1939, 1968, 1980) do Ameryki przyjeżdżali w większości ludzie gorzej wykształceni i ubodzy. Te dwie sprawy, a także brak znajomości języka i nowych obyczajów, sprzyjały integracji środowisk emigracyjnych, choć stanowiły również pożywkę dla – niewybrednych niestety – żartów. Trzeba jasno powiedzieć, tak zwane Polish jokes są już w tej chwili rzadkością. Szczególnie kiedy porównamy ich liczbę z liczbą żartów o Irlandczykach, Włochach, Żydach czy czarnoskórych Amerykanach.

W Chicago osiedlają się głównie Polacy z południa kraju, podczas gdy w Nowym Jorku przeważają ludzie ze wschodu: Łomża, Białystok, Augustów, Rzeszów, Mielec, Stalowa Wola, jest trochę Tarnowa. Właściwie nie tyle z samych miast, ile z ich okolic. Większość przyleciała jako turyści, część przyszła przez lasy Kanady czy pustynie Meksyku. Zwabieni mirażem Wielkiego Kraju Wielkich Możliwości – one pracują na plejsach, oni zaś jako karpenterzy, plamerzy, kierowcy traków... Młodszym udaje się czasem złapać robotę gdzieś w ofisie. Tych ostatnich jest zresztą coraz mniej, bo od paru lat bliskość Wysp Brytyjskich i wciąż niezniesione wizy skutecznie odcinają dopływ młodej krwi. Ci, którzy dopiero przyjechali, przez rok, dwa przyzwyczajają się do tego obcego kraju, stoją jakby w gigantycznym mentalnym rozkroku nad Atlantykiem, mieszkając tu, a żyjąc tam. W końcu tego nie da się utrzymać. Znajomości w Polsce słabną, wiele usycha, a człowiek wtapia się w to mimo wszystko dość wygodne amerykańskie życie.


«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...