Tylko bądź

To nie zasługa prowadzi do zjednoczenia z Bogiem. Jest dokładnie odwrotnie! Tylko nasze zjednoczenie z Bogiem, gdy zasług nie mamy, w słabości – nasza postawa zależności od Boga, potrzebowanie Go i oparcie się na Nim mogą nas doprowadzić do cudu przemiany moralnej. W drodze, 2/2009



Lękam się bardzo, że w Kościele istnieje tendencja do fałszowania Bożego oblicza i, co się z tym wiąże, fałszowania istoty świętości chrześcijańskiej. Przejawów tego doświadczam wielokrotnie i „na zewnątrz siebie” (ambony, konfesjonały, choć na szczęście nie wszędzie), i – dotkliwiej – w sobie samej, w schematach myślenia, którymi niestety już od dzieciństwa przesiąkłam. Nie jestem w mym niepokoju odosobniona. Za plecami mam, między innymi, zaniepokojonych Ojców II soboru watykańskiego, których nauczaniem polski Kościół niestety wciąż nie żyje w pełni.

Grzech prania skarpetek w niedzielę

Dane nam Objawienie bywa wypaczane. Jak zauważa Wojciech Giertych OP[1], winnym brzemiennego w skutki wypaczenia był Wilhelm Ockham, czternastowieczny franciszkanin. Przed nim i nauka Ojców Kościoła, i dzieła scholastyczne przepojone były moralnością niepowinnościową, lecz wynikającą z pragnienia szczęścia, dobra i prawdy. Ockham spowodował, jak stwierdził historyk Jean Delumeau, „najpotężniejsze w historii zbiorowe wpajanie poczucia winy”, przypadające na okres od XIV do XIX wieku, a według mnie rzutujące i na wiek XXI.

Teologia moralna, homiletyka i literatura religijna nabrzmiały pojęciami winy, kary, piekła, karzącej sprawiedliwości Bożej, czyli presją prawa i powinności, a w konsekwencji przerostem strachu. Liczyły się zasługi, samozaparcie i nieskazitelność; bez nich nie było mowy o uniknięciu kary, a co dopiero o świętości. Kościół cierpiał na „obsesję spowiedzi”, kazania coniedzielne zaś miały za zadanie wzbudzić w wiernych poczucie winy i lęk. Z biblijnej nauki o moralności wyjęto tylko Dekalog i uczyniono go, obok przykazań kościelnych, obowiązującym kryterium rachunku sumienia. Być katolikiem zaczęło oznaczać skrupulatne rozliczanie siebie (i innych!) oraz drżenie przed przekroczeniem granicy grzechu.

A dzisiaj?

Relacja z Bogiem jest definiowana głównie przez moralną dyscyplinę człowieka. Naruszenie tej ostatniej rodzi poczucie winy i gorycz niezadowolenia z siebie. Dla wielu osób słabych i mało zdyscyplinowanych – niezadowolenia permanentnego i powodującego prędzej czy później zniechęcenie i zupełną rezygnację z głębszego kontaktu z Bogiem. W najlepszym razie poprzestają na unikaniu grzechów ciężkich i regularnym oczyszczaniu się z lekkich w sakramencie spowiedzi.

Minimalizm, właściwy duchowości Prawa, dookreśla, ile razy w miesiącu/roku należy przyjąć Komunię (nominalnie szczytowy akt miłości) i pójść do spowiedzi. Jakże często dzieci przygotowujące się do I Komunii muszą przede wszystkim „wstukać” zbiór formułek, a ich zaliczenie stanowi przepustkę do zjednoczenia z żywym Bogiem.

Młodzież przygotowująca się do bierzmowania także doznaje formalizmu samych wymagań, co wzmaga jej naturalny młodzieńczy opór (w sposób dosłowny zbiera punkty, których odpowiednia liczba kwalifikuje do sakramentu; co ciekawe za udział w religijnym konkursie może zyskać ich 5, a za pomoc potrzebującemu tylko 1 punkt). Narzeczeni uczestniczący w kursach przedmałżeńskich skarżą się, że nauki są przekazaniem wytycznych moralnych (zasadniczo planowania rodziny) w mrocznych salkach obwieszonych prospektami rozciągliwego i gęstego śluzu, nie zaś Dobrą Nowiną o sakramentalnej łasce Chrystusa, który pragnie i może uczynić ich szczęśliwymi.

Zrobiłam ostatnio swoisty test i celowo zwracałam uwagę na przesłanie kazań. Do dorosłych (cytaty): „Cóż z tego, że przychodzicie tutaj, a nie wychodzicie z kościoła lepsi, mniej chciwi, bardziej przebaczający”, „Chrystus powinien urodzić się w tobie, biada ci, jeśli nie pracujesz nad sobą, by twoja miłość była czystsza”.

Do dzieci: „Bądźcie przyjaciółmi Jezusa. On potrzebuje przyjaciół. Będziecie Jego przyjaciółmi, jeśli będziecie w domu przypominać waszym rodzicom o niedzielnej mszy i wieczornej modlitwie”. W adwencie dominowała tematyka codziennego udziału w roratach, adwentowych dobrych postanowień poprawy, tudzież wyrzeczeń danych Panu Jezusowi jako powinności prawdziwego katolika i wyznacznika miłości do Boga.




[1] Przy opracowywaniu artykułu, poza wskazanymi w przypisach źródłami, w dużej mierze korzystałam z Konferencji O. Samuela Rouvillois ze Wspólnoty św. Jana, z cyklu „Konferencje z Samarii”, z dnia 3 II 2005, dostępnej w języku francuskim na stronie conferencedesamarie.com; z prywatnego tłumaczenia (autorstwa Lilianny Schaetzl) książki o. Jacques’a Philippe’a Liberté intérieure oraz z Rachunku sumienia teologii moralnej Wojciecha Giertycha OP (Kraków 2004). Bardzo dziękuję także Liliannie Schaetzl za inspirację i pomoc.





«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • recormon
    26.06.2013 11:14
    Bóg jest pierwszym wychowawcą...poprzez rodzinę! Tak naucza Sobór Watykański II:

    DWCH 3. "Rodzice, ponieważ dali życie dzieciom, w najwyższym stopniu są obowiązani do wychowania potomstwa i dlatego muszą być uznani za pierwszych i głównych jego wychowawców. To zadanie wychowawcze jest tak wielkiej wagi, że jego ewentualny brak z trudnością dałby się zastąpić."

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama