W Nowy Rok – z nadzieją

Kończy się rok Pański 2007. W polskiej przestrzeni publicznej zdominowany przez wybory parlamentarne oraz sport, który coraz częściej potrafi wyprzeć nawet niezmiennie obecnych i nudnych polityków. Przewodnik Katolicki, 23 grudnia 2007




Kończy się rok Pański 2007. W polskiej przestrzeni publicznej zdominowany przez wybory parlamentarne oraz sport, który coraz częściej potrafi wyprzeć nawet niezmiennie obecnych i nudnych polityków. Nowy rok będziemy witali w atmosferze kolejnych obietnic, nadziei i złudzeń, jakimi obficie nas się raczy. I tylko czasem na ziemię sprowadza nas zasłyszane ostatnio powiedzenie: „Słowa ulatują, życie płynie dalej”.

Rok 2007 proklamowano Europejskim Rokiem Równości Szans dla Wszystkich – idea chwalebna, ale nowomowa instytucji Unii Europejskiej tak już wszystkim spowszedniała, że chyba trudno byłoby mieszkańcom państw członkowskich, w tym także Polakom, wymienić, co takiego się stało w mijającym roku, że słynne „wyrównanie szans” okazało się łatwiejsze.


Styczeń – czas huraganów i wielkich odejść


1 marca Międzynarodowa Rada Nauki i Światowa Rada Meteorologiczna ogłosiła Czwarty Rok Polarny, potrwa on – wbrew nazwie – aż do 2009 roku. Przedsięwzięcie to zapewne jest ważne, w obliczu zagrożeń przyrodniczych, jakie niesie ze sobą potężny Lewiatan współczesnej cywilizacji egoizmu, a także ignorancji wobec sił przyrody. Jak bardzo niebezpieczne jest igranie z delikatną harmonią ekosystemów, już w połowie stycznia mieli okazję przekonać się Polacy. Zamiast tradycyjnej mroźnej zimy ze śniegiem, mieliśmy nieokreśloną porę monsunową, której zwieńczeniem okazał się huragan „Kiryll”. 18 stycznia spustoszył on znaczne tereny Polski, osiągając w porywach prędkość 250 km/h i pochłaniając 6 ofiar śmiertelnych i 36 rannych!

Wcześniej groźne wiatry powiały też w polskiej przestrzeni publicznej. Kościół w Polsce musiał się zmierzyć z trudną sprawą arcybiskupa Stanisława Wielgusa, który posądzony o współpracę z SB – po miesiącu od kanonicznego przejęcia rządów, złożył rezygnację z godności metropolity warszawskiego 7 stycznia, w dniu zaplanowanego ingresu, w wypełnionej po brzegi wiernymi i wrzawą tłumu archikatedrze warszawskiej. Z perspektywy niemal roku od tych dramatycznych wydarzeń widać, że Kościół – któremu różne siły ochoczo wieszczyły „nieuchronny kryzys” – wyszedł z tego trudnego impasu obronną ręką. Choć w jednostkowej sprawie samego księdza arcybiskupa nie udało się uniknąć wrażenia, że sprawa zarzutów pod jego adresem kierowanych, nie została do końca wyjaśniona.

W zgoła odmiennej atmosferze odbyło się inne wielkie odejście – w ciszy, przez wielu niezauważenie stanowisko Prezesa Narodowego Banku Polskiego opuścił 10 stycznia, po sześcioletniej kadencji, Leszek Balcerowicz. Tym samym spełniło się natrętne żądanie bodaj największego „proletariusza” polskiej polityki, Andrzeja Leppera, któremu przez lata z ust nie schodziło słynne hasło: „Balcerowicz musi odejść”. Czy autor tych słów przeczuwał już wówczas, że i jemu samemu przyjdzie niebawem opuścić – i to zapewne na długo, jeśli nie na zawsze – scenę polityczną, na której zdołał poczuć się tak dobrze w ekskluzywnych garniturach i z latynoską opalenizną, lśniącą w świetle jupiterów?


«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama