Podróże jak życie – pełne pieprzu i wanilii

Niedosyt ciągle tkwi we mnie i chyba nigdy się nie wyczerpie. Na szczęście jest jeszcze wiele miejsc, których nie zwidziałam. Przewodnik Katolicki, 9 sierpnia 2009



Pani przygoda z podróżami rozpoczęła się już w szkole i trwa do dziś. Czy podróże mają w sobie coś z magnesu – jak się rozpocznie, to nie można skończyć?

– Oczywiście. Jest to magnes, więcej, to choroba od której wyzwolić się nie można. U prawdziwego podróżnika ciekawość świata nigdy nie wygasa, a wręcz jest pobudzana, ponieważ ciągle narasta chęć poznawania coraz to nowych miejsc. Podróże są najlepszymi Uniwersytetami. Można na nich skończyć różne wydziały, choćby archeologię, politologię, geografię, językoznawstwo, religioznawstwo i historię sztuki.

Jak długo przygotowuje się Pani do podróży i jak duża jest ekipa, z którą wyrusza Pani w drogę?

– Kiedy pracowałam w redakcji miesięcznika „Kontynenty”, jako dziennikarz kierujący działem Ameryki Łacińskiej, podróżowałam sama. Później razem z mężem Tonym Halikiem. Robiliśmy wtedy filmy „Pieprz i wanilia”. Później z przyjaciółmi lub z biurami podróży. Kilkakrotnie nawet sama prowadziłam wyprawy. Najbardziej lubię podróżować w małej grupie, ponieważ wtedy można się wymieniać doświadczeniami, można się razem zachwycać, nawzajem sobie pomagać, a później można razem wspominać.

Zwiedziła Pani wiele miejsc naszego globu. Czuje Pani nadal uczucie niedosytu?

– Oczywiście, niedosyt ciągle tkwi we mnie i chyba nigdy się nie wyczerpie. Na szczęście jest jeszcze wiele miejsc, których nie zwiedziałam. Niedawno wróciłam z Gabonu, który jest niezwykle interesujący i zupełnie nieturystyczny. Jest tam dżungla pokrywająca 80% kraju, mnóstwo zwierząt, a przede wszystkim ludzie z niezwykle ciekawymi obyczajami. We wrześniu wybieram się na Madagaskar tropem Arkadego Fiedlera.

Mam nadzieję, że zobaczę nie tylko lemury, sławną aleję baobabów, ale poznam ciekawych ludzi i przywiozę stamtąd coś nowego do Muzeum Podróżników im. Tonego Halika w Toruniu – do którego serdecznie zapraszam. Mamy tam dość pokaźną ekspozycję ze zbiorów, którymi ilustrowaliśmy programy „Pieprz i wanilia”. Postanowiłam, że muszę dotrzeć jeszcze w wiele miejsc, żeby ubogacić te zbiory, a przez to żeby zachęcić szczególnie młodzież do podróżowania i poznawania świata. To ważne, żeby poznawać świat, żeby porównywać go z tym, co mamy u siebie w kraju, wyciągać z tego korzyści, uczyć się szacunku dla ludzi i empatii.

Wielką sztuką jest odnalezienie piękna w prostocie, a Pni potrafi odnajdywać je bezbłędnie. Jaki jest na to sposób?

– Niejako z zawodu jestem estetką, bo jestem historykiem sztuki. Zatem mam nie tylko serce ale i oko wyczulone na piękno. Uważam, że sztuka powinna być piękna, także sztuka filmowa. Kadry powinny być wysmakowane, bo tylko wtedy kształtujemy wrażliwość odbiorców, wyczulamy ich na piękno i dobro.

Przygotowała Pani dla nas tysiące zdjęć, filmów, reportaży… Czego nie dało się w nich pokazać?

– Chyba nie ma czegoś takiego, czego nie udało mi się pokazać. Owszem, nie chciałam pokazywać tego, co brzydkie, a więc zbrodni i krwi. Razem z mężem chcieliśmy zainspirować naszych widzów do życzliwości dla świata. Staraliśmy się pokazywać świat od dobrej strony, ale nie unikaliśmy scen, na których była bieda i nieszczęścia – bo takie przecież jest życie. Dbaliśmy jednak o to, żeby nie epatować zbrodnią i przemocą.

Podróż, do której zawsze wraca Pani pamięcią…

– To podróż do Vilcabamby, ostatniej stolicy Inków. Była to podróż odkrywcza, która pozwoliła nam dotrzeć do zagubionej w dżungli ostatniej stolicy Inków, do której nie było łatwo trafić. Mój przyjaciel, nieżyjący już prof. Edmundo Guillen odnalazł w Archiwum Indiańskim w Sewili listy żołnierzy hiszpańskich, którzy brali udział w podboju Vilcabamby i opisywali trasę. Więc tropem tych listów udało nam się trafić do Vilcabamby i udowodnić, że to miejsce jest dawną stolicą Inków.

Napisałam książkę na ten temat, zrobiliśmy filmy i stało się to moją przepustką do członkostwa w The Explorers Club. Ostatnie dni tej podróży przemierzaliśmy na koniach i mułach. Spadłam wtedy z konia, który ciągnął mnie kilkadziesiąt metrów z nogą w strzemieniu. Na szczęście od strony skały, a nie przepaści. Mój mąż z przerażenia nie zrobił mi wtedy zdjęcia, czego później ogromnie żałował.




«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama