Klaps to też przemoc

Bicia dzieci, znęcania się nad nimi i katowania ich nie popiera nikt, nawet ci, którzy się takich czynów dopuszczają. Zawsze twierdzą, że nie chcieli uderzyć aż tak mocno. Przemoc w rodzinie jest faktem i potrzebny jest jasny przekaz: bicie jest złe, i to nawet nie wyłączając zwykłego klapsa. Przewodnik Katolicki, 20 września 2009



Jak wynika z ubiegłorocznego raportu kampanii „Dzieciństwo bez przemocy”, organizowanej przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej oraz Fundację Dzieci Niczyje, ponad 60 proc. rodziców dopuszcza stosowanie kar cielesnych na dzieciach, a prawie 70 proc. przyznaje się do stosowania klapsów. W tym roku Ministerstwo Pracy przekazało do Sejmu nowelizację ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Jeśli ustawa zostanie przyjęta, zakazane będą wszelkie kary cielesne wobec dzieci, nawet klapsy. Podniosły się głosy sprzeciwu. Zakaz bicia, który obejmowałby także klapsy, poczytano za zbyt daleko idącą ingerencję we władzę rodzicielską, nawet za walkę z rodziną. Klaps urósł do rangi symbolu władzy rodzicielskiej, bez którego nie sposób dobrze wychować dziecka.

– Oczywiście, że jeden klaps nie jest tragedią, nie pozostawia traumatycznych wspomnień, pokazuje jednak, że rodzice nie są w stanie kontrolować swoich zachowań. Nikt też nie chce rodziców karać za klapsa. Problem w tym, że dla jednego klaps będzie czymś niegroźnym, niczym strzepnięcie kurzu, dla innego uderzeniem z całej siły w chwili silnego wzburzenia.

Chodzi o edukację i pokazanie innych sposobów wychowawczych. Bez klapsów można dobrze wychować dziecko! – mówi Maria Keller-Hamela z Fundacji Dzieci Niczyje. Niestety przemoc ma to do siebie, że może ulegać eskalacji. Jeden klaps przestaje w pewnym momencie wystarczać, trzeba dać dwa, potem trzy, potem ręka już nie wystarcza, sięga się po pasek lub inne narzędzie, które jest pod ręką.

Bo biło się zawsze


Zwolennicy bicia powołują się często na tradycję, bo dzieci były bite od zawsze. Twierdzą, że sami jako dzieci dostawali w skórę od rodziców, a wyrośli na porządnych ludzi, dlaczego więc z tego rezygnować. Twierdzą, że jeżeli dziecko nie będzie dostawało lania, to nie nauczy się dobrego zachowania, nie przyswoi sobie norm społecznych. Zdaniem psychologów z Fundacji Dzieci Niczyje z biciem jest trochę jak z myciem. Kiedyś ludzie kąpali dzieci raz w tygodniu i było dobrze, dziś dzieci myje się częściej i nikt nie zaprzecza, że jest to lepsze.

Najlepiej od razu sobie uświadomić, że nie powinno się bić dzieci. Silniejszemu to po prostu nie przystoi, są inne, bardziej cywilizowane sposoby zdobywania autorytetu. Jeśli idę ulicą, to nikt nie ma prawa mnie uderzyć, szarpać czy mną potrząsać. Dziecko zaś może być zbite przez rodzica choćby tylko za to, że upiera się, by jeszcze posiedzieć w piaskownicy czy zagapiło się i weszło do kałuży. Jest to o tyle dziwne, że wszystko w imię jego dobra.

Rodzic stosujący przemoc wobec dziecka nie zbuduje z nim zdrowej, pozytywnej i opartej na wzajemnym szacunku relacji. Nie chodzi przecież o to, by dziecko spełniało nasze oczekiwania, tylko ze strachu przed nami i robiło swoje, gdy tylko opiekun zniknie mu z oczu.

– Bicie to najbardziej nieudolna metoda wychowawcza, tymczasem wielu rodziców zawzięcie broni prawa do jej stosowania. Zupełnie nie pojmują, że najczęściej biją z bezradności, bezsilności, by rozładować własne napięcie psychiczne, niepokój, lęk. Bez przemocy fizycznej można się całkowicie obyć, można ją zastąpić choćby rozmową, i próbą zrozumienia, co tak naprawdę nas zdenerwowało w zachowaniu dziecka i co tak naprawdę dzieckiem kierowało. Gdy damy sobie czas i emocje opadną, łatwiej o szukanie rozwiązań. Przyzwalając sobie na przemoc, zamykamy się tym samym na inne, lepsze formy wychowawcze – mówi Maria Keller-Hamela.

Po pierwsze, przykład

Całkowity zakaz bicia dzieci obowiązuje już w 24 krajach. Początkowo akcja spotkała się z głosami sprzeciwu, wróżono wzrost przestępczości wśród nieletnich, większe spożycie alkoholu i narkotyków, ogólne rozpasanie. Z perspektywy czasu okazało się, żadne te negatywne zjawiska nie miały miejsca.

Brak kar cielesnych czy naruszającej godność dziecka przemocy psychicznej wcale nie oznacza bezstresowego wychowywania. Rodzic, który na wszystko pozwala dziecku, burzy jego poczucie bezpieczeństwa, nie daje mu wskazówek, jak funkcjonować w społeczności i respektować normy społeczne, by być akceptowanym i dobrze się czuć. Nikt nie chce odebrać rodzicom prawa do wychowywania dziecka w duchu swoich norm i wartości, do stawiania granic, egzekwowania zakazów i obowiązków.



«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Viator
    22.09.2009 14:15
    Bardzo chciałbym wiedzieć, jak autorka tego tekstu poradziłaby sobie z dzieckiem w sytuacji, gdy kładzie się na chodniku, albo jeszcze lepiej, na ulicy, na przejściu dla pieszych i zaczyna, machając rękami i nogami, drzeć się wniebogłosy, bo mama nie chce jej kupić loda zabawki albo czegoś podobnego. Można gadać, ze rodzic sobie nie radzi i inne takie rzeczy, ale to nie zmienia faktu, że coś w tym momencie musi zrobić, a nie czekac na konsultacje z pedagogiem - teoretykiem

    Jest jeszcze inna strona medalu. Dziecko i tak zetknie się z przemocą. Wśród rówieśników. Albo potem, gdy przyjdzie mu walczyć op pozycję w pracy. Zdecydowana większość z tych form przemocy nie będzie polegała na klapsach. Ale na psychicznym dręczeniu. Jak takie dziecko wychowywane bezstresowo będzie przygotowane do życia?

    No i jeszcze jedno, złośliwiej. Z biegiem lat mam coraz większą ochotę krzyknąć "wara obcym kobietom od wychowywania chłopców". Tyle się mówi o różnicach w psychice mężczyzny i kobiety. Czy te panie pedagożki nie zauważyły, że mężczyźni, chłopcy, zupełnie inaczej odbierają przemoc fizyczną niż one? Znacznie więcej bolą ich metody "kobiece": różne gierki, które mają "wychować" "uzmysłowić", "przekonać". Niejeden chłopak wolałby dostać w twarz, niż wysłuchiwać wielominutowych kazań swojej wychowawczyni, dyrektorki czy innego żeńskiego członka "rady pedagogicznej". Niestety, pedagogika się nam sfeminizowała. A potem się dziwimy, że tylu wśród mężczyzn facetów - mazgajów...
  • kobitka:-)
    23.09.2009 13:47
    Viator, szczerze mowiac, to wlasciwie tylko ten ostatni akapit "zlosliwy" z twojej wypowiedzi ma sens... tzn. moze byc w tym, musze przyznac, jakas wskazowka dla pedagogow/psychologow (uwaga: sa nimi rowniez mezczyzni! ale ten swiat oszalal, co?)
    a na problem postawiony w 2 akapicie, czyli ze ~~dziecko i tak zetknie się z przemocą. Wśród rówieśników. Albo potem, gdy przyjdzie mu walczyć op pozycję w pracy. Zdecydowana większość z tych form przemocy nie będzie polegała na klapsach. Ale na psychicznym dręczeniu.~~ jest odpowidz w 3-cim, ~~Niejeden chłopak wolałby dostać w twarz, niż wysłuchiwać wielominutowych kazań swojej wychowawczyni, dyrektorki czy innego żeńskiego członka "rady pedagogicznej"~~ no, to wlasnie dzieki takim nieuniknionym acz niestety zlosliwym psychicznym dreczeniom dziecko wyrabia w sobie sile do "przetrzymania" trudnych momentow w zyciu doroslym... tak mysle.
    co do dziecka kladacego sie na ulicy (itd.) - w takich momentach pewnie wiekszosci z nas pekaja nerwy, stad autorka nie demonizuje jednego klapsa, jednak zwraca uwage, ze moze stac sie on poczatkiem spirali zla. I niekiedy tak sie dzieje... i o tym trzeba mowic!
    Ciesze sie, ze powstal ten artykul.
    Pozdrawiam.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama