Jeśli wojna, to tylko z Ukrainą

Kolejne burze na szczytach władzy, afery i „afery” dość skutecznie odciągają uwagę opinii publicznej od rzeczy poważniejszych. A jedną z nich była rozpoczynająca się przed kilkoma tygodniami i zamarła nagle debata o polskiej armii, naszej obecności w misjach wojennych... Przewodnik Katolicki, 25 października 2009



Kolejne burze na szczytach władzy, afery i „afery” dość skutecznie odciągają uwagę opinii publicznej od rzeczy poważniejszych. A jedną z nich była rozpoczynająca się przed kilkoma tygodniami i zamarła nagle debata o polskiej armii, naszej obecności w misjach wojennych – szczególnie w Afganistanie – oraz odpowiedzi na pozornie oczywiste pytanie: po co nam armia?

Jakieś dziesięć lat temu podczas wizyty premiera w Kostaryce byliśmy nieco zdziwieni, gdy na płycie lotniska szefowie rządów przedefilowali dumnie wzdłuż dwuszeregu szkolnej dziatwy machającej kwiatkami i chorągiewkami. No tak, ale ten kraj Ameryki Środkowej konstytucyjnie nie ma armii. Stąd aby zachować protokół wizyt oficjalnych, zastąpił kompanię honorową uczniami. Innym razem polski minister obrony wywołał panikę w Islandii, proponując wyspiarzom wysłanie grupy polskich oficerów na szkolenia i wymianę wojskową. Bo, podobnie jak w Kostaryce, Islandczycy armii nie mają.

Tak więc jednym z powodów, dla których warto wojsko utrzymywać, jest protokół dyplomatyczny. Kompania honorowa kilku rodzajów wojsk jest ważnym elementem dyplomacji. I piszę to bez ironii, gdyż o randze, jaką przywiązujemy do osoby gościa, świadczy formuła honorów wojskowych oddawanych przy powitaniu.

Obawiam się wszakże, że to trochę za mało, by uzasadnić wielomiliardowe wydatki na siły zbrojne.

Jakie siły zbrojne?

Mówiąc już całkiem serio, w Polsce stoimy przed poważnym pytaniem o kształt sił zbrojnych, ich rozmiar i organizację oraz sposoby szkolenia. Przyglądając się parlamentarnym debatom o wojsku, można czasem sądzić, iż politycy traktują wojsko jako jedną wielką kompanię honorową mającą dobrze prezentować się na defiladach. Tyle że generalna kompromitacja klasy politycznej od wielu lat przypominającej psa biegającego za własnym ogonem sprawia, że warto powiedzieć: panowie, wojsko to zbyt poważna sprawa, żeby pozostawić ją samym wojskowym i politykom. A żeby tak powiedzieć, to trzeba odbyć poważną publiczną debatę o wojsku, zwłaszcza że informacje przeciekające spoza zamkniętych bram koszar i budynków sztabowych nie napawają optymizmem.

Wracając do pytania o to, po co Polsce potrzebna jest armia... Z jednego z istotnych zadań wojska właśnie niedawno zrezygnowaliśmy. Zadaniem tym było budowanie w miarę jednolitego społeczeństwa. Mówiono górnolotnie o wychowawczej roli wojska.

Z tym wychowaniem w wykonaniu politoficerów peerelowskiej armii było marnie. Natomiast wobec powszechnego poboru następowało wymieszanie grup młodych mężczyzn ze wsi i tzw. Polski B z młodzieżą miejską. Unifikowały się zachowania, wygładzały gwarowe naleciałości w języku, powszechna służba wojskowa stanowiła istotny czynnik wzmacniający unitarny charakter państwa.





«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama