Krzyż i demokracja

Garstka polityków i sędziów dokonuje obyczajowej rewolucji na Starym Kontynencie. Co na to sami Europejczycy? Nie wiadomo, bo nikt ich nie pyta o zdanie. Przewodnik Katolicki, 15 listopada 2009



Im bardziej oddalamy się w czasie od głośnej decyzji Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie szkolnego krzyża, tym wyraźniejszy jest rozziew między światopoglądem strasburskich sędziów a zdrowym rozsądkiem większości Włochów – nie tylko katolików.

Jeśli werdykt ów krytykuje nawet były komunista, a obecnie szef lewicowej Partii Demokratycznej, Pierluigi Bersani, oznacza to, iż wąska definicja krucyfiksu, jako symbolu wyłącznie religijnego, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jeżeli tuż po wyroku trybunału burmistrz jednej z miejscowości nakazuje zawiesić krucyfiksy we wszystkich instytucjach publicznych (pod karą grzywny), a znany publicysta Andrea Tornielli proponuje ironicznie, by zrezygnować z podawania dat „przed Chrystusem” i „po narodzeniu Chrystusa”, można przypuszczać, że trybunał w Strasburgu chyba nie do końca rozumie, czym są prawa człowieka i nie bardzo wie, gdzie ma swoją siedzibę.

Wyrok ten został oczywiście przyjęty z radością przez ateistów w całej Europie. Zapewne spotka się także z aplauzem „nowoczesnych” katolików w Polsce, którzy są w stanie przyłączyć się do każdego ataku na Kościół, aby tylko nie zostać naznaczonym piętnem nieidącego z duchem czasu bigota. Albo – co gorsza – radiomaryjnego ciemnogrodzianina.

Groźba precedensu

Bez wątpienia usłyszymy wkrótce o kolejnych procesach i wielu nowych żądaniach usunięcia śladów religii z przestrzeni publicznej w imię świeckości państwa. Myliłby się ten, kto sądziłby, iż zwolennicy takich rozwiązań będą dążyć do realizacji swoich postulatów na drodze demokratycznej: wygrywając wybory parlamentarne, przekonując do swoich racji przedstawicieli różnych partii czy wreszcie domagając się referendum – choćby w sprawie wieszania krzyży w szkołach publicznych. Zdają sobie bowiem sprawę, że w wielu krajach Europy ponieśliby w takim głosowaniu druzgocącą klęskę.

Za każdym razem zamiast śledzić wyniki sondaży i liczyć głosy wyciągane z urn, będziemy zatem w napięciu oczekiwali na decyzję kilku mężczyzn i kobiet w sędziowskich togach.

Europa, szczycąca się nieskazitelnością swojej demokracji, zmierza powoli w stronę dyktatury mniejszości. Coraz większe przywileje nadawane homoseksualistom, sposób, w jaki przeforsowano Traktat Lizboński czy wreszcie werdykt w sprawie krzyża w Abano Terme pokazują, iż najistotniejsze dla przyszłości Starego Kontynentu decyzje są podejmowane w sposób urągający podstawowym zasadom demokracji.

Podobne zjawisko, choć w mniejszej skali, występuje w Stanach Zjednoczonych. Przypomnijmy, iż prawo do niemal nieograniczonej aborcji zostało tam zagwarantowane nie w wyniku procesu demokratycznego, nie dlatego, że tak chciała większość Amerykanów, lecz wskutek słynnego wyroku sądu najwyższego w sprawie Roe vs. Wade z 1973 roku.

Dziś w ten sam sposób środowiska LGBT dążą do legalizacji małżeństw osób tej samej płci. Jednak w niektórych stanach (Kalifornia, Maine) zorganizowano referenda, w których pozwolono obywatelom wyrazić swoje zdanie. Obywatele uznali, że małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety – wywołując wściekłość aktywistów gejowskich. Owszem, gdzie indziej wygrywali zwolennicy małżeństw homoseksualnych, ale przeciwnicy mieli przynajmniej szansę oddania głosu na „nie”.




«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama