Bez górników z Jastrzębia nie byłoby sukcesu Wybrzeża

Mój ojciec 40 lat pracował w kopalni pod ziemią w przodku. I gdy trzeba było brał udział w strajku okupacyjnym, głodowym. Zjechał do kopalni i tam podjął z innymi głodówkę. Nie robił tego tylko dla siedmiorga swoich dzieci, dla żony, ale dla dobra wszystkich ludzi pracy. Przewodnik Katolicki, 29 listopada 2009



Droga do podpisanych 29 lat temu porozumień między górnikami a komunistyczną władzą była długa i wyboista. Zaczęła się od czerwcowego strajku w 1978 roku...

– W Jastrzębiu to było wielkie wydarzenie, bo do pracy w kopalniach „Jastrzębie” i „Moszczenica” pierwsza zmiana pracująca do 14.00 co prawda zjechała, ale nie podjęła pracy, a druga, pracująca od 14.00 do 22.00, w ogóle nie zjechała tylko prowadziła rozmowy z dyrektorami obu kopalń.

Górnicy byli wtedy zmuszani do pracy „na okrągło” – od poniedziałku do niedzieli włącznie, całe noce i dnie, w niedziele i święta. To ich potwornie męczyło. Chcieli więc mieć wolną niedzielę, by wypocząć, móc świętować z rodziną i w rodzinie. Pragnęli zdjąć robocze ubranie, włożyć świąteczny garnitur i z rodziną pójść do Kościoła, który zbudowali własnymi rękami, albo po prostu na spacer. Chcieli być ludźmi, a nie służalczymi robotnikami. Nie chcieli młodo umierać w kopalni, ani zostawiać w niej reszty zdrowia i sił.

Bezpośredni wpływ miało jednak to, że przy ostatniej wypłacie nie dostali całego należnego wynagrodzenia.

Na protest górników dyrektorzy obu kopalni odpowiedzieli represjami i szykaną. Górnicy przypominający katorżników podnieśli wreszcie głowę, wyprostowali plecy i powiedzieli nie, dla jednego wolnego dnia w miesiącu. Głośniejszych w tym proteście przeniesiono do gorzej płatnej pracy, z akordowej na dniówkową. 41 górników kopalni „Jastrzębie” znalazło się na liście wyrzuconych z pracy. Pięciu, uznawanych za przywódców protestu wręczono dyscyplinarne zwolnienie „za nie zjechanie do pracy w niedzielę 18 czerwca 1978 roku i naruszenie w ten sposób podstawowych obowiązków pracy”.

Później były wbijające w ziemię kazania Księdza Prałata, adresowane do górników, ale i pośrednio przez obecnych w Kościele szpicli do władzy, w których po imieniu nazywał Ksiądz faktyczne wydarzenia, domagając się sprawiedliwości. Nie bał się Ksiądz o swoje życie, zdrowie, przecież, tym którzy mówili „za głośno” zdarzały się „wypadki” prokurowane przez „nieznanych sprawców”?

– Nie bałem się, bo kościół na Śląsku, jego kapelani, zawsze był z robotnikami. Nigdy robotnika nie zdradził. Z nim cierpiał i brał go w obronę. Dlatego na Śląsku robotnik nie odszedł od kościoła, ani od Pana Boga, ani od kapłana. Chociaż za takie przemówienia na rozkaz władz pruskich księża byli wysyłani na brandenburskie piaski, nie uląkłem się. A miałem prawo mówić w ich obornie, bo jestem synem górnika. Mój ojciec 40 lat pracował w kopalni pod ziemią w przodku. I gdy trzeba było brał udział w strajku okupacyjnym, głodowym. Zjechał do kopalni i tam podjął z innymi głodówkę. Nie robił tego tylko dla siedmiorga swoich dzieci, dla żony, ale dla dobra wszystkich ludzi pracy...

Dzięki temu zdobył Ksiądz Prałat zaufanie i serce górników, traktowali Księdza, jak „swojego”. I jak ze swoim uczestniczyli w pierwszej pielgrzymce Jana Pawła II do Polski, mimo, że komuniści spreparowali oszczerczy list, w którym napisano, że „Śląsk nie chce papieża u siebie”...

– Górnicy nie mogli się spotkać z Ojcem Świętym na Śląsku, bo na przeszkodzie stanął pan Grudzień, I sekretarz województwa śląskiego. Te spreparowane, oszczercze listy o tym, że górnicy nie chcą Papieża na Śląsku, bo wolą pracować, Śląsk bardzo głęboko przeżywał. Tym bardziej, że przecież Papież przez 11 lat przyjeżdżał modlić się do Piekar Śląskich i był zawsze bardzo serdecznie witany i przyjmowany.

Ale górnicy spotkali się z Ojcem Świętym dwukrotnie: najpierw 6 czerwca 1979 roku w Częstochowie, a potem 10 czerwca podczas mszy pontyfikalnej na krakowskich Błoniach. Najbardziej niezwykłe było to drugie spotkanie. Tu podobnie, jak w Częstochowie, w procesji z darami szli górnicy, tym razem jednak, ponieważ Papież na Jasnej Górze z nimi nie rozmawiał, byli to prości, dołowi górnicy wyjątkowo zasłużeni dla naszego kościoła w Jastrzębiu. Wśród nich Jasiu Czerwionka, silny i wyjątkowo pracowity, tyle, że z brzydką wadą: mówił kuchenną łaciną i to seriami. Po ludzku mówił tylko, gdy się pomylił.


«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama