Po co mi to dałeś?

Jestem pewny, że urodziłem się – jak mówią – z domieszką benzyny we krwi. Posłaniec, 7/2009



Jak to się stało, że zasiadłem za kierownicą rajdówki? Właściwie, trudno powiedzieć… Od małego, wszystkie koła i owalne przedmioty miały dla mnie inne znaczenie niż dla moich rówieśników. Gdzie tylko się dało, bez względu na to, czy były to urodziny babci, czy I Komunia siostry, siadałem w jakimś zakamarku i kręciłem, kręciłem, kręciłem. Sprawy potoczyły się pomyślnie. Już w czwartej klasie podstawówki, dzięki tacie, samodzielnie prowadziłem samochód. Później, ku jego zmartwieniu, zacząłem podbierać mu auto z parkingu.

Cóż to były za czasy! Moja pasja do czterech kółek szybko przerodziła się w miłość do rajdów samochodowych. Byłem młody, miałem 17 lat, stałem na odcinkach popularnych okręgowych rajdów i łzy cisnęły mi się do oczu. Wiedziałem, że to czuję, że mam to coś, że potrafię. Ale nie miałem nawet “malucha”! W końcu, po wielu namowach, stało się: przekonałem mamę, i pożyczyła mi swojego ukochanego, białego fiacika, bym wziął udział w imprezie sportowej.

Pojechaliśmy z moim pilotem Wojtkiem Lesczyńskim na start i… zajęliśmy 3. miejsce! Pierwszy rajd w życiu. Nie muszę chyba opisywać swojego szczęścia. Od tamtego dnia już wiedziałem, co jest moim marzeniem: zajść w tym sporcie tak wysoko, jak tylko się da, za cenę poświęceń, wyrzeczeń, wszystkiego, co możliwe.

Mietek Szcześniak kontra marzenia

Skończyłem liceum. Zastanawiałem się nad wyborem studiów. Pierwsza próba: Szkoła Teatralna w Krakowie – niewypał. OK, spodziewałem się, mnóstwo osób na jedno miejsce. Dalej, psychologia – niewypał. Co jest? Zacząłem się zastanawiać, dlaczego moja misternie zaplanowana ścieżka życiowa bierze w łeb. Byłem świetnie przygotowany do obu egzaminów i nic!

Wylądowałem na teologii na KUL-u, kierunku, który nie tylko mi nie odpowiadał, ale którego w ogóle nie brałem pod uwagę. Jednak studiowałem. I nadal marzyłem o startach. Zatrudniłem się w automobilklubie jako pomocnik sędziego. Znów byłem na każdej imprezie motoryzacyjnej w regionie, ale… ja chciałem siedzieć za kierownicą! W życiu prywatnym chciałem tego, co każdy w moim wieku: domu, rodziny, pracy – jako psycholog lub aktor.

Któregoś dnia wybrałem się na koncert Mietka Szcześniaka w Lublinie. Jak się później okazało, bardzo ważny koncert. W jego trakcie stało się coś, co obróciło całe moje życie o 180 stopni. Przemówił do mnie Pan Bóg. Przekazał mi ustami artystów Dobrą Nowinę. Zrozumiałem, że Bóg kocha mnie bez reszty, że pragnie mojego szczęścia, że zna każdy kawałek mojego serca… Oszalałem! To była chwila mojego nawrócenia.

Natarczywe pytanie

Minęło pół roku. Porzuciłem studia, rozstałem się z dziewczyną i wstąpiłem do nowicjatu franciszkanów w Zakliczynie nad Dunajcem. Moje wnętrze wrzało, ale gdzieś w środku czułem, że tak trzeba, że tak ma być. On był przy mnie, tak, jak obiecał.

Pierwsze miesiące były męką, ze trzy razy próbowałem uciec. Przecież ja się tam w ogóle nie nadawałem! Nieustannie jednak myślałem o tym, czego Pan Bóg ode mnie chce. Nigdy nie chciałem być mnichem, księdzem, a poza tym moje plany były od początku zupełnie inne! Zacząłem się gorliwie modlić o wyciszenie moich sportowych pasji. Zrozumiałem i godziłem się powoli z tym, że już nigdy nie wsiądę do rajdówki. Prosiłem Boga, by zabrał mi pasję do rajdów, która, wbrew wszelkim wysiłkom, wcale nie gasła.



«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama