Żydowskie dziecko

W styczniu 1992 r. Anna Radoń odebrała z rąk ambasadora Izraela w Polsce Dyplom Honorowy i Medal Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Obraz MB Nieustającej Pomocy wisi do dziś w jej nowym domu w Bystrej Podhalańskiej. Źródło, 18 marca 2007





Był rok 1940. Drugi rok wielkiej wojny. Pewnego dnia do drzwi niewielkiego - złożonego jedynie z izby i małej kuchni - domostwa Ludwiki i Stanisława Bachulów z podhalańskiego Osielca zapukała zapłakana Żydówka. Kobieta trzymała w objęciach dwuipółletnią dziewczynkę. Ze łzami w oczach błagała rodzinę o ratunek - o "przechowanie" jej dziecka.

Stanisław pracował jako nastawniczy na stacji kolejowej. Ludwika prowadziła dom i pracowała na gospodarce. Mimo że sami mieli siedmioro dzieci, a w domu się nie przelewało, przyjęli dziecko. "Będziemy robić wszystko, by je uratować" - zapewnili zrozpaczoną matkę.

Dziewczynkę nazwali Lala. Główny ciężar opieki nad dzieckiem spadł na 15-letnią Annę. Gdy Bachulowie szli do pracy w polu, Anna brała Lalę "na barana" i szła z nią w pole lub do lasu.

Przyjmując żydowskie dziecko Bachulowie narażali swoją rodzinę na śmierć. Żyli w ciągłym strachu. "Jeszcze dziś, gdy ktoś idzie do nas, a głośniej zapuka do drzwi, doznaję dziwnego uczucia trwogi. Wówczas, na takie pukanie porywałam małą Lalę i przez okno uciekałam z nią do lasu lub w pola i tam czekałam, aż rodzice dadzą znak, że można spokojnie wracać do domu" - wspomina Anna Radoń, z domu Bachul. Najgorsza była zima - ucieczkę utrudniały śnieżne zaspy, a na śniegu pozostawały wyraźne ślady stóp, grożące ujawnieniem tajemnicy.

Pewnego popołudnia Stanisław wrócił do domu blady i bardzo smutny. "Matka, źle z nami, godają we wsi, że momy Żydówkę" - powiedział do żony. Spojrzał na bawiącą się koło pieca Lalę. Z oczu pociekły mu łzy. Bachulowie obawiali się, że złośliwi ludzie rozdmuchają tę wieść po całej wsi i w końcu dotrze ona do uszu Niemców. Oczyma wyobraźni widzieli już rewizję, przesłuchania, wywózkę do Oświęcimia i śmierć całej rodziny. Stanisław wszedł do izby, w której na ścianie wisiał obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Klęknął i zaczął się gorąco modlić. Po chwili wyszedł z izby. Od tej pory nikt we wsi nie powiedział już nic na temat Lali.

Bachulowie niejednokrotnie cierpieli głód. Każda kromka chleba była na wagę złota. Pewnego dnia Stanisław przyniósł z pracy jedną kromkę. "Dał ją Lali, reszta dzieci trzymała ręce pod jej dłońmi, pilnując, aby ani jedna okruszyna nie upadła na ziemię. Zjedli to, co im spadło na dłonie" - wspomina Anna Radoń. Zdobycie tego chleba ojciec o mało co nie przypłacił życiem. Ukradł ją Niemcowi nadzorującemu stację kolejową w Osielcu. Gdy Niemiec zorientował się, że ktoś pozbawił go drugiego śniadania, wściekł się. Wymierzył w Stanisława karabin i krzyknął, że ukradł mu chleb. "Matko Boża ratuj!" - westchnął mężczyzna. W tym momencie przed nimi pojawił się kot. "To kot porwał chleb i zjadł" - odpowiedział Stanisław. Hitlerowiec strzelił i zabił kota.

Mimo trwogi i stałego zagrożenia Bachulowie bardzo pokochali żydowskie dziecko. Dziewczynka stała się członkiem ich rodziny. Matka Lali przeżyła wojnę i po jej zakończeniu przyjechała odebrać dziecko. Lala nie poznała jej. Nie chciała się rozstać z przybranymi rodzicami. Parę tygodni później matka z Lalą wyjechały do Izraela. W 1976 r. Lala przyjechała do Polski i odnalazła Bachulów. Niestety - Ludwika i Stanisław już nie żyli.

W styczniu 1992 r. Anna Radoń odebrała z rąk ambasadora Izraela w Polsce Dyplom Honorowy i Medal Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Obraz MB Nieustającej Pomocy wisi do dziś w jej nowym domu w Bystrej Podhalańskiej.
«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama