(Nie)moc wiary

Uczę się, jak przekazywać dzieciom wiarę, modlić się, kochać żonę. Poza tym dwa razy w tygodniu mogę słuchać Słowa Bożego, a to pomaga mi rozumieć i akceptować moje życie, pracę, słabości... Czas serca, 104/2010



Należy Pan do Neokatechumenatu. To był świadomy wybór tej, a nie innej wspólnoty?

Piętnaście lat temu przeszedłem operację wszczepienia sztucznej zastawki do serca i nie bardzo rozumiałem, dlaczego akurat ja muszę tak cierpieć. Przecież nikogo nie zabiłem, nie okradłem... Pojawiły się wtedy pytania o sens życia i sens cierpienia.

Pewnego dnia odwiedził mnie kolega i zaprosił na katechezy w jednej z poznańskich parafii. Tak trafiłem do wspólnoty. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że to wspólnota neokatechumenalna. Po prostu usłyszałem Dobrą Nowinę i tak zaczęła się przygoda. Dzisiaj wiem, że ta droga, to takie jakby podstawy i długa droga do wiary; do tego, żeby mieć kiedyś wiarę dojrzałą.

Co daje Panu wspólnota?

Po pierwsze pomaga w codziennym życiu. Uczę się, jak przekazywać dzieciom wiarę, modlić się, kochać żonę. Poza tym dwa razy w tygodniu mogę słuchać Słowa Bożego, a to pomaga mi rozumieć i akceptować moje życie, pracę, słabości itd. Najważniejsze, że nasze starsze dzieci – widząc, jak to nam z żoną skutecznie pomaga – same poszły na katechezy i ruszyły po naszych śladach tą samą drogą. To dla mnie też pomoc, żeby się z nimi jakoś porozumiewać w tym trudnym dla nich czasie dojrzewania.

W Neokatechumenacie zgłębiane jest w sposób szczególny Słowo…

Od Słowa wszystko się zaczyna. Ono jest jak światło, które pomaga mi zobaczyć, że nie jestem sam na tym świecie; że nie tylko moje problemy są ważne; że inni też chcą być kochani…

Kiedy jedziemy z żoną na taką liturgię, często mamy w samochodzie czas, żeby w końcu poważnie porozmawiać, a nawet ostro się pokłócić bez powodu, ale widzimy też, że Słowo jest skuteczne i nam rzeczywiście pomaga. Wracamy do domu z nowymi siłami
i nadzieją, że nasze życie ma głęboki sens.

Wspólnota uczy także przekazu wiary dzieciom?

To prawda. W niedzielę mamy czas, żeby z dziećmi usiąść do stołu, zaśpiewać psalmy, przeczytać Ewangelię i podzielić się tym, co kto usłyszał. Nawet nasze młodsze dzieci chętnie coś mówią. Czasami muszę się nieźle napocić, żeby to było dla nich interesujące i związane
z ich konkretnym życiem, ale na szczęście Pan Bóg mi w tym pomaga. Na końcu modlimy się od najmłodszego aż do taty. Ojcze nasz, znak pokoju i błogosławimy każde dziecko. Dla nas – rodziców – to też piękny moment spotkania z Bogiem.

To bezgraniczne zawierzenie się Bogu pozwoliło Panu przeżyć chorobę córki?

Majka była – dzięki temu, że jest we wspólnocie – na to doświadczanie przygotowana. Była wtedy tuż przed „osiemnastką” i jak każdy miała pewne plany z tym związane. A tu nagle pojawia się rak, który wywala całe życie do góry nogami. To była prawdziwa próba w piecu ognistym i cała rodzina widziała, jak Pan Bóg jej pomagał przetrwać chemię i te różne zabiegi. Dzisiaj jest zdrowa, studiuje, włosy odrosły jeszcze piękniejsze, no i pozostało doświadczenie, że Bóg pomaga, istnieje i nie jest obojętny, kiedy cierpimy.



«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama