Kościół, czyli kibitką do Boga

Dokąd wiodą ścieżki wolności: o książce o. Tadeusza Bartosia Tygodnik Powszechny, 25 lutego 2007




Tomasz Terlikowski w niedawnym artykule w „Rzeczpospolitej" całą swoją krytykę myślenia Bartosia (i Stanisława Obirka przy okazji) sprowadza do etykiety „postmodernizm". To jednak hermeneutyczny wytrych, którym można otworzyć wszystko i jednocześnie uniemożliwić jakąkolwiek dyskusję. Tym, co rzeczywiście interesujące w casusie Bartosia, jest pytanie, czy porzucenie stanu zakonnego i kapłańskiego, a tym samym zdystansowanie się do instytucji Kościoła, jest nieuchronnym skutkiem wcześniejszego myślenia. Mówiąc kolokwialnie: czy Bartoś musiał tak skończyć? Czy w wołanie o wolność w Kościele wpisana jest ostatecznie konieczność zerwania z nim kapłańskich i zakonnych więzi?

W głowie biskupa

Kluczem do zrozumienia decyzji warszawskiego dominikanina wydają się słowa: „Wierność rozpoznawanym indywidualnie wartościom nie jest zdradą Ewangelii, nawet gdyby oznaczało to wystąpienie w jakimś momencie przeciwko zinstytucjonalizowanej religii". Można przypuszczać, że poszukiwanie prawdy, które jest kompasem filozoficznego i teologicznego myślenia Bartosia, doprowadziło go do tego właśnie momentu. Prawda, którą odkrył – trzeba dodać, zgodnie z jego myśleniem: cząstkowa, tymczasowa, niepełna prawda – domagała się wystąpienia przeciwko zinstytucjonalizowanej religii, a stało się to w akcie pozostawienia stanu kapłańskiego i duchownego. W rozumieniu Bartosia zdradą Ewangelii nie jest podjęcie takiej decyzji, zdradą byłoby jej zaniechanie.

Swoje motywy o. Bartoś wyłożył w liście do współbraci. Widać je już jednak także w „Ścieżkach wolności". Powodem odejścia jest Kościół, a właściwie jego wynaturzona, zniekształcona, współczesna forma. Przyjąwszy cechy państwa, i to państwa absolutnego, Kościół sprzeniewierza się de facto swej istocie. Główny zarzut to brak wolności; przedmiotem zasadniczej krytyki jest też sposób sprawowania władzy w Kościele.

Bartoś postuluje „poszukiwanie systemu zrównoważonego współuczestnictwa wierzących w życiu Kościoła". Trudno się z tym postulatem nie zgodzić. Trzeba jednak stwierdzić, że przecież istnieją, i to na różnych szczeblach, rozmaite mechanizmy współuczestnictwa świeckich w rządzeniu Kościołem. Moim zdaniem, problem tkwi nie tyle w strukturze, co w ludziach. Na łamach „TP" pisałem chociażby o trudnościach w powoływaniu rad duszpasterskich w parafiach, do udziału w których nie ma chętnych. Nie wykorzystujemy możliwości, które są, jak choćby synody. Prócz struktur pozwalających na współuczestnictwo, potrzeba jeszcze teologii współuczestnictwa i zmiany mentalności tak świeckich, jak i duchownych.

Jednak Bartoś widzi rzecz inaczej. O sposobie sprawowania władzy w diecezji mówi np.: „Decyzje jednoosobowe to przejrzystość zerowa: wszystko rozgrywa się w głowie biskupa, nie ma dyskusji, konkursu, publicznej debaty". Być może zdarzają się rządy absolutne w niektórych diecezjach, ale uogólnianie wydaje mi się krzywdzące. Przez lata pracowałem w kurii diecezjalnej, przyglądając się jednocześnie procesowi podejmowania decyzji. Owszem: wiele można w tej kwestii poprawić, ale mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że nie żyję w świecie, gdzie „wszystko rozgrywa się w głowie biskupa". Może rzeczywiście – jak odpowiada Bartoś ks. Bonieckiemu – „patrzymy na różne miejsca w Kościele"?

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...