Duchowny w roli dziecka

Spory – polemiki: „Księża odchodzą", czyli jeszcze o kryzysie kapłańskim. Tygodnik Powszechny, 4 marca 2007




W tekście „Chłopcy w sutannach" („TP" 7/2007) Tomasz Terlikowski zaproponował interesujące spojrzenie na kwestie poruszone wcześniej w artykule Michała Kuźmińskiego i Macieja Müllera „Twój tata jest księdzem" („TP" nr 6/2007), a związane z przyczynami kryzysu tożsamości kapłańskiej i porzucania stanu kapłańskiego. Terlikowski stawia tezę, że kapłanów dotyka szerszy problem cywilizacyjny: kryzys wzorów męskości i męskiej dojrzałości w ogóle. „Wieczni chłopcy", bojąc się odpowiedzialności, szukają przed nią ucieczki. Kondycja ludzka jest jednak taka, że każda decyzja wymaga wyboru, a każdy wybór – konsekwencji. „Ucieczka od wolności" skazana jest więc z góry na porażkę, o czym wiedzą jednak jedynie ludzie dojrzali. Przywilejem dziecięctwa zaś jest niewiedza. Wielu kapłanów pozostaje, zdaniem Terlikowskiego, w takim błogim stanie.

Czynnikiem kryzysu ma być też odwracanie w pracy formacyjnej w seminarium (i później) uwagi od pragnień seksualnych i takich tęsknot jak związek z kobietą, rodzina, ojcostwo. Zamiast więc uczyć kapłana, jak spożytkować swą siłę męską dla dobra wspólnoty i własnego powołania, proponuje się mu raczej „usunięcie [własnych pragnień], wyrzucenie poza nawias świadomości". Skutek to zniewieściały, androgyniczny, wydelikacony mężczyzna o „miękkim, kapłańskim głosie".

Należy więc troszczyć się – uważa Terlikowski – nie o tych księży, którzy pragnienie posiadania rodziny deklarują (znamię dojrzałości), ale o tych, którzy powołania do życia w rodzinie w sobie nie identyfikują (znamię infantylizmu).

Autor zdaje się jednak z pewną butą i nonszalancją wypowiadać o powodach, dla których niektórzy księża podejmują dramatyczną (nie wątpmy o tym) decyzję o zrzuceniu sutanny. Wymienia on te powody, które podali respondenci prof. Józefa Baniaka (a powtórzyli Kuźmiński i Müller): rozczarowanie instytucją, zawiedzione ambicje, niedojrzałość, praca ponad siły, niemożność dysponowania sobą samym. I komentuje: „Trudno poważnie traktować wyjaśnienie, że odeszło się od zakonu, bo przełożeni kazali pracować ponad siły, a do tego nie pozwolili iść tam, gdzie się chciało. Równie dobrze trzeba by wówczas uznać za powód do porzucenia żony fakt, że dzieci nie pozwalają nam realizować pasji, a żona domaga się obecności w domu...".

Niedopuszczalne jest, moim zdaniem, aby tak całkowicie pomijać perspektywę byłych księży i wywoływać ich tylko na komendę: „Niedojrzali, wystąp!". Mówią oni bowiem o instytucjonalnym Kościele rzeczy wielce niepokojące: z ich świadectwa wyłania się obraz instytucji totalitarnej i groźnej; instytucji, która nie szanuje naturalnych darów każdego ze swych sług, charyzmatów, które można i należy spożytkować dla dobra wspólnoty. Darów, podkreślmy, które pochodzą nie od człowieka, ale Ducha Świętego. Jaką drogą idzie Kościół, jeśli brukuje ją zmarnowanymi talentami?

Porównanie do rodziny wydaje mi się nie mniej niefrasobliwe. Owszem, mój mąż nie chodzi na randki czy „miłe spotkania z przyjaciółkami przy winie". Nie dlatego jednak, że takie tamy stawia mu życie rodzinne. Stawia mu je miłość. Co jednak istotniejsze, w rodzinie szanuje się zwykle talenty i dary, i dąży się raczej do ich rozwijania, a nie tłamszenia. Rodzina pyta: „jak możemy ci pomóc, żebyś był szczęśliwy?", nie zaś: „jak możemy ci pomóc, żebyś nas uszczęśliwił?". Pomiędzy powołaniem kapłańskim a powołaniem do życia w rodzinie zionie niepotrzebna przepaść: jedno buduje na posłuszeństwie bardziej niż na człowieku, drugie zaś na harmonii wszystkich elementów.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...